poniedziałek, 25 marca 2013
Scream Maker - We Are Not the Same (2012)
Opisywany tutaj materiał to debiutancka ep warszawskiej grupy Scream Maker. Nazwa do tej pory nie była mi znana, więc dość sceptycznie podszedłem do pierwszego odsłuchu. No i tutaj spotkało mnie ogromne i bardzo pozytywne zaskoczenie. Muzyka to klasyczny Heavy Metal z lekkim Hard Rockowym zacięciem, zagrany niezwykle żywiołowo i z niesamowitą lekkością i luzem. Słychać tutaj oczywiście takie tuzy jak Judas Priest, Saxon czy Scorpions, ale bez ślepego naśladownictwa. Wszystko jest na swoim miejscu, muzycy pokazują naprawdę duże umiejętności, do tego świetny wokalista potrafiący zaśpiewać w różnych rejestrach. Ta płytka zajebiście sprawdza się na imprezach, nawet na kacu nie męczy hehe. Scream Maker dorobił się już hitu w postaci "Wanna be a Star", do którego nakręcili też bardzo udany klip, który na pewno spodoba się męskiej części widzów. Tak naprawdę nie ma tutaj żadnego słabego numeru, niespełna 38 minut muzyki przelatuje błyskawicznie rozbudzając apetyt na więcej. Scream Maker podobno tworzy właśnie materiał na debiutancki album. Jeśli uda im się przebić tą ep to może być o nich naprawdę głośno.
5/6
sobota, 9 marca 2013
Hatriot - Heroes of Origin (2013)
To był na pewno jeden z najbardziej oczekiwanych debiutów w
ostatnim czasie. Nowy zespół popularnego Zetro Souzy, do tego z jego
dwoma synami odpowiadającymi za sekcję rytmiczną musiał wzbudzać ogromne
zainteresowanie. Czy spełnił pokładane w nim nadzieje? Moje na pewno. „Heroes of Origin” wydany
przez Massacre rec. To potężna i bardzo konkretna dawka
oldskulowego Thrash Metalu obleczonego w dzisiejsze brzmienie. O jakiejś
wybitnej oryginalności nie mogło być tutaj mowy. Słychać zarówno Exodus
(„Weapon of Class Destruction”) jak i Testament („The Violent
Times of My Dark Passenger”), a więc poprzednie zespoły Souzy, no i
oczywiście Slayer. Nasz główny bohater jest tutaj w doskonałej formie i
nikt chyba nie będzie mógł się za bardzo przyczepić do jego wokali. Brzmi jak
za swoich najlepszych lat (zresztą czy kiedykolwiek było inaczej?). Jego
potomkowie również odwalili kawał dobrej roboty jednak prawdziwą siłą
uderzeniową tej płyty jest duet gitarzystów Kosta V./Miguel Esparza. Ich
riffy wyrywają z butów, a to wszystko jeszcze doprawiają zajebistymi solówkami.
Ich gra zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Na płycie pojawili się również goście
w postaci Chuck’a Billy’ego (Testament) i Phil’a Demmel’a
(Vio-lence, Machine Head). „Heroes of Origin” oceniam jako
naprawdę wystrzałowy debiut i ze względu na ich wiek (Oczywiście poza Zetro),
aż strach pomyśleć co „hatrioci” stworzą na następnych wydawnictwach. Coś
czuję, że ta płytka może ostro na mieszać w thrash’owym światku. Hatriot
niszczy!
5,2/6
Open Fire
Heavy Metal is the best, Heavy Metal fuck the rest!
Czy jest drugi
taki zespół, który po nagraniu albumu musiał czekać aż 25 lat na jego wydanie?
Właśnie po takim czasie ukazał się na rynku nakładem zmartwychwstałego klubu
płytowego „Razem” cd „Lwy Ognia” polskiej heavy metalowej legendy Open Fire.
Teraz każdy maniak może zakrzyknąć: wreszcie! O odczuciach związanych wydaniem
płyty, ciężkim życiu muzyków w latach ’80, korelacjach z innymi zespołami i
niesympatycznych portierach hotelowych opowie wam wokalista Mariusz Sobiela.
