wtorek, 23 września 2014

Lady Beast - Kocham kobiety metalu!

Nie lubię przydługich wstępów, więc przejdę od razu do sedna. Pochodząca z Pittsburgha grupa Lady Beast zadebiutowała niedawno płytką “Lady Beast” Jeśli lubicie klasyczny Heavy Metal w klimacie Judas Priest, Iron Maiden czy Warlock mocno osadzony w latach '80 i nie macie nic przeciw kobietom za mikrofonem to powinniście zwrócić na nich uwagę. O najistotniejszych sprawach dotyczących Lady Beast opowiada wokalistka Deborah Levine.

HMP: Witam. Na początek opowiedzcie jak doszło do powstania Lady Beast?
Deborah Levine: Właściwie to Lady Beast rozpoczynało jako inny zespół pod nazwą Long To Hell (ze mną i Gregiem) około sześć lat temu, albo więcej! Nie pamiętam (śmiech). Była taka piosenka, która napisaliśmy i trzymaliśmy, żeby użyć jej w naszym nowym projekcie, którym zostało Lady Beast. Znaleźliśmy naszego gitarzystę, Tommy'ego, około rok później (po tym jak odszedł nasz pierwszy gitarzysta, Steve), Adama, naszego perkusistę, około rok później, a Chrisa (Twiza) naszego gitarzystę rytmicznego też później. To był długi proces, ale teraz jesteśmy wszyscy razem i warto było czekać!!!

Deborah nie wyglądasz na bestię, więc skąd ta nazwa (śmiech)?
(śmiech) Wygląd może mylić. Zazwyczaj jestem uśmiechnięta, ale były takie momenty na scenie i poza nią, kiedy musiałam skopać parę tyłków (śmiech). Również, jak już wcześniej wspomniałam, to była jedyna piosenka, która przetrwała z naszego ostatniego projektu muzycznego. Pomyśleliśmy, że to fajna nazwa, więc ją zatrzymaliśmy.

Jak długo tworzyliście materiał na debiut? Nagraliście wszystkie utwory czy może macie jeszcze jakieś kawałki w zanadrzu?
Album jest interesujący ponieważ utwory zostały napisane przez różnych ludzi. Ponieważ wszyscy członkowie zespołu muszą zmagać się ze zmianami i wybojami na drodze… Nasz pierwszy gitarzysta (Steve Lauck) napisał pierwszych kilka piosenek na albumie. Po tym jak odszedł Tommy, Adam, Twiz i Greg się tym zajęli. Przearanżowaliśmy niektóre z nich i dopisaliśmy brakujące. To wielka ulga, kiedy album w końcu się ukazuje, ponieważ przynajmniej dla nas, niektóre z tych piosenek były bardzo stare, ale brzmiały lepiej niż kiedykolwiek! W tym momencie jesteśmy w ¾ drogi do naszego drugiego albumu. Zdecydowanie nabyliśmy trochę dobrych studyjnych nawyków i wskazówek, które naprawdę pomogą nam przy kolejnym albumie.

Jak wygląda u Was proces twórczy? Kto jest głównym kompozytorem?
Zarówno Tommy jak i Twiz tworzą wspaniałe riffy, które zostaną wprowadzone w praktyce i albo od razu przemienia się w zajebista piosenkę, albo zaczynamy proces odsuwania ich na bok i sięgania po jakieś stare riffy, które czekały na swoje użycie, albo po prostu staramy się, żeby były naszym brzmieniem. Adam i Tommy też będą po prostu jammować jakieś piosenki, żeby rytm miał sens jeszcze zanim go usłyszymy. To naprawdę pomaga. Ja piszę wszystkie teksty i melodie do utworów. Kocham to!

Jaka jest Wasza muzyczna droga? Lady Beast jest waszym pierwszym zespołem czy macie tez jakieś doświadczenia z innych kapel?
Lady Beast jest praktycznie moim pierwszym prawdziwym zespołem. Jak już wcześniej powiedziałam, byłam w innym, ale istniał bardzo krótko. Reszta chłopaków była w wielu różnych innych zespołach! Prawdopodobnie jest ich zbyt wiele, żeby tu wymienić! Obecnie najbardziej hardkorowy jest Adam z Oh Shit They’re Going To Kill Us (Thrash przechodzący w metal), Greg z WrathCobra (D-beat crust metal), Twiz z Carousel (rock’n’roll lat ’70).

Traktujecie "Lady Beast" jako pełnowymiarowy album czy jako EP?
Traktujemy go jako album pełnowymiarowy. To zabawne, bo otrzymaliśmy wiele komentarzy o tym, że album jest krótki. Myślimy, że jest taki jaki być powinien! (śmiech). To był nasz debiut w świecie. Chcieliśmy nagrać go bez fanaberii i na temat. Jest więcej niż myślisz albumów heavymetalowych, które trwają mniej niż 40 minut! „Number Of The Beast”, „Reign In Blood”… lista jest długa. Lepiej zostawić ludzi z niedosytem, żeby chcieli więcej!

Najpierw w ubiegłym roku ukazał się winyl, a dopiero na początku czerwca tego roku CD i kaseta. Dlaczego tak?
Wydaliśmy winyl sami w wytwórni Grega, Cobra Cabana Records. Zdecydowaliśmy się, żeby wypuścić go najpierw na winylu, bo jest klasyczny, kolekcjonerski i ma najlepsze brzmienie. Wszyscy kolekcjonujemy winyle i szanujemy je próbując utrzymać żywe. Jest to również tak klasycznie heavymetalowe!! Sami wszystko sfinansowaliśmy, wiec prawdę mówiąc nie było innego wyjścia niż czekać na CD… nie mieliśmy pieniędzy.

