poniedziałek, 25 marca 2013

Stos - Jeźdźcy Nocy (2012)






Kolejny długo oczekiwany materiał. Tym razem jest to drugi album legendy polskiego Heavy, jaworzyńskiego Stos. Dostaliśmy naprawdę porządną dawkę muzyki, bo aż 73 minuty zawarte w 14 utworach. Na szczęście nie ma nudy. Są pewne delikatne niedostatki brzmieniowe jak trochę "pływające" talerze, wokal Ireny też czasami brzmi ja by dobiegał z drugiego pomieszczenia, ale to może być też tylko efekt mojej chorej wyobraźni. Te niuanse nie przeszkadzają w odbiorze materiału, a wręcz przeciwnie. Słuchając "Jeźdźców Nocy" mam wrażenie jakby ta płyta została nagrana zaraz po debiucie, w ogóle nie słychać upływu czasu. Na tej płycie na całe szczęście nie uświadczymy żadnej nowoczesnych patentów czy też nowinek technicznych. Dostajemy za to klasyczny polski Heavy Metal w najlepszym wydaniu i jest to w 100% Stos. Materiał jest bardzo przekrojowy, bo mamy tutaj zarówno utwory z lat '80, jaki utwory znane z różnych wydawnictw już po reaktywacji grupy w 21 wieku. Ciężko jest też jakieś wyróżnić. Większość refrenów zostaje w głowie na bardzo długo i ciężko się od nich uwolnić. Są kawałki szybsze i przebojowe jak "Heavy Metal", "Ludzie Ciemności" czy "Za Horyzont", bardziej epickie, zagrane w średnich tempach "Krajobraz po Bitwie", "Jeźdźcy Nocy" oraz balladowe "Wyrocznia", zadedykowany zmarłemu basiście Stos Januszowi Sołomie, przejmujący "Dla Janusza" oraz nową wersję klasyka "Ognisty Ptak" nagraną wspólnie z Grzegorzem Kupczykiem. Naprawdę znakomity album i bardzo pozytywne zaskoczenie. Mam nadzieję, że wszelkie nieszczęścia wreszcie zaczną ich omijać i zespół złapie dobry wiatr w żagle. Zdecydowanie na to zasługują.
5/6

Attacker - …w tym czasie na Ziemi istnieli giganci


Legendarny Attacker powrócił. Ich nowy, wydany po blisko 7 latach przerwy album „Giants of Canaan” zbiera zewsząd entuzjastyczne recenzje. Po dopływie świeżej krwi w postaci basisty i wokalisty zespół wydaje się silniejszy niż kiedykolwiek i pełen zapału do dalszej pracy. Przed wami Attacker!

Witam was serdecznie. Na początek pytanie, które muszę zadać. Czemu na wasz premierowy materiał trzeba było czekać aż 7 lat?

 Mike Sabatini: Cóż, to był ciężki okres, w którym musieliśmy znaleźć pasującego do nas wokalistę. Było też kilka kwestii osobistych, którymi niektórzy członkowie musieli się zająć zanim mogliśmy ponownie stworzyć zdrowy line - up. Oficjalnie zespół był nieaktywny od 2008 roku do wiosny 2012, chociaż nasz ostatni album wyszedł w 2006 roku. Teraz wróciliśmy i według wielu ludzi , którzy nas ostatnio widzieli to nasz najlepszy line - up jaki kiedykolwiek mieliśmy.

Jakie były powody ponownego odejścia z grupy Bobby Mitchella?

Mike Sabatini: Chciałbym wyjaśnić tą kwestię. Bob Mitchell nie opuścił zespołu sam z siebie, jak twierdzi, ale to zespół go sobie odpuścił. Był z nami do festiwalu Keep It True X w 2008 roku, nie wypełniał swoich zobowiązań względem zespołu i nie był częścią drużyny. Jesteśmy zespołem, który musi pracować razem, żeby osiągnąć sukces. Kiedy przestaniesz być członkiem grupy musisz z niej odejść. Notabene, dzień przed tym jak ogłosił swoje odejście z zespołu, nasza ówczesna wytwórnia, Sentinel Steel, wydała oświadczenie o rozejściu się dróg Attackera i Boba Mitchella. To ciekawe, że podał zupełnie inny powód niż prawdziwy.

Bobby "leather lungs" Lucas wykonał niesamowitą robotę, jego wokale są fantastyczne. Chyba idealnie wpasował się w wasz styl? Jak to się stało, że zasilił wasze szeregi?

 Mike Sabatini: Moim zdaniem wykonania Bobbyego są po prostu niesamowite. Potrafi fantastycznie poradzić sobie ze starszym materiałem, ale nadal pozostaje sobą. Nie mogliśmy lepiej trafić. Bobby skontaktował się ze mną za namową Marka Edwrdsa z Overlorde. Bobby nadal jest członkiem tej grupy, chociaż od kilku lat są nieaktywni. Gadaliśmy i w przeciągu tygodnia czy dwóch zjawił się na przesłuchaniu i żeby poznać resztę chłopaków. Wiedziałem już na co było go stać, ale inni musieli sami się o tym przekonać.

Dlaczego rok temu zespół opuścił Lou Ciarlo? Poproszę o kilka słów na temat jego nastepcy Jona Hanemanna.

Mike Sabatini: Zaraz po tym jak dołączył do nas Bobby, Lou poinformował mnie, że nie ma już serca do dalszego grania. Lou i ja jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi więc zrozumiałem to. Jon i ja jammowaliśmy z naszym gitarzystą kilka miesięcy przed podjęciem decyzji o reaktywacji, ale nie wychodziło nam. Jon był naprawdę dobrym basistą, a jego sprzęt stał już w naszym studiu prób, dobrym pomysłem wydawało się więc zaproponować mu dołączenie do zespołu, tak też zrobiliśmy. Jest solidnym uzupełnieniem grupy i również wspaniałym człowiekiem.

"Giants of  Canaan" wydaliście w Metal on Metal rec. Jak do tego doszło? Jesteście zadowoleni ze współpracy?