HMP: Witam serdecznie. Wreszcie po 25 latach ukazał się wasz
album "Lwy Ognia". Poproszę kilka słów na temat tego wydawnictwa?
Mariusz Sobiela: Powinienem
zajrzeć do Księgiu Guinessa , nie wiem czy ktoś czekał aż tyle na wydanie
płyty... No cóż, dzisiaj ta płyta ma jedynie wartość sentymentalną i
kolekcjonerską. Choć miło usłyszeć czasami, że to się jeszcze komuś podoba…
Ktoś kto pamięta te czasy od kuchni wie, że nagranie wówczas płyty to było jak
wyprawa na Mount Everest. Dzisiaj to bułka z masłem, jak to się mawia…
Materiał został poddany remasteringowi, czy jest to
dokładnie ta sama wersja nagrana 25 lat temu?
Właśnie - mimo
pokus i podpowiedzi zdecydowaliśmy się zostawić taka wersję jak 25 lat temu –
bez retuszu, bez upiększeń, bez wzmacniania poszczególnych dźwięków. Powiedzmy
sobie szczerze – to powrót do przeszłości, dość sentymentalny i muzyka i
okładka odzwierciedla nas takimi jak 25 lat temu. Nigdy nie byliśmy pozerami,
więc i teraz nie będziemy dokonywać sztuczek. Brzmi to trochę staroświecko ale
naturalnie.
Pamiętasz jeszcze tamtą sesję nagraniową? Jakieś ciekawe
historie?
Tak , historii
było kilka dość ciekawych. Jedna to taka, że musieliśmy zostać dłużej, a nocleg
w Polonii się skończył. Wówczas chodziliśmy od hotelu do hotelu pytać o wolne
pokoje. Każdy portier wówczas spoglądał na nas - widok mało przyjemny w
eleganckim hotelu - a potem zawieszał wzrok na jednym z kolesi – nie powiem
którym – i zdecydowanie wypowiadał "Brak miejsc". Byliśmy po kilku wizytach
w różnych hotelach i sytuacja się powtarzała. Postanowiliśmy więc dociec co
jest powodem odmowy i zobaczyliśmy, że ów koleś z naszej ferajny ma
zaschniętego wielkiego gila pod brodą, którego z zimna wypuścił z nosa, a który
błyskawicznie poddał się prawom fizyki i po prostu zamarzł… Innym razem ja i
Ziutek musieliśmy zostać żeby coś dograć. Nie było miejsc w żadnym z hoteli,
więc kupiliśmy bilet do Łodzi i przejechaliśmy się nocą PKP w tę i z powrotem
tylko po to aby w umiarkowanym cieple się wyspać… Tak, tak , takie czasy
kochana młodzieży…
Czemu nie udało się wydać tego materiału w latach 80-tych?
Ja mam tylko wersję kasetową, którą chyba rozprowadzaliście własnym sumptem?
A to już pytanie
nie do mnie. Nie wiem, po prostu nie wiem. Chyba dlatego, że Klub Płytowy Razem
się rozsypał. I to chyba tyle.
Okładka jest dość oszczędna, bo przedstawia tylko zdjęcie
zespołu. Zdecydowanie bardziej mi się podobała okładka zdobiąca wersję
kasetową. Czemu płyty nie zdobi jakiś ciekawy typowo metalowy obrazek?
Tamta wersja
została przez jakiegoś naszego fana zrobiona i poszła w Polskę. Sam byłem
zdziwiony jak zobaczyłem takie wydanie. Jednak każdy wie, że to zerżnięcie z
płyty Alabama Thunderpussy. Widziałem też kilka innych wersji okładkowych i
szacun ogromny dla pomysłów. Jednak cokolwiek byśmy dali na okładkę po takim
czasie byłoby trochę nienaturalne. Jak powiedziałem już wcześniej – to powrót
do tamtych lat, a nie tworzenie nowego projektu…
Masz kontakt z pozostałymi muzykami nagrywającymi "Lwy
Ognia"? Co u nich słychać? Jak odbierają to wydawnictwo?