Do wersji CD dodaliście jako bonus cover Judas Priest "Ram it Down". Dlaczego zdecydowaliście się na ten numer? Gracie jeszcze inne covery?
Wypuszczenie albumu w Europie nie będąc dobrze znanym wydaje sie być wyzwaniem. Chcieliśmy więc zamieścić znajoma melodię, która zwróci uwagę! Judas Priest jest jednym z moich najbardziej ulubionych zespołów wszechczasów! Właściwie to graliśmy jako Judas Priest na Halloweenowym koncercie coverowym… robiliśmy też kawałki Dio i Guns’N’Roses. Świetna zabawa! Wybraliśmy “Ram it Down” ponieważ jest to piosenka o tak wysokiej energii… piosenka, jaka sami chcielibyśmy napisać! Również nie przesadzona i nieoczekiwana. Wokale grupy podczas refrenów były również zabawne! Chłopaki nie dostają zbyt dużo czasu przy mikrofonie! (śmiech)

Należycie do stajni francuskiej Inferno Records. Jak do tego doszło? Jak Wam się podoba współpraca?
Prawdopodobnie już od jakiegoś roku poznaliśmy Fabiena z Inferno Records i powstała więź! Wydał nasz album na CD i kasecie w swojej wytwórni w ostatnim czerwcu, w 2013 roku. Praca z nim była niesamowita jak dotąd i wykroczył daleko poza promocję albumu. Mieliśmy wiele zagranicznych recenzji i wywiadów, które nie byłyby możliwe bez jego ciężkiej pracy. (śmiech) Jesteśmy mu bardzo wdzięczni .

Jak promujecie debiut? Co z koncertami? Planujecie jakąś trasę?
Fabien zdecydowanie przejął stery i wysyła go na cały świat. Webziny, magazyny, itd. Z pewnością mamy duże lokalne wsparcie i właśnie wróciliśmy do domu z trasy po środkowym zachodzie. To było wspaniałe, zdobyliśmy wielu nowych przyjaciół i fanów. To była nasza pierwsza trasa i powiedziałabym, że odniosła sukces! Mamy umówionych kilka koncertów na lato, a później jesienią do studia, żeby nagrać nawą płytę. Zostało nam tylko kilka utworów do skończenia!

Wśród swoich inspiracji wymieniacie między innymi Iron Maiden i Judas Priest. Ja jednak z wiadomych względów porównuję was z Warlock czy Hellion. Jakie jeszcze zespoły miały na was największy wpływ? Jakie są twoje ulubione wokalistki Deborah?
Z pewnością kocham kobiety metalu!!! Oczywiście Doro z Warlock i Kate z Acid są dla mnie zdecydowanie inspiracją! Niedawno w tym roku, po raz pierwszy widziałam Doro i było niewiarygodnie. Dałam jej koszulkę Lady Beast! (śmiech) Również Ronnie James Dio jest wokalistą,, którego zakres jest mi bliski. Więc śpiewanie z nim jest bardzo zabawne dla mnie, a jego słowa po prostu cię porywają.

Tworzycie już jakieś nowe utwory czy na razie tylko promocja "Lady Beast"?
Tak! Tak! W sumie to mamy już w więcej niż połowie napisany nasz drugi album. Tym razem jest naprawdę fajnie, bo wszystkie piosenki będą stworzone przez nasz obecny skład. Myślę, że na drugim albumie zauważycie pewien rozwój w stosunku do pierwszego… jest odrobinę szybszy, prawdopodobnie też trochę cięższy? Nie mogę się już doczekać aż ludzie go usłyszą!

Jak scena odebrała waszą płytę? Jakie opinie do Was dochodzą na jej temat?
Z przyjemnością musimy powiedzieć, że większość odzewu na album była wspaniała! Ludzie są podekscytowani oldschoolowym brzmieniem, które wytworzyli ludzie wychowani w heavy metalu. Oczywiście każdy ma inne ucho i było tez trochę krytyki… ale kochamy to! To naprawdę pomaga ci spojrzeć na rzeczy z innej perspektywy i dorosnąć jako muzyk.

Czego możemy się spodziewać ze strony Lady Beast w przyszłości? Jakie macie plany?
Możecie spodziewać się kolejnej płyty przed następną wiosną i, miejmy nadzieję, europejskiej trasy!! W tym momencie chodzi głównie o dostanie się tam i granie dla ludzi! Uważajcie, bo przyjedziemy do miasta w waszej okolicy!!

Wielkie dzięki za wywiad. Słowo na koniec?
Jesteśmy bardzo wdzięczni, że dotarliście do nas i rozmawialiście z nami. Pozdrawiamy! Heavy metal is the law!!!

poniedziałek, 22 września 2014

Gengis Khan - Gengis Khan Was a Rocker (2013)