 Mike Sabatini: Znałem Jowitę od ponad 10 lat, jest jednym z właścicieli razem ze swoim mężem, Simonem. Zaproponowała nam współpracę, a mi podobało się jak prowadzi wytwórnię więc zgodziliśmy się. Jak dotąd, kolaboracja układa się świetnie, z naszej strony nie ma żadnych skarg. Praca z nimi to przyjemność.

Po raz trzeci z rzędu waszą płytę zdobi obraz Jowity Kamińskiej i po raz kolejny jest to fantastyczna praca. Dajecie jej całkowicie wolną rękę czy też dajecie jakieś wskazówki na temat koncepcji?

Mike Sabatini: To chyba najlepsza okładka, jaką kiedykolwiek mieliśmy. Właściwie to Bobby wymyśłił koncepcję i dał Jowicie rysunek, który był bardzo podobny do wersji finalnej. Dodała kilka detali, żeby wyglądał jeszcze lepiej. Świetnie się spisała!

Kiedy zaczeliście pisać materiał na "Giants of Canaan" i ile czasu zajęło wam jego skomponowanie?

 Mike Benetatos: Mike Sabatini zadzwonił do mnie w marcu 2012 i zapytał, czy chciałbym zacząć pracę nad nowym albumem. Oczywiście byłem bardzo podekscytowany i zainteresowany, tym bardziej, że “Steel Vengeance (Condemned)” i większość “Black Winds Calling” mieliśmy już napisane. Na szczęście nie dopadła nas blokada twórcza i pomysły przychodziły naturalnie, więc większość albumu napisaliśmy i nagraliśmy w ciągu 6 miesięcy... Zaskakująco szybko!

Głównym kompozytorem na płycie jest Mike Benetatos, który jest podpisany jako autor większości utworów. W kilku numerach swój udział miał też wasz najnowszy nabytek Jon Hanemann. Chyba dobrze wpasował się w wasze  szeregi?

 Mike Benetatos: Pomimo tego, że to ja stworzyłem większość materiału na “Giants Of Canaan” i “The Unknown”, nie określam się jako główny kompozytor. Jeżeli pomysły płyną, a piosenki są dobre i podobają się wszystkim w zespole używamy ich… To proste. Jon Hanemann pasuje do nas niesamowicie idealnie, jego podejście i wkład w proces tworzenia utworów był wielki. Oczywiście zawsze dobrze jest mieć zróżnicowane wpływy przy pisaniu piosenek, Jon wnosi ten element.
Jon Hanemann: Doszedłem do grupy podczas końcowego etapu tworzenia, więc wszystko co zrobiłem, to pomogłem posklejać niektóre części razem. Jedyna piosenka jaką napisałem, była pewnego rodzaju fuksem, ponieważ od lat nie pisałem w takim stylu. Mike B. bardzo mi pomógł znaleźć do niej głos. “Glenn of the Ghost” pochodzi z melodii, którą Mike B. napisał kiedy miał około 17 lat. Zdażyło się, że zagrał ją pewnego dnia podczas sesji próbnej i pomyślałem: “Co to było?”. Dwa dni później mieliśmy już piosenkę. Więc podejrzewam, że całkiem dobrze się wpasowałem. Chyba robiłem po prostu to, co akurat miałem przed sobą. Dodatkowo, z tymi chłopakami bardzo łatwo się pracuje. Bardzo profesjonalnie i spójnie. Łatwo było dopasować się do tak dobrej sytuacji!

Duet gitarowy Benetatos/Marinelli jest moim skromnym zdaniem jednym z najlepszych obecnie na scenie metalowej. Jak wam się razem gra? Dochodzi czasem do rozbieżności zdań w kwestiach muzycznych?

Mike Benetatos: Bardzo dziękuję za tak wyjątkowo miłe słowa. Znałem chłopaków z Attackera od początku włącznie z każdym, kto kiedyś był częścią zespołu. Była to więc bardzo komfortowa sytuacja, szczególnie dla Pata Marinelli, który jest najbardziej wyluzowanym facetem jakiego znam. Wierzcie lub nie, ale nigdy nie doszło między nami do konfliktu interesów czy jakichkolwiek nieporozumień, szczególnie muzycznych… To wiele mówi. Współne granie jest dla nas bardzo wygodne… braterskie, jak kto woli!!!
Jon Hanemann: Naprawdę nie widziałem żadnych sporów dotyczących podstawowego kierunku muzycznego. Kłótnie są bardziej “techniczne”, ale rozwiązują je bez większych problemów. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy dostają sporą ilość twórczego wpływu. Praktycznie wszyscy lubimy taki sam rodzaj muzyki, więc jest jeszcze prościej.

Jakby porównać styl gry obu gitarzystów to jakie są różnice w grze? Jaki muzyk był dla was największą inspiracją?

Jon Hanemann: Prawdopodobnie powiedziałbyś, że Pat jest bardziej wyluzowanym, melodyjnym gitarzystą prowadzącym, podczas gdy Mike B. jest jak szatkownica, ale te chłopaki naprawdę potrafią zaskoczyć.
Mike Benetatos: Dla mnie inspiracją jest Rik Emmet z Triumphu, Michael Denner i Hank Sherman z Mercyful Fate, byli dla mnie wielcy.
Pat Marinelli: Priest, Maiden i Accept byli tymi, którzy naprawdę na mnie działali.

Za teksty w zdecydowanej większości odpowiada Bobby Lucas. Tytułowy numer jak wiadomo dotyczy upadłych aniołów biorących sobie za żony śmiertelne kobiety, stworzycieli nefilimów. "Washed in blood" z kolei opowiada historię kuszenia Chrystusa. Widać tutaj lekką fascynację tematami biblijnymi. Jest to inspiracja dla Bobby'ego? Możecie pokrótce napisać czego dotyczą pozostałe teksty?