Niestety, poza
Ziutkiem nie mam kontaktu z nikim. Nikt nie wie co się dzieje z Jasiem
(gitara), Ula (bas) też gdzieś zniknął z pola rażenia, Maciek Różycki mieszka
we Wrocławiu i mam go zamiar nawiedzić ale wciąż coś staje na przeszkodzie…
Jak po 25 latach odbierasz dzisiaj ten materiał? Słuchasz go
czasem? Jakie są Twoje ulubione utwory?
Kilka kawałków jak
na owe czasy było naprawdę ekstra. O tym świadczy choćby fakt, że Metal
Inquisitor nie tylko nagrał "Twardego" ale chłopaki zza Odry
zaśpiewali go po naszemu... Znasz taki drugi przypadek? Czy go słucham? Głównie
jak trochę więcej wleci mi w gardło przy jakiejś okazji to wtedy sentymenty się
odzywają. Ulubione kawałki: 1- "Twardy", 2 - "Lwy", 3 -
"Open Fire" i reszta…
Macie w swoim dorobku jeszcze trochę numerów z dem, czytałem
również o jakichś utworach w języku angielskim nagranych pod koniec '89 roku.
Nie myślałeś o dodaniu ich jako bonus do "Lwów Ognia"? Może masz w
planach wykorzystanie niepublikowanych kawałków?
Nie, to nie byłyby
"Lwy Ognia". Ta płyta to właśnie te utwory. Dodawanie innych wersji
lub kawałków to już zmieniłoby całkiem obraz tej płyty. Może jeszcze coś
wydamy, jak "Lwy" spotkają się z ciepłym przyjęciem to będzie to dla
mnie bynajmniej jakiś sygnał…
Podejrzewam, że
tytuł utworu "Metal top 20" dotyczył słynnej listy prezentowanej
przez Krzysztofa "Krisa" Brankowskiego w "Muzyce młodych" w
programie II polskiego radia. Kto jest autorem kultowego już dzisiaj tekstu
"Heavy Metal is the best, Heavy Metal fuck the rest" (śmiech)?
Jak to kto?
"Jam to, nie chwaląc się uczynił", parafrazując Zagłobę. Dodam że to żaden znany gitarzysta
metalowy...
Porozmawiajmy trochę o początkach zespołu. Zanim do niego
dołączyłeś grał on pod nazwą Biały Kruk. Jaką muzykę wtedy tworzył?
Takie Deep Purple
w lokalnym wydaniu. Ja dołożyłem Black Sabbath i coś zaczęło trochę brzmieć
inaczej…
Po Twoim dojściu do zespołu w 1985 roku zmieniliście nazwę
na zdecydowanie bardziej metalową i po prostu lepszą czyli oczywiście Open
Fire. Czy to Ty stałeś za tą zmianą?
Nie, głównym wtedy
motorniczym naszego tramwaju był Maciek Różycki. Ponoć spodobały mu się komendy
wydawane na jakimś pirackim statku w filmie, który oglądał już na niemałym
kacu… Kac minął a nazwa została.
Wspomniany wyżej pan
Brankowski w pewnym momencie został waszym managerem. Jak wspominasz współpracę
z nim?
A czy będzie to
czytał? A tak, no jeśli tak to wspaniale wspominam. Nawet załatwił nam koncert
z Ozzym ale nie chcieliśmy z nim grać, mój żołądek nie trawi nietoperzy... Tak
serio, robił chłopina co mógł na owe czasy. Ta płyta to też jego zasługa.
Dzięki, Kris…
Zagraliście sporo naprawdę dużych koncertów tj. Metalmania
'87, '89 czy Metal Battle '88, podczas których dzieliliście scenę z takimi
załogami jak Helloween, Running Wild, Overkill, Nasty Savage, Living Death,
Exumer, Atomkraft, Coroner, Protector. Jak dzisiaj wspominasz te kultowe już
dzisiaj wydarzenia i jak wyglądały wasze relacje z zachodnimi
"gwiazdami"?