Odwlekałem napisanie tej recenzji tyle razy, że w końcu minęło już 1,5 roku od premiery tego krążka. Jednak strasznie męczyło mnie jego słuchanie i zawsze znajdowałem jakiś powód, żeby odłożyć to na później. W końcu nadszedł ten dzień, w którym przyszło mi zmierzyć się z debiutem Włochów z Gengis Khan. Mówiąc kolokwialnie dupy ta muzyka nie urywa. Jest oldschoolowo, są klasyczne heavy metalowe riffy, czasem trochę hard rocka czy nawet glamu. Do tego słychać, że granie sprawia tym trzem makaroniarzom radochę, ale większej kariery im nie wróżę. Jeszcze początek płyty w postaci „What the Hell is Going on” i „Into the Fire” jest całkiem niezły i daje nadzieję na porządną dawkę heavy metalu. Niestety z każdym kolejnym kawałkiem emocje siadają, a gdy słyszę „Welcome in the Middle” to już zaczynam zgrzytać zębami. Dawno nie słyszałem tak męczącej i irytującej balladki. Tak naprawdę to całkiem niezły jest jeszcze tylko „1984 in Tokyo”, w którym riffy przywodzą na myśl stary Accept, a konkretnie „Princess of the Dawn”. Reszta jest po prostu przeciętna, a gdy dodamy do tego jeszcze 4 utwory z demo zamieszczone jako bonusy to już robi się bardzo ciężko. 55 minutowy album z tak mało ciekawą muzyką to zdecydowanie przegięcie. Jako ciekawostkę mogę dodać, że głos i sposób śpiewania wokalisty przywodzi na myśl Steve'a Sylvestra z Death SS, ale to też nie ten sam poziom. W ostatnim utworze podstawowego programu płyty mamy gościnny udział Blaze'a Bayleya, który ostatnio występuje gdzie tylko popadnie, ale pomimo tego, że jestem fanem jego głosu to tego utworu nie uratował. „Gengis Khan was a Rocker” to bardzo przeciętny debiut, jednak może w przyszłości będzie lepiej. Oczywiście nie mam zamiaru ich skreślać, gdyż kupa to to na pewno nie jest. Jednak w dzisiejszych czasach i przy tak ogromnej konkurencji potrzeba czegoś więcej niźli tylko oldschoolowego brzmienia i takiegoż „imydżu”.


3/6

Crosswind - Vicious Dominion (2014)

Warto było czekać tyle czasu na nowe wydawnictwo Crosswind. Ich ostatni i zarazem pierwszy oficjalny materiał ukazał się 4 lata temu dzięki Stormspell rec. Tamta płyta była zbiorem ich dwóch epek i z tego co pamiętam zrobiła na mnie jak najlepsze wrażenie. Grecy, tym razem już w barwach No Remorse, przygotowali bardzo smakowitą ucztę dla fanów power metalu. W składzie zaszła jedna, ale bardzo istotna zmiana, bo na pozycji gardłowego. Nowy śpiewak Vasilis Topalidis jest fantastycznym nabytkiem i doskonale wpasował się w styl zespołu ze swoim mocnym i czystym głosem. Jego najmocniejszym punktem są wysokie i melodyjne partie, w których jest bezbłędny. Natomiast muzyka Crosswind nie uległa większej zmianie poza tym, że jest dojrzalsza, mocniejsza i po prostu lepsza. Zdecydowana większość utworów jest utrzymana w szybkich tempach, a jedynym wyjątkiem jest marszowy „Grim Steeds” przywodzący na myśl najlepsze czasy epickiego metalu. Podstawą muzyki Greków jest z pewnością mocny i rozpędzony power metal, który w połączeniu ze świetnymi melodiami tworzy mieszankę iście wybuchową. Ten krążek aż kipi energią i radością grania. Tym co jeszcze wyróżnia Crosswind są klawisze, ale na całe szczęście użyte w odpowiednich proporcjach dają tym utworom dodatkową przestrzeń i podniosłą atmosferę. Ale bez obaw, tutaj rządzą gitary. Sam zespół określił swoją muzykę jako wypadkową melodyki NWoBHM, szybkości i techniki niemieckiego poweru oraz amerykańskiej epickości. I chyba coś w tym jest. Crosswind można nazwać połączeniem Iron Maiden, wczesnego Helloween, Gamma Ray oraz również wczesnych Queensryche czy Crimson Glory. Wracając do płyty to jest dosyć krótka, bo trwa zaledwie 42 minuty, ale jak już niejednokrotnie powtarzałem wolę krótsze i konkretniejsze strzały niż przekombinowane męczenie buły. W tym wypadku jest idealnie, a płyta przelatuje tak błyskawicznie, że nie pozostaje nic innego jak tylko włączyć „repeat”. Wszystkie utwory od podniosłego orkiestralnego intro „From the Ashes”, poprzez rozpędzone i niezwykle melodyjne „Angels at War”, przebojowe „Aeons”, aż do zamykającego „Eye of the Storm” są znakomite. Nie mu tu żadnych mielizn czy wypełniaczy tylko 8(plus intro) power metalowych ciosów o ogromnej sile rażenia. Crosswind nagrał rewelacyjny album, który mam nadzieję nie przejdzie bez echa. Nie jest to nic mega oryginalnego ani przełomowego, ale i tak sprawia masę radochy, a o to chyba tak naprawdę chodzi. Ocena płyty to na razie 5, ale przykładowo za tydzień może być wyżej, bo „Vicious Dominion” ma w sobie tę zajebistą cechę, że z każdym przesłuchaniem podoba mi się bardziej.