 Bobby Lucas: Przez 9 lat mojego życia chodziłem do szkoły katolickiej i właśnie tam nauczyłem się nie tylko śpiewać w kościele, ale nauczyłem się też o religii. Od wielu lat fascynował mnie temat całej tej “wojny w niebie” i upadłych aniołów. Kilka pierwszych filmów z serii 'The Prophecy' z Christopherem Walkenem są na to świetnymi przykładami. Ale te filmy nie mają nic wspólnego z nefilimami. Nefilimowie byli krzyżówką pomiędzy aniołów i ludzi. Czy pozaziemska rasa mogła się z nami rozmnażać? Właściwie znaleziono szkielety, które mogą wskazywać, że to prawda. Są to szkielety o średniej wysokości od 7,5 do 10 stóp z wielkimi, wydłużonymi czaszkami. Aż 18 znaleziono w Stanach Zjednoczonych, w Wisconsin. Szkielety po raz pierwszy pojawiły się w mediach w latach ’50. i w ponad 200 “wykopach” znaleziono te gigantyczne szczątki. Nawet struktura zębów jest inna, opierając się na większej niż normalnie ilości trzonowców. Biblia mówi nam: “W tym czasie na Ziemii istnieli giganci”. Myślę, że znaleźliśmy na to dowód w tych wykopach. Uwielbiam czytać książki Stephena Kinga, Deana Koontza, Clive’a Barkera, Shauna Hutsona i Jacka Ketchuma. Piszę również o postaciach i wydarzeniach historycznych. Na przykład “The Hammer” - niewielu ludzi wie kim był Karol “Młot” Martel. Martel był przywódcą Franków, który był militarnym geniuszem. Podporządkował sobie Bawarię i wygnał Saksończyków z Francji. Mój tekst oparty jest na historii jego największego zwycięstwa - Bitwie pod Tours, gdzie otrzymał swój przydomek “Młot”, przez sposób w jaki zmiażdżył swoich muzułmańskich wrogów. Gdyby Martel nie odniósł zwycięstwa pod Tours, cała Europa byłaby prawdopodobnie muzułmańska. Głównie w swoich tekstach czerpię z horrorów, fantasy, motywów historycznych i biblijnych. 

Gdzie i jak długo nagrywaliście płytę?

 Mike Sabatini: Nagraliśmy album w Katalomi Studios w Jersey City, w stanie New Jersey. Właściwie to nasze prywatne studio. Zaprojektowałem je wspólnie z naszym studyjnym partnerem, Patrickiem “Tapsem” Gudenem. Spędziliśmy około 2 i pół miesiąca na nagrywaniu i miksowaniu, od sierpnia 2012 do połowy listopada 2012.

Brzmienie jest potężne i klasycznie metalowe. Chyba jesteście z niego zadowoleni?

Mike Sabatini: Dzięki, jesteśmy szczęśliwi, że tak to wyszło. Wszyscy w zespole są całkowicie usatysfakcjonowani zarówno z brzmienia swoich instrumentów, jak i całości produkcji. Kiedy jesteś w trakcie pracy czasami trudno ją ocenić. Kiedy masz czas, żeby usiąść i posłuchać, wtedy wiesz jaką robotę wykonałeś.  

"Giants of Canaan" uważam za wasz najlepszy od czasu debiutu i najlepszy jak dotąd tegoroczny metalowy album. Jak można stworzyć takie dzieło(śmiech)?

 Mike Sabatini: Ostatnio bardzo często to słyszymy, dzięki temu czujemy się dumni z tego co udało nam się osiągnąć po tak długiej przerwie. Wszystko przyszło nam dosyć szybko i naturalnie. Myślę, że wszystko i wszyscy pracowali w synchronizacji i dlatego wyszło tak jak wyszło. Nie staraliśmy się bardziej niż kiedyś, po prostu zadziałała chemia w nowym line - upie!!!

Na tej płycie wszystkiego jest jakby więcej. Więcej mocy, szybkości, melodii, ale też więcej epickich, wolniejszych fragmentów. Zgadzacie się z taką opinią?

 Mike Sabatini: Zdecydowanie się z tym zgadzam. Ma w sobie po trochę wszystkiego co sprawia, że jest interesujący.
Jon Hanemann: Myślę, że starsze albumy Attacker są o wiele bardziej zróżnicowane niż ludziom się wydaje. Jest w nich wiele niuansów! Jeśli chodzi o “epickie” smaczki na “Canaan”, to prawdopodobnie ja ponoszę za nie winę, ponieważ podobały mi się one bardziej niż pozostałym chłopakom. W zasadzie groziłem, że zabiję wszystkich jeżeli nie nagramy “Glenn of the Ghost”! Zaciągnąłem Mike’a B. do mojego domu i piosenka po prostu się pojawiła po kilku godzinach. To co słychać na albumie jest prawie niezmienioną wersją tego co zrobiliśmy tamtego dnia bazując na wcześniejszym materiale Mike’a B. Szliśmy tam, gdzie prowadził nas utwór. Myślę, że właśnie w taki sposób większość kompozycji rozwija się muzycznie i tematycznie. Robiliśmy to, co czuliśmy, że musimy zrobić.
Bobby Lucas: Według mnie najlepiej jest dać ludziom album, który odzwierciedla emocje. Nie możesz przedstawić różnych aspektów uczuć po prostu dostarczając piosenki, które są w jednym tempie -  albo szybkie, albo wolne, z niczym pośrodku. Lubię piosenki z różnorodnymi zmianami i nastrojami. Wiele z moich ulubionych zespołów wszech czasów robiło to i nadal to robi: Black Sabbath, Judas Priest, Iron Maiden, Deep Purple, Rainbow i Fates Warning - wszystcy oni pokazują w swoich utworach dużo emocji. Podoba mi się tworzenie piosenek z mnóstwem atmosfery i energii. Na szczęście cała nasza piątka myśli podobnie i taka sytuacja zachodzi na wielu różnych poziomach.

Wydajecie się idealnie zgraną, perfekcyjną heavy metalową maszyną. Atmosfera w zespole chyba dopisuje?

 Jon Hanemann: Jesteśmy po prostu zwykłymi chłopakami, mamy pracę i taki tam, nie ma więc ego, co jest świetne. Wszyscy ciężko nad tym pracujemy, zarówno jako grupa jak i na własną rękę. Mamy naprawdę mocną etykę pracy. Myślę, że to kluczowy składnik. Każdy jest skupiony na tym, żeby dobrze grać i pisać, mamy więc w głowach ten sam cel.
Mike Sabatini: W tej chwili z pewnością jesteśmy. Zespół otacza obecnie wspaniała aura pozytywności!

Jakie są reakcje na nowy album? Podejrzewam same zachwyty (śmiech).