Dobrze że słowo
"gwiazdy" ubrałeś w cudzysłów. Nikt z nich nie dał do odczucia, że
jest gwiazdą. Sami byli zaskoczeni, że mogą sobie z nami pograć, pogadać,
pośpiewać. Szczególnie ciepło wspominam chłopaków z Running Wild. To swoje
typy… Zdjęcia to upamiętniły…
Podejrzewam, że w latach 80-tych nie było łatwo jeśli chodzi
o sprzęt, sale prób czy organizacje koncertów. Jak to w waszym przypadku
wyglądało?
Stary, jak bym
powiedział naprawdę, jak było, to młodzież pomyślałaby, że Sobiela zbzikował…
To nie do opowiedzenia. Podam jeden przykład: przyjeżdżamy tramwajem na próbę
do lokalnego domu tzw. Kultury a bębnów nie ma. Co k…wa u licha? A gary się
okazuje są, jako zabezpieczenie na pobliskiej melinie. Chłopaki z domu tzw.
Kultury wynieśli gary i zastawili je za dwie flaszki. Musieliśmy wykupić je i
jeszcze postawić następne szkła za wniesienie nazad… Sprzęt? jaki sprzęt … dwa
elektrony, jakiś wzmachol z DDR-u, poklejone taśmą bębny, a struny
sprowadzaliśmy przez kolesia, którego wujo pracował w Rajchu na zmywaku… W
kanciapie maks. 10 stopni w zimie, litry wypijanej herbaty żeby się ogrzać…
Potem, jak się połączyliśmy z chłopakami z Układu N to przenieśliśmy swoje
próby do Jaworzyny i tam przy domu kultury przy fabryce porcelany mieliśmy już
znacznie lepiej. Ale ja żeby tam dojechać potrzebowałem w jedna stronę prawie 4
godzin…
Jak duże mieliście wsparcie ze strony rodzimych fanów?
Czuliście się zespołem dość popularnym?
Nie widziałem
różnicy w przyjęciu nas przez fanów pomiędzy Wrocławiem a w innej części kraju.
Wszędzie czuliśmy się jak w domu. Za to też chciałem podziękować.
Jak wyglądały wasze relacje z innymi grupami tj. Kat, Wilczy
Pająk, Dragon, Stos itd. Wspieraliście się nawzajem czy było w tym więcej
rywalizacji?
Tak szczerze to
wyczuwało się rywalizację. Każdy chciał być naj… Jedni pokazywali to w taki,
inni w inny sposób. To trochę wina pewnych ludzi, ale nie pociągnę tematu dalej
bo niektórych już nie ma na tym gruncie… Jednak było coś co nas wszystkich
łączyło i pomagało zapominać o rywalizacji – samogon, jakkolwiek inaczej by to
nazywać…
Słychać w waszych utworach szczególnie z wcześniejszego
okresu inspirację takimi zespołami jak Helloween czy momentami Running Wild? To
były wtedy wasze muzyczne wzorce?
Helloween i Running Wild to takie wspólne mianowniki dla nas
wówczas. Dla jednych z nas te kapele to już szczyt mocnego grania , dla innych
to dopiero początek. Ja należałem do tej drugiej grupy. Stąd późniejsze
poszukiwania i zmiany, które jednak nie wyszły nam na dobre…
Później wasza muzyka zaczęła ewoluować bardziej w kierunku
Thrashu co było wówczas typowe dla polskiej sceny. Jak myślisz czy jeśli chodzi
o polskie grupy w tamtym okresie to była to prawdziwa fascynacja nowym
gatunkiem czy bardziej podążanie za modą i próbą wpasowania się w gusta
publiki?