5/6

czwartek, 18 września 2014

Gloryful - Ocean's Blade (2014)

To się nazywa pójście za ciosem. W 11 miesięcy od wydania debiutu na rynku ukazał się, ponownie w barwach Massacre records, drugi album Gloryful „Ocean Blade”. „The Warrior's Code” zrobił na mnie ogromne wrażenie, więc czekałem z niecierpliwością na to co tym razem pokaże piątka Niemców z Gelsenkirchen. W składzie nastąpiła jedna zmiana na pozycji basisty, ale nie ma to żadnego wpływu na jakość muzyki. „Ocean Blade” to koncept opowiadający historię Sedny, bogini mórz, ale nie będę zagłębiał się teraz w fabułę tylko skupię się na muzyce. Otóż tutaj nie ma większych różnic w porównaniu z jedynką. Dalej jest przeważnie szybko, nie brak podniosłych i chwytliwych melodii, gitarzyści toczą ze sobą pojedynki, a sekcja podbija tempo. Wokalista Johnny La Bomba śpiewa mocno, męsko, heroicznie, ale też bardzo melodyjnie. Na „Ocean Blade” da się wyczuć ten specyficzny „morski” klimat do czego poza tekstami oraz bardzo udaną okładką przyczynia się też sama muzyka. Tym razem jest mniej Manowar i Iron Maidem, a więcej Running Wild czy nawet Stormwarrior. Kilka utworów jest w stanie naprawdę mocno pozamiatać. Jednym z nich jest na pewno otwieracz „Hiring the Dead” zaczynający się od szumu morza, przeradzający się później w znakomity heavy metalowy numer utrzymany w średnim tempie i z zajebistym refrenem. Podejrzewam, że idealnie się sprawdzi na koncertach. Dalej mamy rozpędzone powerowe petardy w postaci „El mare E libertad” czy kawałka tytułowego oraz „The Master's Hands” z chwytliwym refrenem i chórkami. Wyróżnić też trzeba akustyczną balladkę „Black Legacy” kojarzącą się z podobnymi numerami bardów z Blind Guardian. Taki trochę ogniskowy, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu klimat. Dalej jest absolutny urywacz dupy „All Men to the Arms”. Zdecydowanie najagresywniejszy, szybki powerowy strzał w pysk. Obok pierwszego numeru mój zdecydowany faworyt jeśli idzie o ten krążek. „Siren Song” ma fajny runningowy riff, dobry refren i „pirackie chórki, a na koniec słychać nawet zawodzenie syren. „Cradle of Heroes” też jest niezły, ale jednak trochę mu brakuje. Po epickim początku wchodzą utrzymane w średnim tempie zwrotki, które są naprawdę świetne, niestety potem mamy średni refren. Oczywiście numer w dalszym ciągu jest bardzo dobry. Najsłabszy na płycie jest „McGuerkin on the Bridge”, szybki power, ale całościowo raczej przeciętny. Krążek wieńczy dwuminutowa miniaturka zagrana na wiolonczelach pod szum morskich fal. Jakie wnioski? Mnie ta płyta nie rozwaliła od pierwszego przesłuchania tak jak debiut, ale na całe szczęście zyskuje z każdym kolejnym razem i na chwilę obecną jaram się nią niemiłosiernie. Słychać tu mniej oczywistych wpływów i da się nawet wychwycić pewien pierwiastek typowy tylko dla Gloryful. Muzyka jest bardziej uporządkowana i przemyślana, ale czasem może brakować tego żywiołu i nieskrępowanej energii debiutantów. Przyznaję jednak z czystym sumieniem, że mnie nie zawiedli i oby tak dalej.


5/6

wtorek, 9 września 2014

Ruler - Powrót do dni chwały

Cała egzystencja włoskiego Ruler wydaje się być jednym wielkim hołdem dla ruchu NWoBHM. Muzyka, image, a nawet okładka, która wygląda jakby była stworzona dla Iron Maiden. Niedawno nakładem My Graveyard prod. światło dzienne ujrzał ich drugi krążek „Rise to Power”, który przewyższa pod wieloma względami również udany debiut „Evil Nightmares”. Gitarzysta Mattia Baldoni wydaje się być niezwykle podekscytowany tym krążkiem i pełen entuzjazmu udzielił wyczerpujących i ciekawych odpowiedzi na wszystkie moje pytania.



HMP: Witam. Jak wrażenia po premierze „Rise to Power”? Jesteście dumni z tej płyty?

Mattia „Heavy Matt” Baldoni: Cześć, jesteśmy wdzięczni i zaszczyceni wystąpieniem w waszym zinie. Dziękujemy za ten wywiad!

Co do pytania: tak, jesteśmy bardzo zadowoleni i dumni z naszego dzieła. Uwielbiamy wszystko co dotyczy „Rise to Power”: jego utwory, nasze granie, brzmienie, grafikę, zdjęcia, itd. Wydaje mi się, że mamy całkiem dobre wsparcie, chociaż recenzje i wywiady pojawiają się kilka miesięcy po jego wydaniu. Kiedy nagrywaliśmy i wydawaliśmy „Evil Nightmares”, wręcz przeciwnie, natychmiast otrzymaliśmy sporo recenzji i wywiadów, prawdopodobnie dlatego, że był to nasz pierwszy album.



Jakie są największe różnice dzielące oba wasze albumy pod wzgłedem samej muzyki?

Myślę, że jesteśmy dużo dojrzalsi jako kompozytorzy i muzycy. Powiedziałbym, ze każdy utwór ma bardziej zbalansowaną strukturę niż pierwsze piosenki, nasze granie jest bez wątpienia bardziej agresywne, a produkcja lepiej pasuje do naszej muzyki. Zrobiliśmy też krok do przodu w przypadku umiejętności muzycznych, pisząc utwory, które są trudniejsze do grania. Nie mówię, że nasz pierwszy album jest zły: powiedziałbym raczej, ze nagrywając go nie mieliśmy prawie w ogóle doświadczenia (graliśmy razem dopiero od roku i tylko jeden z nas nagrał już wcześniej album), więc popełniliśmy kilka błędów. Po „Evil Nightmares” mieliśmy 12 miesięcy, żeby naprawić te błędy: każdy z nas pracował nad swoim instrumentem, dużo ćwiczyliśmy i tym razem wiedzieliśmy, co znaczy praca w studiu nagraniowym.



