Rok 1999 był tym, w którym Satan's Host powrócił do świata
żywych. Jednak był to już nieco inny zespół niż w latach '80.
Zmianom uległ skład grupy, bo ze starych czasów został tylko
Patrick „Evil”, do którego dołączyli wokalista L.C.F. Elixir,
basista L.A.W. oraz bębniarz Anthony Chavez, a także sama muzyka,
która stała się cięższa i bardziej mroczna. W tym właśnie roku
ukazał się powrotny ep zatytułowany „In Articulo Mortis”, ale
ponieważ nie miałem nigdy możliwości przesłuchania choćby
fragmentu, więc przeskoczę od razu kolejnego wydawnictwa. W 2000
roku z najgłębszych otchłani piekła wypełzł bękart , który
nazwany został „Archidoxes of Evil”. Początek w postaci intra,
na które składa się bardzo ładna melodia grana na gitarze
akustycznej, delikatne klawiszowe tło oraz czysty śpiew brzmiący
jak inwokacja do piekielnych książąt. Następnie rozpoczyna się
właściwy program płyty i pierwsze zaskoczenie. Muzyka Satan's Host
jest wolniejsza i zdecydowanie cięższa, instrumenty są strojone
niżej, a wokalista przechodzi pomiędzy agresywnymi wrzaskami,
growlem aż do Anselmowatych zaśpiewów jak w „Clan of the
Hellions”. Ten akurat numer w ogóle ma coś z Pantery. Czaem
słychać bardziej rockandrollowy drajw jak choćby w „Spheric
Destiny”. Nawet solo ma taki klasyczny, podbarwiony bluesem klimat.
Niestety w tym samym wałku pojawiają się nowocześnie brzmiące
zagrywki gitarowe przywodzące na myśl Machine Head czy coś w ten
deseń. Zespół stara się czerpać z niemal wszystkich odmian
metalu. Mamy tu thrashową agresję, deathowy ciężar i brud, z
blacku wzięte są niektóre zagrywki, a także strona liryczna, w
której dominuje satanizm, natomiast z heavy metalu mamy melodyjne
fragmenty i sola. Nie przekonuje mnie ta płyta jakoś specjalnie.
Wystarczy dodać, że utworami, które zrobiły na mnie największe
wrażenie były intro i instrumentalny, także akustyczny
„Melektaus”. Reszta utworów jest całkiem niezła, ale jako
całość na dłuższą metę nuży. Ewentualnie jeszcze można
wyróżnić „Nightside of Eden”. W uszy rzuca się też brak
dynamiki, szczególnie w momentach, gdy zespół przyspiesza,
spowodowany zapewne nie najlepszą produkcją. Do tego pozbawione
mocy, suche bębny też nie sprzyjają odbiorowi tego krążka. W
tego rodzaju muzyki musi pierdolnięcie i moc, a tutaj z tym jest
różnie. Nie jest to jakiś tragiczny materiał, a wręcz rzekłbym,
że jest całkiem spoko. Jednak, żeby zwrócić na siebie uwagę
potrzeba czegoś więcej. Jest po prostu przeciętnie, a z pewnością
nie o to chodzi w Satan's Host. Szczerze mówiąc nie mam specjalnej
ochoty kolejny raz posłuchać tej płyty. Ten krążek był dla
Satan's Host ponownym zetknięciem się ze sceną i słychać, że
Patrick był na etapie poszukiwania swojej muzycznej tożsamości.
Jest ok, ale sporo jeszcze brakuje do ideału.
3,5/6
niedziela, 28 grudnia 2014
Satan's Host - Midnight Wind (1987)
Rok po debiucie miał się ukazać drugi krążek Satan's Host
„Midnight Wind”, jednak ze względu na bankructwo ich ówczesnej
wytwórni Web records niestety do tego nie doszło. Przez wiele lat
ten materiał krążył wśród ludzi jako bootleg, aż wreszcie w
2014 roku dzięki Skol records wyszedł oficjalnie jako bonus do
reedycji „Metal from Hell”. Na program płytki składa się 6
utworów w tym 2 covery: „Black Sunday”(Jag Panzer) i „House of
the Rising Sun”(m.in. The Animals). Oba otwierają całość i są
po prostu ok, nic nadzwyczajnego. Najbardziej zapewne interesuje
wszystkich pozostała premierowa czwórka. Otóż nie są to niestety
utwory na poziomie debiutu, no może z jednym wyjątkiem. Niby ten
sam styl, ale za każdym razem, gdy ich słucham nie są w stanie
wywołać u mnie tego stanu, który wywoływał „Metal from Hell”.