Dla niektórych
kapel to było naturalne znalezienie swojego miejsca, dla innych pożądanie za
modą i wciskanie się na siłę w gusta publiki. Być może zaskoczę innych ale my
niestety byliśmy wśród tej drugiej części. Zaczęliśmy szukać inspiracji w
kapelach jak Metallica, Megadeth, Flotsam & Jetsam, Testament etc. ale ani
dobrze nie czuliśmy takiej muzyki ani nie potrafiliśmy jej poprawnie zagrać, a
w szczególności zaśpiewać. Gdybyśmy pozostali w naszej bajce były by zapewne
zmiany w dynamice i aranżacjach, ale dalej byłby to ten stary dobry Open Fire,
a tak zrobił się potworek, gdzie każdy chciał grać coś innego i 80% czasu
spędzaliśmy na kłótniach…
W '89 roku byliście gospodarzami imprezy "Metal
Madness" na wyspie słodowej w waszym rodzinnym Wrocławiu. Oprócz uznanych
grup jak Wy oraz Wilczy Pająk czy Turbo wystąpił debiutujący wtedy Acid
Drinkers. Zastanawiałeś się kiedyś czemu Open Fire nie udało się zrobić takiej
"kariery" jak w/w grupy? Jak myślisz, czego wam zabrakło?
Patrz odpowiedź
wyżej... A w tym miejscu chcę pozdrowić Licę i Tytusa, a także Grześka i Wojtka
z Turbo. Dzięki chłopaki za kawał świetnej zabawy i dobrej muzyki – wtedy z
nami i już potem bez nas…
Czemu zespół się rozpadł? Ciężko było odnaleźć się w nowej
rzeczywistości? Nie da się ukryć, że nadchodziły nienajlepsze lata dla
klasycznych odmian metalu, zwłaszcza w Polsce?
Trzeba było za coś
żyć – życie to taka kurewska czynność, która ma ciągłe potrzeby, jak w sam raz
związane z kasą… A jak nie wyjechałeś na szparagi za miedzę albo na winobranie
do Italii to nawet nie było cię stać na byle jaki sprzęt. A bez niego żadne
granie nie wchodziło w grę - o jak ładnie się mi powiedziało - dlatego
rozjechaliśmy się po świecie i już ciężko się było nam spotkać…
Czym zajmowałeś się później? Miało to coś wspólnego z muzyką
czy całkiem sobie odpuściłeś?
Zarabianiem
pieniędzy. Nie odpuściłem sobie całkiem. Nie gram na zewnątrz ale mam coś
niecoś w domu i pogrywam sobie. A teraz gonię swojego najmłodszego chłopaka do
garów bo ma cholerny talent i łoi że aż miło słuchać. Na pohybel sąsiadom!!!
W jakim kierunku wg Ciebie poszłaby muzyka Open Fire
gdybyście się nie rozpadli?
To najtrudniejsze
pytanie jakie mi zadano ostatnio. Nie wiem, to zależałoby przede wszystkim od
ludzi, z którymi bym grał. Bo żeby coś docenili słuchacze to najpierw musi być
w samych nas. Ktoś kiedyś powiedział po Metalmanii 87, że kocha nas nie za
muzykę, ale za całkowity spontan, bezkompromisowość i naturalność. Póki tacy
byliśmy było OK…
Zdajesz sobie sprawę z kultowego statusu Open Fire w Heavy
Metalowym podziemiu? Znam ludzi z różnych części świata, którzy dali by się
pociąć za waszą płytę. Teraz już na szczęście nie będą musieli tego robić
(śmiech).
Tak sobie myślę,
że cięcie się to chyba nie najprzyjemniejsza czynność, no nie ? A tak serio...
Wiesz dlaczego tak jest ? To taki syndrom Trabanta . Nie był to najbardziej
zaawansowany technologicznie samochód , jednak znam wielu kolesi i w Polsce i
po za nią którzy w garażu trzymają takie plastikowe cacko i nie sprzedadzą je
za żadne skarby, choć przed domem stoi nowy merc , którego sprzedać bez
urojenia łezki mogą choćby od zaraz… To sentyment, smaki i zapachy młodości.
Ktoś napisał , że jak zapuszcza sobie Twardego przenosi się w tamte boskie
czasy i czuje ten klimat. To o to chodzi. Dlatego płyta jest dokładnie taka
sama jak 25 lat temu…
Są jakieś plany wydania "Lwów ognia" na zachodzie?
Miałeś stamtąd jakiś odzew?
No co ty, jaja
sobie robisz? Chyba, że masz na myśli "zachód Polski"…
Wspominałeś, że słyszałeś niemiecki zespół Metal Inquisitor
i ich wersję waszego klasyka "Twardy jak skała". Jakie masz wrażenia?