A jak oceniacie brzmienie albumu? Jesteście z niego w pełni zadowoleni? Jak byście porównali obie wasze płyty pod tym kątem?

Jesteśmy całkowicie zadowoleni. Przy “Rise to Power” wybraliśmy średnie częstotliwości.

To, co sprawia, że „Rise” jest lepsze od „Evil” to bez wątpienia mastering. „Evil Nightmares” było masterowane przez osobę, która swoją robotę wykonała niedbale, czego żałujemy. Kiedy nagrywaliśmy „Rise to Power” porównaliśmy jego testowy mastering z ostatecznym masteringiem „Evil Nightmares”, o mało się nie załamaliśmy i popłakaliśmy. Brzmiało, jakbyśmy słuchali jej przez frytkownice. Bez sensu! To główny powód, dlaczego słuchając “Rise to Power” zauważysz mocniejsze, czystsze i tnące brzmienia.



Rise to Power” jest również lepszy od strony wizualnej. Okładka, która zdobi ten krążek jest fantastyczna. Kto jest twórcą tego obrazka? Skojarzenia z Maiden chyba nie są przypadkowe?

Może będę trochę stronniczy, ale jestem przekonany, że “Rise to Power” ma jedną z najlepszych okładek jaką widziałem. Kiedy zobaczyliśmy pierwszą wersję, która była czarno-biała, pomyśleliśmy, że była tak świetna, że moglibyśmy użyć jej równie dobrze w takiej wersji.

Musimy za to podziękować Dimitarowi Nikolovi, prawdziwemu geniuszowi i gentelmanowi. Jego dzieło jest absolutnie wielkie, o wiele lepsze niż śmieliśmy marzyć i wykracza poza zwykłe ryzowanie obrazu: badanie każdej pojedynczej części, informowanie nas przez cały czas itd. Co więcej, mówię ci to dlatego, bo według mnie on zasługuje na jak największe promowanie, jego piętno jest bardziej niż uczciwe. Co do okładek Iron Maiden, nie mogę zaprzeczyć prawdzie!

Okładki albumów Dereka Riggsa zdefiniowały standardy ikonografii HM, które wielu z nas podziwia i uwielbia. Pomyśleliśmy, że te standardy były najlepsze do zaprezentowania sceny, jaką widać na naszej okładce. Dimitar jest fantastyczny, bo rozumie dokładnie czego potrzebowaliśmy i stworzył grafikę, która przywodzi ci od razu na myśl klasyczne okładki HM i niemniej zachowuje jego unikalny styl.



Na nowej płycie jest chyba trochę mniej grania pod Maiden i słychać, że prbowaliście dodać trochę nowych nspiracji. Taki dajmy na to „The Temple of Doom” kojarzy się z wczesnym Manowar. Dobry trop?

Tak, zgadzam sie z tobą: na tym albumie można znaleźć wszystko, co wpływa na mnie jako kompozytora. To kolejny powód, dla którego „Rise of Power” jest lepszym albumem od „Evil Nightmares”: jest bardziej osobisty, nadal zorientowany w stronę Iron Maiden, ale nie tylko.

Walczyliśmy, żeby zmiksować wszystkie nasze inspiracje i stworzyć brzmienie Ruler; nie chcemy być kolejnym zespołem, który za wszelka cenę stara się zdobyć sukces jak Iron Maiden, głównie dlatego, że nie można być lepszym od Iron Maiden. Nikt nawet nie zbliży się do ich wielkości.

The Temple of Doom” brzmi bardziej jak Manowar, masz rację. Kiedy zacząłem ją pisać, jedną z pierwszych rzeczy, jakich byłem pewny było to, że będzie epicka i wojownicza. Przez to zdecydowałem, ze użyję moich pomysłów, żeby napisać utwór, o którym zawsze marzyłem: utwór o Indianie Jonesie. Po tym jak podjąłem tę decyzję, całkiem naturalnie popłynąłem w bardzo precyzyjnym kierunku komponowania „The Temple of Doom”.



Ciekawym utworem jest „Back to the Glory Days”, który jest jakby podróżą do wczesnych dni NWoBHM i hołdem dla tych czasów. Wydaje mi się, że ten numer w pewien sposób definiuje waszą muzyczną postawę?

Absolutnie. Tekst jest hołdem dla naszych NWOBHM idoli. Piosenka otwiera album, bo chcieliśmy wyjaśnić kim jesteśmy jako ludzie i jako metalowcy. Czujemy, że mamy dużo wspólnego z chłopakami i dziewczynami, którzy dzień po dniu próbowali używać tej muzyki do walki ze społeczeństwem, które ich nie chciało. Wiele z ich historii mogłoby posłużyć jako scenariusz do filmu, bycie młodym rockerem było niesamowicie skomplikowane w tamtych czasach.

Dzisiaj we Włoszech scenariusz jest prawie taki sam: wskaźnik bezrobocia wśród młodych ludzi wynosi prawie 50%, więc trudno jest robić plany, albo wyrażać siebie, a nasz rząd nie robi z tym kompletnie nic. Najlepsze co możemy zrobić, to mieć marzenie i żyć nim, żeby zostawić to całe gówno za sobą; w tym samym czasie, słuchanie muzyki i chodzenie na koncerty jest pewnego rodzaju ucieczką, bo tylko to nam zostało. Dokładnie tak jak tamtym młodym ludziom w Anglii trzy dekady temu.



Jak długo powstawał materiał na „Rise to Power”? Szybciej niż na debiut?