 Bobby Lucas: Jak na razie recenzje są bardzo zgodne  - i bardzo dobre! Nigdy nie podchodziłem do mojej muzyki jak “dobra, spróbuję napisać teraz świetny utwór…” - podążam za moim instynktem i emocjami. Mógłbym zaśpiewać tylko to, co sam kupuję. W pierwszej kolejnośći jestem fanem metalu, dlatego jeżeli to co robię brzmi dobrze dla mnie, to miejmy nadzieję, że spodoba się też innym metalowcom! Osobiście jestem bardzo dumny z tego albumu. To nie jest ważny album tylko dla Attackera jako zespołu, ale również dla mnie osobiście, ponieważ nie stworzyłem nic nowego od 2004 roku, czyli “Return Of The Snow Giant” z Overlorde. “Giants of Canaan” traktuję więc też jako mój “comeback” album. Przechodziłem ostatnio chwile próby związane z problemami zdrowotnymi, omal nie straciłem stopy. Tęskniłem za tworzeniem muzyki, bycie częścią zespołu, który zawsze szanowałem i lubiłem jest dla mnie ogromną szansą.

W tym roku zagraliście już m.in. na Metal Assault w Niemczech. Jakie są wasze przyszłe plany koncertowe szczególnie dotyczące Europy?
Bobby Lucas: Metal Assult był dla mnie szczególny, ponieważ urodziłem się w Wurzburgu. Mój ojciec tam stacjonował, a matka dołączyła do niego będąc w 6 miesiącu ciąży. Urodziła mnie w Wurzburgu, gdzie żyliśmy razem z cudowną niemiecką rodziną, u której wynajmowaliśmy przez 1,5 roku po moich urodzinach. Nadal mam zdjęcia, na których siedzę jako dziecko na kolanach u dżentelmena! Powrót do miejsca gdzie się urodziłem był wstrząsający - nigdy się nie spodziewałem zobaczyć Wurzburg jeszcze raz poza tym na starych fotografiach. Europa całościowo jest znacznie lepszym miejscem kiedy grasz w prawdziwym metalowym zespole. Niestety w Ameryce niewielu ludzi przychodzi na koncerty jakie dawaliśmy, powiedzmy, 25 lat temu. Szczególnie jeżeli chodzi o nasz rodzaj metalu. W USA funkcjonuje podziemie hardcorowych metalowców, ale większość współczesnych dzieciaków woli modniejsze style muzyczne. W Europie fani metalu wydają się bardziej pasjonować swoim metalem - i szanuję to! Nie mogę się już doczekać, aż wrócimy i zagramy w wielu miejscach, w których z Attackerem jeszcze nigdy nie byłem.
Mike Sabatini: Planujemy wrócić do Europy na dwa tygodnie w nadchodzącym sierpniu. Potwierdziliśmy już nasz występ na Rock Hard Italy Fest, Heavy Metal Night 6 również we Włoszech, w klubie The Little Devil w Tilburgu w Holandii i na belgijskim festiwalu The Ages Of Metal. Będzie jeszcze więcej dat do śledzenia.

W 2008 r. widziałem was na słynnym Keep it true, gdzie zagraliście w całości "Battle at Helm's Deep". Jak wspominacie to wydarzenie i całą atmosferę tego festiwalu?

 Mike Sabatini: To był wspaniały okres, ale również trochę dołujący ze względu na ówczesne problemy z Mitchellem. Myślę, że można powiedzieć, że ten koncert był dla nas słodko - gorzki. Podobały mi się wszystkie pozostałe zespoły, ponieważ to było coś w rodzaju “Best Of” z poprzednich festiwali KIT.

Z okazji Kit wydaliście też singiel "Condemned". Czy planujecie kiedyś dołączyć ten numer jako bonus np. do jakiegoś wydawnictwa?
Mike Sabatini: Ze względu na nasze napięte stosunki z Bobbym Mitchellem, prawdopodobnie nie. Pewnie oskarżyłby nas o próbę zarobienia na jego nazwisku ponieważ wymyślił tekst i tytuł “Condemned”. Właśnie dlatego teraz nazywa się “Steel Vengeance”.

Jak porównalibyście sceny europejską i amerykańską i waszą pozycję na nich?
Mike Sabatini: Niestety to jak dzień do nocy. Dla europejskich fanów to bardziej jak styl życia, podczas gdy w Ameryce to bardziej jak hobby. Tak naprawdę Amerykanie nie nie wspierają muzyki tak jak tego potrzebujemy. Nie chcą podróżować daleko, żeby zobaczyć koncert. Musi się odbywać w ich najbliższym sąsiedzctwie, bo inaczej nigdzie nie pójdą. Jednak sprawy wyglądają coraz lepiej także tutaj. Zauważyłem, że ostatnio w niektórych koncertach uczestniczy coraz więcej osób. Jest nadzieja!!!

Tak legendarny zepół jak Attacker musiał chyba zainspirować całe grono wykonawców. Znacie jakieś obecnie "duże" zespoły przyznające się do bycia pod waszym wpływem?

 Mike Sabatini: Trudne pytanie. Nigdy nie słyszałem, żeby jakiś większy zespół o nas wspomniał. Jestem pewny, że gdzieś są zespoły, na które mieliśmy wpływ, ale żaden z tych, które widziałem nie wspomniał o tym publicznie. Ale nie żebym też jakoś specjalnie szukał!

Jakie są wasze najbliższe plany? Może jakiś album live lub DVD?

Mike Sabatini: Planujemy zagrać tak dużo koncertów, na ile pozwoli nam nasz harmonogram. Gadaliśmy o zebraniu materiału z Metal Assault Festival i wydaniu go, ale to wszystko zależy od jakości i jak dobry będzie nasz występ.

Jest szansa, że na nową płytę poczekamy krócej niż 7 lat (śmiech)?

 Mike Sabatini: Zdecydowanie tak! Chłopaki już piszą nowy materiał więc będziemy mieli nowe piosenki, nad którymi będziemy mogli popracować kiedy przyjdzie pora.
Jon Hanemann: Uderzy w was dużo wcześniej! Nawet jeszcze nie zaczęliśmy! Czuję, jakbyśmy mieli dwa kolejne albumy, które po prostu czekają gdzieś w głębi naszych umysłów - szczególnie teraz, kiedy nowi członkowie czują się bardziej komfortowo.