Tak, to że
chłopaki nagrali ten kawałek to jedno, ale to że zaśpiewali po polsku to coś
zajebistego poczwórnie. Żeby Niemiec śpiewał po polsku? To naprawdę niezłe
jaja… Wiesz, z chęcią zaśpiewał bym razem z nimi, to byłby odlot.
W 2006 roku pojawiła się wiadomość o reaktywacji Open Fire,
ale jak dotąd niewiele słychać z waszego obozu. Jaki jest więc status zespołu?
Jest szansa na jakieś koncerty, albo nowe utwory?
Zawsze wyznawałem
zasadę, że sens reaktywacji jest wtedy kiedy będzie grać co najmniej trzech ze
starego składu. Co to za Open Fire tylko z moją gębą. Ale ostatnio Kris mnie
trochę naprostował i muszę powrócić do tej myśli. Jest jeszcze Ziutek… A może i
Maciek? Odpowiem, więc jak jakaś głupia gęba z telewizornii – "Nie
zaprzeczam, nie potwierdzam"...
Jesteś na bieżąco z dzisiejszą sceną metalową? Jakieś nowe
zespoły zrobiły na tobie dobre wrażenie?
Nie, jestem
konserwatywny. Słucham cały czas takich kapel ze starej stajni jak Megadeth,
Manowar, Testament,ostatnio śledzę poczynania Jasona Newsteda, ale nie ukrywam
że cały czas gości u mnie Helloween… Z nowych kapel nic mnie nie rzuciło na
kolana, choć nie ukrywam, że paść na kolana to chciałbym przed tymi, którzy nie
pozwolili aby to co zrobiliśmy ponad ćwierć wieku temu (kto z nas myślał, że
tyle pożyje) wylądowało na śmietniku historii polskiego HM. Dziękuję wszystkim
i mam nadzieję że jeszcze się spotkamy…
To już wszystko z mojej strony. Wielkie dzięki za wywiad i
wszystkiego najlepszego.
Pozdrawiam, wszystkich czytelników i tych co czytać nie
umieją ,też pozdrawiam…
piątek, 8 marca 2013
Manilla Road - Mysterium (2013)
Muszę się
przyznać, że Manillę darzę fanatycznym uwielbieniem. Jednak do każdego
kolejnego albumu staram się podejść jak najbardziej obiektywnie bez przesadnej
egzaltacji. Doszło nawet do tego, że zacząłem ostatnie wydawnictwa Marka i
chłopaków traktować z dużą dozą krytycyzmu. Oczywiścię kocham każdą ich płytę,
jednak zawsze było jakieś małe ale (no może poza "Voyager"em).
"Mysterium" uakazała się zaledwie półtora roku po "Playground of
the Damned" czyli bardzo szybko jak na ich ostatnie standarty. W między
czasie ukazała się też fantastyczna płyta projektu Sheltona - Hellwell. Bałem
się, że napisanie naprawdę dobrego materiału w
tak krótkim czasie może być zadaniem niewykonalnym. Ależ byłem głupi!
Biję się w piersi i pokornie błagam o wybaczenie. Mark jest geniuszem i basta,
a "Mysterium" tylko to potwierdza. Jest to chyba ich najlepsza płyta
nagrana w 21 wieku. Zespół tym razem zamiast długich, rozwlekłych kompozycji
utrzymanych raczej w wolnych tempach postawił na konkretne metalowe uderzenie.