Mniej niż rok, od maja 2012 do lutego 2013. Szczerze mówiąc, po nagraniu „Evil Nightmares” trochę się martwiłem, bo czułem brak pomysłów; w tym samym czasie chciałem wydać kolejny album w tym samym roku i bałem się, że straciłem swoją inspirację! Jedyny utwór jaki miałem to „Moonlight Wanderer”, ale tylko dlatego, że napisałem go dużo wcześniej, nawet jeszcze zanim Ruler powstało. Utwory na „Evil Nightmare” napisane zostały w kilka lat, np., czas, który zajęło mi i Paolo, żeby znaleźć wokalistę i perkusistę, po zdecydowaniu się grać razem w zespole.



Jak powstaje Wasza muzyka? Komponujecie zespołowo?

Cóż, pracujemy jako zespół jedynie na końcu procesu tworzenia, np., przy części aranżacyjnej.

Zazwyczaj sam piszę cały utwór: riffy gitarowe i basowe, ich strukturę. Czasami piszę tez fragmenty tekstów, albo linii wokalnych. Wszystko co gram w sali prób jest bliskie ostatecznej wersji piosenki. Później myślimy nad partiami wokalnymi i zazwyczaj teksty są dość mocno związane z klimatem utworu. Daniele pisze teksty, jego angielski jest płynny i bardzo podobają nam się jego dzieła.



Nie da się ukryć, że jesteście fanatykami brytyjskiej nowej fali heavy metalu. Co ma w sobie takiego co Was urzeka?

Jak już powiedziałem w poprzednim pytaniu dotyczącym NWOBHM, byliśmy pod wielkim wrażeniem postawy tych gości i ich ogólnego podejście do muzyki i życia.

Spotkaliśmy wielu takich ludzi grając razem, albo na ich koncertach i z całą pewnością są wielkimi ludźmi, skromnymi i przyjaznymi, nadal wierzącymi w to, co robią. Chcielibyśmy być tacy jak oni za 30 lat. Ich muzyka była, a w większości przypadków nadal jest, na wysokim poziomie.

Wszyscy wiemy, że NWOBHM tak naprawdę nie było gatunkiem, ale właściwie ruchem – co oznacza, że udało się w nim zawrzeć różne zespoły, np. Venom i Def Leppard. To niesamowite, jak te zespoły, które znalazły inspirację w latach ’70, były w stanie wypracować swój specyficzny styl i brzmienie. Musimy być wdzięczni temu ruchowi, ponieważ zakończył Punk i, przede wszystkim, miał globalny wpływ na Heavy Metal. Brytyjczycy byli pierwszymi, którzy grali HM, w każdej z jego form i musimy im być wdzięczni za to, że możemy tutaj teraz o nim rozmawiać.



W tekstach poruszacie sporo kwestii historycznych. I tak jak na debiucie dotyczyły one bardziej okresu drugiej wojny światowej tak teraz cofnęliście się dalej aż do XVII wiecznej Anglii. Skąd pomysł na utwór tytułowy?

Pomysł wzięlismy z “Trzech Muszkieterów”, powieści Alexandra Dumas.

Jednym z bohaterów jest Duke z Buckingham, który jest postacią autentyczną. W powieści jest znakomitym charakterem, jest pozytywnie opisany, a okoliczności jego śmierci są naprawdę tragiczne i poruszające. Jako zespół, zdecydowaliśmy razem, że piosenka powinna opowiadac o tej historii. Daniele poszukał informacji o tym i znalazł informację, że Geroge Villiers, Duke z Buckingham, był uważany za złego człowieka i karierowicza – był żarliwym katolikiem w państwie protestanckim, tak uciążliwie podżegał do wojny, że musiał stawić czoło gwałtownej śmierci.

Właśnie dlatego tekst celuje w opisanie Duke’a takim, jakim był naprawdę.

Pomyśleliśmy, że warto opowiedzieć całą tę historię i że instrumentalny utwór będzie do niej najlepszym soundtrackiem.



Planujecie w przyszłości kolejne historyczne teksty? Może już macie jakieś pomysły?

Zdecydowanie. Bardzo interesujemy się historią, w szczególności Daniele, który studiuje historię i politykę na uniwersytecie. Myślimy, że wydarzenia historyczne i HM stanowiłyby doskonały związek w swojej epickości, walki, cięć i mrocznej atmosfery. Oczywiście nie jesteśmy pierwszym zespołem, który sięga po takie tematy, ale zawsze cieszymy się z efektów, jakie mogą z tego wyjść.

W ramach mojej osobistych pasji, chciałbym również powiedzieć o Samurajach, wydarzeniach ze Starego Testamentu, Francuskiej Rewolucji, Zimnej Wojnie, Latach Ołowiu we Włoszech i wielu więcej. Kupiłem ostatnio książkę napisaną przez rzymskiego Corneliusa Neposa i myślę, że to mogłaby być wielka inspiracja dla naszych przyszłych dzieł.



Na „Rise to Power” na 8 utworów są aż 2 numery instrumentalne. Skąd taka decyzja? Planowaliście to czy też może wszystko wyszło spontanicznie? Lubicie tworzyć instrumentale?

Jak już wcześniej powiedziałem, miałem instrumentalny numer, który chciałem zamieścić na drugim albumie, zanim jeszcze wydaliśmy pierwszy. Zawsze lubiłem utwory instrumentalne, albo piosenki, które pozostawiają muzykowi pole do popisu! Prawdę powiedziawszy, każda piosenka, którą piszę zawiera część instrumentalną. To mój osobisty sposób na postrzeganie muzyki.