To już wszystko z mojej strony. Serdeczne dzięki za wywiad. Mam nadzieję, że z taką płytą jak "Giants of Canaan" uda wam się zrobić kolejny krok do przodu i zaistnieć bardziej na światowych scenach. Na koniec poproszę o kilka słów dla fanów w Polsce.

Mike Sabatini: Do wszystkich fanów Metalu i zespołu Attecker w Polsce, możliwe, że zobaczycie nas w przyszłym roku na żywo, na scenie blisko was!!! Dziękujemy za wasze wsparcie!!!

Attacker - Giants of canaan (2013)






To już prawie 7 lat minęło od ukazania się ostatniego albumu Atackera "The Unknown". Nie będę się teraz rozpisywał nad powodami tak długiej przerwy, zainteresowanych odsyłam do wywiadu z zespołem. W ubiegłym roku w grupie pojawiło się dwóch nowych muzyków, basista Jon Hanemann i wokalista Bobby "Leather lungs" Lucas i to właśnie z nimi w składzie Attacker zabrał się do prac nad nowym krążkiem. Tak długi okres oczekiwania spowodował, że oczekiwałem naprawdę konkretnego uderzenia, ale to co usłyszałem sponiewierało mnie całkowicie. "Giants of Canaan" morduje! Od pierwszego do ostatniego dźwięku jesteśmy atakowani agresywnymi, ale melodyjnymi i co najważniejsze ZNAKOMITYMI riffami wygrywanymi przez duet Benetatos/Marinelli. To co wyprawiają Ci goście to absolutne mistrzostwo świata. Jest to obecnie jeden z najlepszych duetów gitarowych na scenie Heavy/Power. Nowi muzycy wpasowali się idealnie, ale jednak kilka osobnych słów należy się wokaliście. Nie jest łatwo zastąpić taki głos jaki miała Bobby Mitchel, jednak Lucasowi udało się to fantastycznie. Jego wokalizy są przepotężne, momentami miałem ciary na całym ciele jak np. podczas spokojnego fragmentu w utworze tytułowym. Attacker na "Giants of Canaan" sprawia wrażenie monolitu i zdaje się silniejszy niż kiedykolwiek. Nie będę wymieniał najlepszych numerów, bo musiałbym wypisać wszystkie tytuły. Nie ma na tej płycie ani jednego słabszego mjomentu. US Power Metal w najlepszej postaci. Całości dopełnia genialna okładka autorstwa Jowity Kamińskiej idealnie oddająca tytuł płyty. Czyżby krążek idealny? Na pewno ciężko wyobrazić sobie coś jeszcze lepszego stworzonego w tym gatunku. Jest niesamowita moc, energia, agresja, są fantastyczne melodie i refreny. Attacker powrócił i nagrał najlepszy album od czasów legendarnego debiutu "Battle at Helms Deep". Jeśli nie podoba ci się "Giants of Canaan" toś kutas nie metalowiec.

6/6

Saratan - Święta ścieżka ludożercy


Krakowski Saratan wraz z wydaniem trzeciej płyty otworzył nowy rozdział swojej egzystencji.  „Martya Xwar” zawiera muzykę niełatwą, ale niezmiernie ciekawą i zasługujące na zainteresowanie i uznanie, a kontrakt z Massacre rec. daje zespołowi możliwość zaistnienia również na europejskim rynku, czego im serdecznie życzę. Na pytania odpowiadali Jarek Niemiec (wokal/bas) oraz Robert Zembrzycki (gitara (live)). Zapraszam do lektury!

Witam! Na początek gratuluję świetnego albumu. Jakie są wasze odczucia na jego temat w kilka miesięcy po premierze? Jesteście w pełni z niego zadowoleni?
Jarosław Niemiec: Cześć! Dziękujemy za miłe słowa. Jesteśmy zadowoleni z naszej trzeciej płyty, co oczywiście nie oznacza, że dzisiaj czegoś byśmy nie zmienili, czy poprawili. Album został wydany pod koniec listopada 2012, tak więc jest to jeszcze stosunkowo świeża płyta, natomiast już teraz wiemy, że był to dla nas spory krok naprzód.

Jakie są reakcje fanów i dziennikarzy na "Martya Xwar"?
Robert Zembrzycki: Reakcje są różne, bo tyle opinii ilu dziennikarzy, ale w znacznej większości są one bardzo pozytywne. Reakcje fanów które do nas docierają czy to na facebooku czy na koncertach, także są bardzo pozytywne. Mamy fanów, którzy po jednym koncercie nabywają całą naszą dyskografię!
Jarosław Niemiec: Nasza wytwórnia porozsyłała nasz album gdzie się da, tak więc ilość recenzji jest naprawdę duża. Cieszy mnie to, że zdecydowana większość recenzji jest bardzo pozytywna, jednak do takich ocen nie przykładamy jakiejś większej wagi. Ważniejszy jest dla nas odbiór zespołu na koncertach.

Jak przebiegał proces twórczy? Ile czasu zajęło wam napisanie muzyki na płytę?
Jarosław Niemiec: Utwory powstawały około rok. Do tego podczas samej sesji nagraniowej wprowadziliśmy sporo zmian. Sam proces jest raczej nieciekawy – siedzę w domu, gram na różnych instrumentach, zapisuję w programach muzycznych i na końcu prezentuję reszcie zespołu.

Gdzie nagrywaliście "Martya Xwar" i kto jest odpowiedzialny za brzmienie?
Jarosław Niemiec: Nagrania trwały długo, ale było to działanie celowe. Mogliśmy dopracowywać materiał, zmieniać go, tak żeby wszystko było przemyślane. Ślady nagraliśmy w JR Studio w Skarżysku-Kamiennej. Tam pracowaliśmy z Jackiem Gruszką przez blisko cztery miesiące. Oczywiście nie była to ciągła sesja – zazwyczaj wyglądało to tak, że nagrywaliśmy jakiś instrument przez kilka dni, a potem robiliśmy parę dni przerwy. Żeńskie wokale nagraliśmy w krakowskim studiu Nieustraszeni Łowcy Dźwięków, a fortepian w Studio Centrum. Sample i klawisze nagrałem u siebie w domu. Następnie przekazaliśmy materiał V.Santurze z niemieckiego Woodshed Studio, by go zmiksował i zmasterował.