Może więcej jest tutaj pierwiastków thrashowych, a niektóre
fragmenty numeru tytułowego szczególnie chórki w refrenie wywołują
odległe skojarzenia z Nasty Savage. „Face of Fire” na początku
przywołuje klimat Mercyful Fate, by potem przyspieszyć i w takim
tempie dotrwać do końca. Jak dla mnie nic specjalnego, za dużo
chaotycznego napierdalania, a za mało prawdziwej muzycznej uczty.
„Witches Return” zaczyna się od spokojnych gitar będących
podkładem pod obłąkańcze i niemalże teatralne wokalizy Conklina,
by za chwilę zaatakować słuchacza mocnym wejściem. Znakomite
riffy, zróżnicowana rytmika oraz epicki i momentami psychodeliczny
klimat składają się na zdecydowanie najlepszy numer tego ep. On
jedyny nie odstaje od debiutu. Na koniec mamy „Demonic Plague”,
który jest zwyczajnie poprawny, ale nic więcej po jego wysłuchaniu
w mojej głowie nie pozostało. Ot, kolejny utwór Satan's Host
jednak bez tego czegoś.
Ogólnie rzecz biorąc jest słabiej niż na poprzedniczce, ale i tak płytka robi dobre wrażenie. Jeden znakomity utwór w postaci „Witches Dance” trzy niezłe lub dobre oraz dwa covery. Do tego podobnie beznadziejne brzmienie. Od czasu do czasu można sobie przesłuchać, ale erekcji nie uświadczyłem. Moim zdaniem Satan's Host na „Midnight Wind” zrobił jednak malutki krok wstecz i niestety krótko potem przestał istnieć na kilka dobrych lat. Powrócili dopiero pod koniec lat '90 jednak już w innym składzie i z inną muzyką, ale o tym w kolejnej recenzji.
4/6
Ogólnie rzecz biorąc jest słabiej niż na poprzedniczce, ale i tak płytka robi dobre wrażenie. Jeden znakomity utwór w postaci „Witches Dance” trzy niezłe lub dobre oraz dwa covery. Do tego podobnie beznadziejne brzmienie. Od czasu do czasu można sobie przesłuchać, ale erekcji nie uświadczyłem. Moim zdaniem Satan's Host na „Midnight Wind” zrobił jednak malutki krok wstecz i niestety krótko potem przestał istnieć na kilka dobrych lat. Powrócili dopiero pod koniec lat '90 jednak już w innym składzie i z inną muzyką, ale o tym w kolejnej recenzji.
4/6
Satan's Host - Metal From Hell (1986)
Oficjalnie powstanie Satan's Host datuje się na rok 1977, ale tak
naprawdę na poważnie zespół zaczął działać 9 lat później.
Wtedy to w 1986 roku po uprzednim opuszczeniu szeregów Jag Panzer
wokalista Harry Conklin vel Leviathan Thirsen dołączył do składu.
W tym momencie bestia z Denver była gotowa do ataku, a w skład
hordy wchodzili również założyciel, gitarzysta i jedyny muzyk,
który nigdy nie opuścił jej szeregów Patrick „Evil” Elkins,
basista Belial John Phantom oraz bębniarz D.Lucifer Stele. Bez
zbędnych ceregieli i tuzina różnego rodzaju epek, demówek czy
rehów, Satan's Host uderzyli od razu pełnym krążkiem, który
pomimo znakomitej muzyki nie został odpowiednio doceniony z jednego
przede wszystkim powodu, a mianowicie koszmarnego brzmienia. Czasem
wszystkie instrumenty zlewają się w ścianę dźwięku by za chwilę
jeden z nich, czasem gitara, czasem bas albo perkusja zagłuszył
pozostałe. Do tego czasem pojawia się wrażenie chaosu, jakby każdy
instrument grał co innego lub w innym tempie. Dla słuchacza
nieobeznanego we wszelakich podziemnych produkcjach może to być
przeszkoda nie do pokonania. Jeśli jednak już oswoimy się z tą
surowizną to wtedy zaczniemy dostrzegać nawet jej pewne zalety.