Dwa utwory instrumentalne na tym albumie znalazły się trochę przez przypadek. Chcieliśmy mieć instrumentalne intro, a skończyło się na kawałku, który trwa więcej niż 2 minuty, trochę za długo jak na intro. Kiedy się zorientowaliśmy, zdecydowaliśmy się go zostawić w takiej formie, bo naprawdę nam się podobał!



Oba albumy wydaliście nakładem My Graveyard prod. Jesteście z nich zadowoleni? Na obecną chwilę wydają się być idealną stajnią dla was.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej wytwórni. Spotkaliśmy jej właściciela, Giuliano, dawno temu, długo zanim powstało Ruler. Zawsze kupowaliśmy jego albumy i zawsze uczestniczyliśmy w koncertach, które organizował. Dzięki tej długiej i silnej przyjaźni możemy razem pracować.

Chcemy mu podziękować za to, że dał nam możliwość spełnić swoje marzenia, co oznacza nagrywanie naszej muzyki i promowanie jej na całym świecie. Od samego początku był nas pewny i nigdy nie czuliśmy się samotni.



Od początku istnienia Ruler gra w tym samym składzie. Domyślam się , że w zespole panuje dobra atmosfera? Zdarzają się wam czasem sprzeczki?

Oczywiście! Zespół jest jak rodzina, a my kochamy się jak bracia! Jeżeli ktoś ma problem, wie, że może liczyć na pozostałych członków zespołu. Tak było i zawsze tak będzie! Mamy prawie identyczną wizję naszego życia! Mówimy tym samym językiem nawet w kwestiach muzycznych!

Bywały spory, oczywiście, tak się dzieje w rodzinie, hahaha. Zawsze jednak znajdujemy sposób na wyjaśnienie wszystkiego!



Jak u Was z koncertami? Z tego co widziałem to będziecie grać m.in. z Ostrogoth. Często grywacie na żywo?

Tak, w kwietniu Ruler i Asgard zagrają na trzech koncertach supportując Ostrogoth. Zagramy w Niemczech, Austrii i Włoszech. Po prostu czujemy się bardzo zaszczyceni, bo jesteśmy wielkimi fanami Ostrogoth, a ich muzyka jest dla nas inspiracją. Kiedy byłem na KIT i prosiłem o autografy na winylu „Ecstasy & Danger” nigdy nie pomyślałbym, że będziemy ich supportować na trzech koncertach. To jak sen! Jesteśmy bardzo dumni z naszych koncertów, nie wiem ile razy występowaliśmy od maja 2011 (nasz pierwszy koncert), ale mieliśmy okazję grać dość często i z wielu ważnych okazji. Na przykład, otwieraliśmy koncerty zespołów takich jak: Girlschool, Helstar, Weapon, Vicious Rumors, Sacred Steel i Tygers of Pan Tang. Co więcej, graliśmy na najważniejszych włoskich festiwalach jak Play it Loud, Maelstrom Metal Fest, Atzwang Metal fest, czy Heavy Metal Night. Graliśmy tez za granicą - dwa razy w Holandii, za pierwszym razem z włoskim Endovein, a ostatnio na Heavy Metal Maniacs, w Grecji na Up the Hammers, w Anglii supportowaliśmy Angel Witch i Enforcer, w Hiszpanii i Niemczech na pojedynczych koncertach. Będziemy dość mocno zajęci w nadchodzących miesiącach, z niecierpliwością czekamy na to, co się zdarzy!



Graliście taki koncert, który do dzisiaj wspominacie szczególnie dobrze?

Przychodzą mi na myśl dwa koncerty. Pierwszym z nich graliśmy w Anglii. Cała wycieczka była absolutnie fenomenalna, szczególnie dlatego, że byliśmy z naszymi BRAĆMI, Walpurgis Night (niestety rozpadli się, ale musicie ich posłuchać – szczególnie fani Stormwitch i Mercyful Fate). Zagraliśmy cholernie dobry koncert i nawet wiele miesięcy później, kiedy Angel Witch i Enforcer przyjechali do Włoch, niektórzy członkowie powiedzieli, że z przyjemnością zagraliby z nami jeszcze raz! To wielki zaszczyt! Kolejnym jest „Rise to Power Release Party”. Na imprezie było pełno przyjaciół i dopingujących fanów, a oni stworzyli tak ciepłą i wspaniała atmosferę! Byli goście ze Szwajcarii, Niemiec i Austrii! Śmiertelna mieszanka! Hahaha Czujemy szczere wsparcie i autentyczną „miłość”. Bardzo dobrze też zagraliśmy, biorąc pod uwagę to, że graliśmy przez półtorej godziny, a nigdy wcześniej nie testowaliśmy się na tak długich koncertach!



Jakie było do tej pory najważniejsze wydarzenie w waszej historii?

Chciałbym myśleć, że najlepsze jeszcze przed nami, ale na pewno najważniejszym dla nas wydarzeniem było „podpisanie” kontraktu z My Graveyard Productions. Graliśmy na małym festiwalu w Ligurii, na którym był również Giuliano… Tego wieczora dosłownie wysadziliśmy imprezę w powietrze! Później Giuliano powiedział mi: „jak będziecie gotowi nagrać pełnowymiarową płytę, jestem tutaj”. Płakaliśmy i cieszyliśmy się jak małe dzieci, hahaha!

Jedno z najważniejszych wydarzeń, jeżeli nie najważniejsze, w całej historii Ruler i w naszym życiu. Poważnie!



Jak byście mieli wymienić 5 najbardziej niedocenionych zespołów z NWoBHM to jakie by one były?