Nie da się ukryć, że nie jest to łatwa muzyka. Ja potrzebowałem kilku przesłuchań, żeby się w nią wgryźć, ale jak już się udało to byłem kupiony. Zgadzacie się z taką opinią?
Jarosław Niemiec: Tak jest. Muzyka jest bardziej złożona, aranżacje są bardziej skomplikowane, tak więc może ona nie „wejść” od pierwszego przesłuchania. Jednak jestem przekonany, że szybko się nie będzie nudzić, bo jest w sporym stopniu oryginalna i złożona.
Robert Zembrzycki: Zgadzam się. Ja sam, jak słuchałem tego materiału kiedy uczyłem się go grać, miałem numery które “wchodziły” od razu, ale też numery które wkręciły mi się dopiero po miesiącu. Natomiast im dłużej słucham tej płyty i gram te numery, tym więcej dostrzegam w niej naprawdę fantastycznych motywów. Są momenty kiedy przechodzą mnie ciarki, a to najważniejsze.

Jakich nietypowych instrumentów użyliście podczas nagrywania płyty i kto na nich grał? Idealnie pasują do klimatu albumu.
Jarosław Niemiec: Na fortepianie zagrała Marina Novikova, a na instrumentach etnicznych ja i nasz perkusista. Ja zagrałem na tarze, a Michał na etnicznych instrumentach perkusyjnych, między innymi na tych we wstępie do „Ba’al Zevuv”. Resztę instrumentów nagrałem sam w różnych programach muzycznych u siebie w domu.

Czemu, do cholery, ta płyta jest tak krótka (śmiech)? Człowiek dopiero co się mocno wkręci, a tu nagle koniec.
Jarosław Niemiec: Robiąc krótkie płyty unikam możliwości zrobienia czegoś słabszego. Skomponowałem osiem utworów i na więcej nie miałem pomysłów, albo mi się nie podobały. Na płycie znalazło się tylko to z czego byłem naprawdę zadowolony!

„Martya Xwar” to dość tajemniczy tytuł. W jakim jest języku i co oznacza?
Robert Zembrzycki: „Martya Xwar” to w średnioperskim ludożerca, od tej nazwy powstało słowo Mantikora.
Jarosław Niemiec: Tytuł jest tajemniczy i pasuje do muzyki. Podkreśla między innymi to, że warstwa muzyczna albumu jest dużo bardziej etniczna.

Powiedzcie parę słów na temat tekstów. Kto jest za nie odpowiedzialne i o czym traktują?
Jarosław Niemiec: Za teksty, podobnie jak za muzykę, odpowiedzialny jestem ja. Tym razem nie koncentrowałem się na tekstach antypolitycznych i antyreligijnych, lecz wprowadziłem więcej klimatu. Teksty do „Mastema”, czy „Sacred path of Martya Xwar” są mroczne i nawiązują do okultyzmu. „Verminous Disease” jest tekstem, który spokojnie mógłby znaleźć się na naszej poprzedniej płycie. Najbardziej wyjątkowy jest tekst do „Silent Sound of Mourning”, który traktuje o naszej potrzebie życia w żałobie i smutku. Tekst jest mocno związany z warstwą muzyczną, a inspiracją były ciągle ogłaszane żałoby narodowe w naszym kraju. Odnosiłem wtedy wrażenie, że warstwa rządząca traktuje żałobę narodową jako narzędzie autopromocyjne, nakierowane na PR, a nie na potrzeby ludzi.

Trzeci album, czyli tak jak "Martya Xwar" powszechnie jest traktowany jako przełomowy. Do tego nowa i renomowana wytwórnia czyli Massacre Records. Liczycie, że to naprawdę będzie dla was duży przełom?
Robert Zembrzycki: Bardzo byśmy sobie tego życzyli, cały czas na to pracujemy. Czas pokaże czy się uda, ale jesteśmy raczej dobrej myśli.
Jarosław Niemiec: Na tak zwany „przełom” składa się bardzo wiele czynników. Już teraz są pierwsze tego  symptomy, czyli zainteresowanie zespołem, wywiady i recenzje w najważniejszych europejskich magazynach, kontrakt z agencją koncertową i tak dalej. Jednak jesteśmy dopiero na początku promocji albumu i wydaje mi się, że dopiero za około rok będę w stanie powiedzieć coś więcej na ten temat. Teraz najważniejszą sprawą dla nas jest zrobienie drugiego klipu i zaprezentowanie się na wielu koncertach. Nie ukrywam, że bez koncertów zagranicznych, promocja płyty będzie niekompletna. 

Jak doszło do podpisania kontraktu z Massacre Records?
Jarosław Niemiec: Dość standardowo. Po nagraniu płyty i stworzeniu grafik, zrobiliśmy promopacki, które rozesłałem do najważniejszych wytwórni. Bardzo szybko dostałem odpowiedź od Massacre i wtedy zaczęła się rozmowa. Po około miesiącu zdecydowaliśmy się na podpisanie kontraktu. Było to gdzieś w kwietniu, natomiast z e względu na mnogość zespołów w wytwórni, wolny czas na wydanie płyty był dopiero w listopadzie 2012.

Jest to bardzo duża wytwórnia posiadająca w swoich szeregach wiele nazw światowego formatu. Nie boicie się, że będziecie traktowani trochę po macoszemu i bardziej jako dodatek do tych wielkich?
Jarosław Niemiec: Nie, w ogóle mi to nie przeszkadza. Massacre ma dobrą dystrybucje, w Polsce płyty sprzedaje Mystic, a dzięki temu że jest to duża firma płyta dociera w bardzo wiele miejsc. To są plusy większych wytwórni. Wiadomo, że jak byliśmy w My Kingom Music kontakt był bardziej koleżeński, ale możliwości Massacre wielokrotnie przewyższają te naszej poprzedniej wytwórni.