Utwory są zwarte, oparte na klasycznych Sheltonowych riffach, a nad wszystkim
unosi się duch takich płyt jak "Open the Gates", "The
Deluge" czy "Mystification". Nowi w zespole czyli basista Josh
Castillo i bębniarz Neudi wnieśli naprawdę dużo świeżego powietrza. Bas Josha
tworzy naprawdę znakomity podkład pod riffy, a momentami jego pulsowanie
powoduje ciary. Bębny wreszcie nie brzmią tak sucho jak poprzednio tylko
naprawdę potężnie, nadając niesamowitej dynamiki tym kompozycjom. Mam nadzieję,
że ten skład utrzyma się jak najdłużej. Jeśli chodzi o materiał to jest on
bardzo wyrównany i ciężko wybrać jakiegoś faworyta. Większość utworów nie
przekracza 5 minut poza tytułowym, ponad 11-minutowym, epickim kolosem i 6
minutowym, genialnym "Hermitage". Płyta pomimo tego, że jest bardzo
zwarta stylistycznie to jednak nie jest na jedno kopyto. Obok utworów
marszowych, utrzymanych w średnim tempie tj "The Great God Passess",
"Do What Thou Will", "Hallowed be Thy Grave" czy
wspomnianego wcześniej "Hermitage", znajdziemy szybkie i ostre
kawałki, które na koncertach będą mordować (jeśli je zagrają oczywiście) czyli
"Stan Your Ground" i "Only the Brave". Są tu też
spokojniejsze utwory - "battle of Bonchester Bridge", trochę
southernowy nawiązujący do Voyagerowego "Tree of Life" "The
Fountain" oraz instrumentalny "The Calling" przywołujący
klimatem "Atlantis Rising".Płyta jest fenomenalna. Zespół zebrał
wszystkie elementy składowe swojego stylu i stworzył kolejne wybitne dzieło.
Całości dopełnia jeszcze znakomita, klimatyczna okładka idealnie komponująca
się z muzyką. Nie wiem czym Mark zaskoczy nas na kolejnych wydawnictwach, ale
wiem, że ten album już dziś jest klasykiem. Up the Hammers!
5,8/6
Chaos Theory - Bio-Death (2012)
Chaos Theory to dosyć nowa nazwa na Thrash Metalowej mapie. Zespół powstał w 2009 roku i jak do tej pory miał na koncie tylko jedno demo, którego nie dane mi było słyszeć, nagrane rok później. W 2012 roku ukazał się pełnowymiarowy debiut "Bio-Death" i to od razu w barwach tak dużego i szanowanego labelu jakim jest Massacre rec. Jak na grupę z tak małym stażem muzycy prezentują naprawdę wysoki poziom. Na płycie znajdziemy dużo ciekawych, czasem zakręconych riffów, mocną sekcję oraz gęste brzmienie. Możemy wychwycić inspirację Destruction, starym Voivod, Exodus, ale nie ma mowy o plagiacie. Włosi starają się grać znany patenty na swój własny sposób i nawet nieźle im to wychodzi. To wszystko razem tworzy całkiem smakowite danie. Płytka szybko się nie nudzi i słuchanie jej może sprawić dużo frajdy niejednemu thrasherowi. Chaos Theory ma spore szanse i wszelkie predyspozycje ku temu by nie przepasć w zalewie setek podobnych sobie kapel, w porównaniu z którymi wychodzi zdecydowanie obronną ręką. "Bio-Death" uważam za udany start i liczę na to, że w przyszłości może być jeszcze lepiej.
4/6
sobota, 1 września 2012
Blaze Bayley - The King of Metal (2012)
Kiedy gruchnęła wiadomość, że Blaze po raz kolejny
postanowił wymienić cały skład, spodziewałem się, że na nową płytę przyjdzie
nam trochę poczekać. A tu proszę! Po niespełna roku pojawił się „The King of
Metal”. Tytuł płyty i okładka przedstawiająca Bayleya zrobionego na
terminatora(?) z koroną cierniową wyglądały zachęcająco dawały duże nadzieje na
bardzo konkretną rzecz. Jednak pierwsze przesłuchania mnie rozczarowały. Miałem
wrażenie, że płyta jest zrobiona na siłę, mało wyrazista, słychać było brak
zgrania. Do tego brzmienie wydawało mi się za surowe, melodie jakby słabsze niż
wcześniej, jednym słowem zawód. Jednak po pewnym czasie postanowiłem dać tej
płycie drugą szansę i tym razem było już dużo lepiej. Nie jest to płyta tak
udana jak 2 poprzednie. Brzmieniem i konstrukcją utworów nawiązuje bardziej do
takich płyt jak „Tenth Dimension”, które były nagrywane jeszcze pod
szyldem Blaze. Brzmienie jest faktycznie trochę surowsze i mocno
zbasowane co w porównaniu z krystaliczną produkcją 2-óch poprzednich krążków
może na początku trochę przeszkadzać. Z czasem na tyle się przyzwyczaiłem, że
już nie zwracam na to uwagi. Nowi muzycy grają po prostu inaczej niż ich
poprzednicy i pewnie stąd brały się moje początkowe zarzuty. Jest tutaj kilka
naprawdę znakomitych utworych np. poświęcony zastrzelonemu gitarzyście Pantery
„Dimebag”, „Black Country” czy „Rainbow Fades to Black”.