Agh! Trudne ptanie… Powiedziałbym: A II Z, Gaskin, Deep Machine, Sweet Savage i Wildfire! Zespoły, które mogłyby być tak wielkie jak Angel Witch albo Blitzkrieg. Bardzo się cieszę, że widzę pewnego rodzaju „odrodzenie” (nie lubie tego słowa), regenerację tak świetnych zespołów i że otrzymują to, na co zasłużyły; nawet więcej niż miały w latach ’80. Pomyśl o Hell, Battleaxe (którzy podpisali kontrakt z SPV), Blitzkrieg, Satan, Weapon, Soldier, itd. Pomyśl o tym, co robią chłopaki z High Roller Records, albo BroFest!



To już wszystkie pytania z mojej strony. Czego Wam życzyć na przyszłość?

Jeszcze raz dzięki Maciek! Ten wywiad był jak dotąd najbardziej interesujący! Ciepło ściskamy i dziękujemy wszystkim czytelnikom! Czego możesz życzyć? Oczywiście możesz życzyć nam, żebyśmy grali ile się da, szczególnie w całej Europie! Byłoby wspaniale zagrać kiedyś w Polsce…

Jeszcze raz dziękujemy! OK UK!



I tego Wam życzę.

poniedziałek, 8 września 2014

Dark Forest - Dawn of Infinity (2011)

Dwa lata po dobrze przyjętym debiucie w 2011 roku nakładem Cruz del Sur ukazał się drugi krążek Dark Forest zatytułowany „Dawn of Infinity”. Przyniósł też pewne zmiany. Pozycję wokalisty zajął dysponujący mocny, pewnym i melodyjnym głosem Will Lowry-Scott, a do niektórych tekstów i na okładkę wkradła się tematyka science-fiction. Płyta jest też zdecydowanie najweselszą w ich dorobku co pokazuje zresztą już pierwszy numer „Hourglass” z przebojowym refrenem. Zresztą „przebojowe refreny” mają praktycznie wszystkie ich numery z tym, że niektóre bardziej(śmiech). Cały krążek jest znakomity i można go słuchać bez ani chwili znużenia naprawdę wiele razy. Jednak nawet w tak znakomitym towarzystwie niektóre kawałki wyróżniają się na plus. Jednym z nich będzie na pewno przepełniony epicką atmosferą i podniosłymi melodiami, oparty na marszowym rytmie „The Tor”. Podobnymi perełkami są też następujący po nim „Through a Glass Darkly”, delikatnie przywołujący na myśl klimat „Somewhere in Time” wiadomo kogo, ale to bardzo odległe skojarzenie. „The Stars my Destination” uwielbiam również, przede wszystkim za nastrój, piękne melodie, epickie zacięcie i ponownie subiektywne skojarzenie tym razem z Cloven Hoof. Tak naprawdę każdy numer zawiera znakomite motywy i melodie, a cała płyta powala klimatem oraz zdecydowanie lepszym brzmieniem niż debiut. Słychać tutaj również charakterystyczne dla Dark Forest gitarowe patenty oparte na folku jak choćby w „Under the Greenwood Tree”. To, że ten zespól jeszcze nie został dostatecznie docenionym jest dla mnie czymś całkowicie nie zrozumiałym, bo wyraźnie zostawia w tyle takie promowane przez duże magazyny i wytwórnie kapele jak White Wizzard czy Strker. Chociaż to jednak trochę inny styl. Kolejny fantastyczny krążek Anglików, który stawiam niemalże na równi z ostatnim „The Awakening”.


5,4/6

poniedziałek, 1 września 2014

Dark Forest - Dark Forest (2009)

Angielska załoga spod szyldu Dark Forest zauroczyła mnie konkretnie swoim tegorocznym i trzecim w ogóle krążkiem „The Awakening”. A jakie były ich wcześniejsze płyty? Debiut zatytułowany Dark Forest ukazał się na rynku w 2009 roku po 7-miu latach działalności, a poprzedzały go jeszcze 2 epki i demo. Muzyka jaką prezentowali Synowie Albionu na tym krążku była trochę surowsza i przepełniona swego rodzaju młodzieńczą werwą. Jest to heavy/power metal utrzymany w duchu lat '80, ale utwory są wypełnione charakterystycznymi dla tego zespołu melodiami. Da się w nich wyczuć lekką nostalgię i pewien folkowy rysik. W porównaniu z ostatnim albumem to tutaj jest zdecydowana przewaga szybszych numerów, oraz kilka niemalże true metalowych kojarzących trochę z Manowar jak choćby jeden z moich ulubionych „The Wrekin Giant” czy mówiący sam za siebie „Fight for Metal”, ale ten przede wszystkim ze względu na warstwę tekstową. Panuje tutaj weselszy nastrój, utwory są bardziej agresywne i zadziorne. Kolejną różnicą jest osoba wokalisty. Na debiucie za partie wokalne odpowiadał główny mózg grupy gitarzysta Christian Horton. Jego głos nie jest zbyt mocny, ale nadrabia zaangażowaniem i klimatem jaki kieruje, a sposobem śpiewania przypomina mi wokalistę Atlantean Kodex. Jak zwykle w ich przypadku znakomite są partie gitarowe. Obaj wioślarze Hees i Horton wygrywają raz po raz znakomite riffy i melodie, powalają pasażami. Potrafią zagrać klasycznie heavy metalowo, by za moment wyskoczyć z motywem podbitym folkową nutą, a do tego naprawdę dużo świetnych solówek. Piękny debiut Brytyjczyków i mocne wejście na metalową scenę.


5/6