Jak do tej pory wygląda współpraca z nimi? Jak kwestia promocji?
Robert Zembrzycki: Dzięki Massacre Records mamy zapewnioną dystrybucję albumu w sklepach w Polsce i w Europie, kilka dużych wywiadów w znaczących zagranicznych pismach, takich jak np. niemieckie Legacy.
Jarosław Niemiec: Działają sprawnie – dostajemy dużo wywiadów i zestawienia z recenzjami. Widać, że promują swoje zespoły należycie!

Jak wyglądają wasze plany koncertowe? Jakieś koncerty poza granicami? Może jakaś trasa?
Jarosław Niemiec: Nie mogę podać konkretów, ale pracujemy nad tym żebyśmy promowali nową płytę w jak największej ilości miejsc, nie tylko w Polsce. Intensywnie będziemy koncertować na pewno na jesieni 2013 roku. Ponadto planujemy też zagraniczne wyjazdy.

Jak radzicie sobie z na żywo z dodatkowymi instrumentami? Gracie bez nic czy może są puszczane sample?
Robert Zembrzycki: Gramy z samplerem, więc wszystkie orientalne smaczki które są na albumie, są też na żywo. I naprawdę brzmią potężnie! Zapraszamy serdecznie wszystkich na nasze koncerty, przekonajcie się sami!
Jarosław Niemiec: Jest to jedyna możliwa opcja. Gra bez tych ścieżek byłaby słaba, a utwory brzmiałyby ubogo. Na grę z wszystkimi prawdziwymi instrumentami nas nie stać. Wiele zespołów używa samperów, my zagraliśmy z nim już 12 koncertów i uważam, że dla nas jest to optymalne rozwiązanie.

Oficjalnie Saratan to trio. Jacyś dodatkowi muzycy wspierają was podczas koncertów?
Robert Zembrzycki: Ja wspieram! (śmiech)
Jarosław Niemiec: Tak, Saratan to trio, bo ostatnia płytę nagrywaliśmy w takim składzie. Od jakiegoś czasu gra z nami Robert i traktujemy go w zasadzie jako formalnego członka zespołu. 

Nie myśleliście o tym, by wziąć na stałe do składu drugiego gitarzystę?
Jarosław Niemiec: Tak myślimy i w zasadzie już go mamy. Robert jest u nas na „okresie próbnym” ale wszystko idzie w dobrym kierunku i wkrótce dołączy do nas „na stałe”. To jest naturalny proces, zgrywamy się, wszystko się dobrze układa.

Z jakim zespołem z waszej stajni widzielibyście siebie na trasie?
Jarosław Niemiec: Wolę raczej odpowiedzieć na pytanie z kim z naszej agencji koncertowej zagrałbym trasę. A tam świetnych kapel jest wiele: Rage, Primordial, Hatesphere, Grave, Engel, Finntroll i Dark Funeral… Chętnie zagrałbym z każdym wymienionym wcześniej zespołem.  

Nagraliście ciekawy i profesjonalny klip do utworu "Ba'al Zevuv". Może kilka słów na jego temat?
Jarosław Niemiec: Praca nad zdjęciami trwała jeden dzień, natomiast praca nad renderowaniem grafik i obróbką – około dwa miesiące. Klip wyszedł dobrze, jesteśmy zadowoleni z efektów i już planujemy kolejny!
Robert Zembrzycki: Ja jedynie robiłem zdjęcia dokumentujące powstawanie klipu, gdyż wtedy nie byłem jeszcze członkiem zespołu, mogę więc tylko powiedzieć, że atmosfera na planie była niezwykle sympatyczna, a ekipa z Red Pig Productions jak zawsze wykazała się dużym profesjonalizmem.

Czemu akurat wybraliście ten numer? Jest bardzo dobry, ale jednak nie zabija od pierwszego przesłuchania tak jak  choćby "The Sacred Path of Martya Xwar" czy "God that Disappears".
Jarosław Niemiec: Następny teledysk będzie do właśnie takiego – szybkiego - kawałka, ale o tym w niedalekiej przyszłości. Wybraliśmy „Ba’al. Zevuv” bo w naszym odczuciu jest to kawałek najbardziej charakterystyczny. Co więcej na koncertach najlepsze przyjęcia ma właśnie on, co pokazuje że nasza decyzja była słuszna.

Przeszliście dosyć dużą rewolucję. Od thrash metalu do czegoś niewątpliwie na wskroś metalowego, ale trudnego do sklasyfikowania. Jak Wy byście scharakteryzowali swoją muzykę?
Robert Zembrzycki: Nie jestem fanem szufladkowania muzyki, ale gdybym miał ułatwić komuś wyobrażenie sobie tego co gramy, to powiedziałbym że jest to death/thrash z wpływami orientalnymi.
Jarosław Niemiec: Granie muzyki międzygatunkowej moim zdaniem jest dużym plusem. Jeśli  musiałbym określić nasz styl, odpowiedziałbym tak samo jak Robert. Nie zmienia to jednak faktu, że w gruncie rzeczy takie klasyfikacje niewiele mówią o samej muzyce. 

W jakim kierunku pójdzie w przyszłości Saratan. Będziecie bardziej brutalizować muzykę, może więcej eksperymentować?
Jarosław Niemiec: Jest zbyt wcześnie żeby definiować to co przyniesie nowy album. Na pewno nowej produkcji będzie bliżej do „Martya Xwar” niż do poprzednich dwóch płyt Saratan. Bardzo lubię te orientalne akcenty na naszej nowej płycie, więc wydaje mi się, że można się spodziewać rozwinięcia przede wszystkim na tej płaszczyźnie. 

Co was inspiruje do tworzenia takiej bądź co bądź oryginalnej muzyki?
Jarosław Niemiec: Rzadko inspiruje mnie muzyka. Jeżeli już coś bezpośrednio wpływa na proces tworzenia to wydaje mi się że bardziej filmy, książki i sztuka. Tak było na przykład z utworem „Asmodea” – inspiracją był jeden obraz Francisco Goya z serii „pinturas negras”. Jeśli miałbym wskazać zespoły, których najczęściej słucham i w jakimś stopniu się nimi inspiruje, byłyby to Celtic Frost, Triptikon, Anaal Nathrakh, cała masa muzyki filmowej i nie-metalowej. Oczywiście słucham dalej również thrashu, ale bardziej w wykonaniu "live", niż z płyt. Bardzo się cieszę, że w marcu kolejny raz zobaczę Testament.