Wyrózniają się też spokojne utwory, w których Blaze śpiewa tylko przy
akompaniamencie pianina czy klasycznej gitary, „One More Step” i „Beginning”.
Reszta płyty też jest godna uwagi. Dopełnienie całości są jak zwykle bardzo
osobiste teksty, w których Blaze rozlicza się ze wszystkim gównianymi tematami
jaki go spotkały w ostatnim czasie. „The King of Metal” nie jest płytą
wybitną, ale na pewno jest to kawał porządnego Heavy Metalu. Podziwiam upór z
jakim ten człowiek brnie do przodu i nagrywa kolejne dobre płyty mimo
wszystkich przeciwności losu jakie spotyka na swojej drodze.
4/6
Running Wild - Shadowmaker (2012)
To, że Running Wild prędzej czy później powróci z
nową płytą było dla mnie i dla wielu moich znajomym czyś oczywistym. Mimo
szumnego zakończenia działalności, ostatniego koncertu, ostatniego dvd itd.
Niestety słowność jest dla wielu muzyków, szczególnie z tych większych
zespołów, czymś trudnym do osiągnięcia. Mieliśmy już tyle głośnych powrotów po
„nieodwołalnych odejściach”, że trudno już się czemukolwiek dziwić. Rock’n’Rolf
jakiś czas temu oszalał. Zakończył działalność Running Wild,
przefarbował włosy na zielono i stwierdził, że będzie grał glam (!!!). Jego
broszka. Stwierdziłem wtedy, że jest to dość uczciwe zachowwanie z jego strony.
Zamiast hańbić legendę i nagrywać gówno pod znanym szyldem założył nowy
projekt. Gdy pojawiły się pierwsze informacje na temat reaktywacji miałem
mieszane uczucia. Z jednej strony wyglądało mi to na akcję typowo biznesową, a
z drugiej strony to jest jednak kolejna płyta Running Wild, jednego z
najlepszych zespołów w historii muzyki. Tak więc czekałem z umiarkowanym
optymizmem. W końcu po tylu latach przerwy i szumnych zapowiedziach nie można
uraczyć fanów kałem. Jakże się myliłem. Jest to najgorsza płyta Rock’n’Rolfa.
Pojawiają się czasem znajome riffy, klasyczne melodie, ale to tylko bardzo
słaby odblask dawnej chwały. Tym numerom brakuje ikry, klimatu i tego czegoś
magicznego co zawsze charakteryzowało ten wielki zespół. Kilka momentów
przyprawia mnie o autentyczne przerażenie, przechodzące w załamanie nerwowe.
Taki „Me and the Boys” brzmi jak hymn zwolenników miłości męsko-męskiej,
a nie metalowy kawałek. Reszta jest już w stylu Running Wild tylko, że
są to najsłabsze utwory jakie powstały pod tym szyldem. Nielicznymi jasnymi
punktami są zdecydowanie najlepszy „Into the Black” z bardzo fajnym refrenem,
„Shadowmaker” i ewentualnie „Black Shadow”. W pozostałych
utworach pojawiają się czasem ciekawe motywy, ale zaraz są przygniecione lawiną
przeciętności. Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek pojawi się kolejna płyta, to
będzie zawierała muzykę godną nazwy Running Wild (Tak, wiem czyją matką jest
nadzieja). Na razie jest bardzo słabo.
2,5/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)