To wszystkie pytania z mojej strony. Życzę powodzenia i jeszcze lepszych płyt niż "Martya Xwar".
Jarosław Niemiec: Dziękuję! Zachęcam wszystkich do zapoznania się z „Martya Xwar”, teledyskiem do „Ba’al. Zevuv”, oraz do przychodzenia na nasze koncerty!
Robert Zembrzycki: Dzięki!

Saratan - Martya Xwar (2012)


Mój pierwszy kontakt z tym materiałem nie był zbyt udany. Muzyka nie bardzo mi podeszła, uważałem ją za zbyt przekombinowaną, a samo jej słuchanie było dla mnie męczące. Po dłuższej przerwie postanowiłem dać Saratnowi kolejną szansę. Kilkanaście przesłuchań z rzędu sprawiło, że zostałem zauroczony. To nie jest muzyka łatwa, której się słucha podczas sprzątania, golenia czy innych zwykłych czynności. Tutaj potrzeba całkowitego skupienia się na tych dźwiękach i wczucia się w klimat. To już nie jest Thrash albo Death Metal, to jest Saratan. Grupa doskonale łączy brutalność z bliskowschodnim klimatem, a każdy utwór z osobna posiada swoją własną tożsamość. Jednak pomimo tego, że cały materiał jest wyrównany i nie ma słabych punktów to jednak druga część płyty całkowicie mnie nokautuje. Trzy zabójcze ciosy w postaci ponurego, wolnego, bardzo doom'owego okraszonego bardzo klimatycznym pianinem "Silent sound of Mourning" oraz dwóch szybkich killerów z rozpieprzającymi, wkręcającymi się w mózg riffami czyli "The Sacred Path of Martya Xwar" oraz "The God That Dissapear". W wersji live to musi być istne morderstwo. Na całej płycie słychać też różne instrumenty etniczne wprowadzające tajemniczy nastrój i bliskowschodni klimat. Płyta jest krótka, bo trwa zaledwie 37 minut, tak więc nie ma możliwości, żeby się znudzić. "Martya Xwar" jest jednym z ciekawszych albumów nagranych w Polsce jakie ostatnio słyszałem i najlepszym jaki nagrał Saratan. Zespół odnalazł już chyba swoją ścieżkę i jeśli będzie rozwijać się w tym tempie to aż strach pomyśleć co stworzy w przyszłości. Jeśli dacie tej płycie szansę nie zrażając się po pierwszy przesłuchu, to jest szansa, że długo się od niej nie uwolnicie. Ta muzyka uzależnia!
5/6

Open Fire - Lwy Ognia (2013)


Nareszcie jest! Po ponad 25 latach od nagrania dzięki reaktywowanemu klubowi płytowemu "razem" ukazał się oficjalnie debiut legendarnego Open Fire. Jak stwierdza wokalista Mariusz Sobiela, to chyba jakiś rekord. Ja również nie przypominam sobie teraz podobnego przypadku. Zresztą nie ma co rozstrząsać tego tematu. Radujmy się i cieszmy nasze uszy jednym z najlepszych metalowych albumów stworzonych w Prl-u. Podejrzewam, że większość zainteresowanych zna ten materiał czy to z empetrójek czy też z kasetowego bootlegu krążącego wśród fanów. Dopiero co wydana płyta cd zawiera dokładnie ten sam materiał nagrany podczas sesji w 1987 r. bez żadnych poprawek czy też bonusów. Ten album wygląda i brzmi tak jak miał wyglądać i brzmieć 25 lat temu. Sama muzyka to oczywiście wielka klasa. Oczywiście brzmienie pozostawia wiele do życzenia i u wielu młodych fanów słuchających nowocześniejszych odmian metalu może wzbudzać uśmiech, ale to nie jest raczej płyta skierowana do nich. Starzy maniacy i wszelcy zwolennicy oldskulu pewnie już zaopatrzyli się w tą płytę i słuchają jej z łezką wzruszenia. Heavy/Speed Metal wzorowany mocno na wczesnym Helloween (Walls of Jerycho) czy Running Wild porywa tak samo jak kiedyś. Takie numery jak "Open Fire", "Twardy jak Skała", "Ogień i Stal" czy "Lwy Ognia" to kwintesencja tej grupy i jedne z najlepszych utworów wykutych z polskiej stali. Dla starych fanów ten album to taki wehikuł czasu zabierający ich spowrotem do lat młodości. Dla młodych natomiast może być lekcją pokory, dzięki której zobaczą, że w tak podłych czasach, gdy był problem z miejscami do grania, sprzętem, koncertami itd., mimo tych wszystkich przeciwności tworzono w naszym kraju doskonały Heavy Metal w niczym nieustepujący "gwiazdom" z zachodu. Ten album to kult i obowiązek!
5,5/6

Scream Maker - We Are Not the Same (2012)






Opisywany tutaj materiał to debiutancka ep warszawskiej grupy Scream Maker. Nazwa do tej pory nie była mi znana, więc dość sceptycznie podszedłem do pierwszego odsłuchu. No i tutaj spotkało mnie ogromne i bardzo pozytywne zaskoczenie. Muzyka to klasyczny Heavy Metal z lekkim Hard Rockowym zacięciem, zagrany niezwykle żywiołowo i z niesamowitą lekkością i luzem. Słychać tutaj oczywiście takie tuzy jak Judas Priest, Saxon czy Scorpions, ale bez ślepego naśladownictwa. Wszystko jest na swoim miejscu, muzycy pokazują naprawdę duże umiejętności, do tego świetny wokalista potrafiący zaśpiewać w różnych rejestrach. Ta płytka zajebiście sprawdza się na imprezach, nawet na kacu nie męczy hehe. Scream Maker dorobił się już hitu w postaci "Wanna be a Star", do którego nakręcili też bardzo udany klip, który na pewno spodoba się męskiej części widzów. Tak naprawdę nie ma tutaj żadnego słabego numeru, niespełna 38 minut muzyki przelatuje błyskawicznie rozbudzając apetyt na więcej. Scream Maker podobno tworzy właśnie materiał na debiutancki album. Jeśli uda im się przebić tą ep to może być o nich naprawdę głośno.
5/6