Nieokrzesaną energię, moc, agresję i ten specyficzny piekielny
pierwiastek. Sama muzyka to najwyższej próby power/speed metal, ale
odniesień do thrashu czy nawet pierwszej fali black metalu też
możemy się doszukać.
Płyta zaczyna się od intro „Prelude: Flaming Host”, w którym można usłyszeć dźwięk obracającego się koła tortur oraz ludzki wrzask, a następnie monolog Thirsena. Całość wprowadza nas w lekko obłąkańczy nastrój. Potem zaczyna się właściwa część płyty, a na początek atakuje nas „Black Stele” będący idealną wizytówką grupy. Power metal z masą riffów, zmianami tempa i doskonałymi melodiami. Do tego zajebiste chórki. Dalej jest „Into the Veil” zaczynający się od riffu, którego melodia w jakiś dziwny sposób kojarzy mi się z mrocznymi wiekami średnimi. Dużo dobrych melodii i epickości. W kolejce czeka już numer tytułowy tym razem prezentujący bardziej thrashowe oblicze Satan's Host. Tak więc mamy agresję, szybkie tempa i skandowany refren. Zdecydowanie jeden ze sztandarowych wałków grupy. Teraz pora na jednego z moich faworytów, czyli „King of Terror”, który w pierwszej fazie sprawia wrażenie chaosu i arytmiczności, ale jest to tylko złudzenie. Ten utwór to intensywny i skumulowany strzał w mordę, a refren z chórkami w tle to już kwintesencja metalu i jedna z piękniejszych rzeczy jakie słyszałem. „Strongest of the Night” zaczyna się od wykrzyczanej przez zespół frazy znanej z horroru „Evil dead(Martwe zło)” i o tym filmie traktuje też tekst. Muzycznie numer jest dość ciężki z wieloma fragmentami granymi w średnich tempach i posiadający dość złowieszczą atmosferę. Natomiast „Standing at Death's Door” jest typowym kawałkiem Satan's Host z wieloma zmianami tempa, sporą ilością riffów i klasycznie heavy metalowym refrenem nasuwającym mi skojarzenia z lekko pomrocznionym i przyciężonym Stormwitch. Po nim następuje kolejny mój faworyt „Hell Fire”. W tym wypadku ciekawostką jest fakt, że głównym instrumentem prowadzącym jest bas, który wygrywa znakomite melodie. Co jeszcze mnie tak urzeka? Przede wszystkim średnie tempa i potęga bijąca z tych dźwięków, by nagle przyspieszyć w cudnym i epickim refrenie. Jeszcze na koniec nastrojowe zwolnienie z piękną partią wokalną. Doskonała kompozycja! Krążek zamyka najdłuższy, prawie 8-mio minutowy „Souls in Exile”, który akurat mi się podoba najmniej. Oczywiście jest również bardzo dobry, ale jakoś brakuje mi w nim momentów wyrywających serce.
Oddzielne kilka słów należy się każdemu z muzyków. Patrick „Evil” stworzył mnóstwo znakomitych riffów, solówek i melodii oraz był twórcą większości materiału więc jego wkład w to dzieło jest oczywisty. Podobnie jak Harry Conklin, który jak wszyscy pewnie wiedzą jest jednym z najlepszych wokalistów na planecie. Swoimi partiami potrafi wywołać całą gamę uczuć i zbudować atmosferę czy to podniosłości, heroizmu czy grozy. Fenomenalną robotę wykonał również bassman Belial. Jego grę słychać bardzo wyraźnie i co najważniejsze nie stara się być tylko tłem, ale pełni rolę niemalże drugiej gitary. Bębniarz D.Lucifer gra bardzo gęsto, intensywnie, chwilami wręcz maniakalnie dzięki czemu ta muzyka jest tak cholernie dynamiczna.
Strona liryczna jest może trochę naiwna i infantylna, ale jakże klasyczna dla metalu lat '80. Metal i diabeł z naciskiem na tego drugiego zawsze doskonale pasowały do tej muzyki, dlatego te z „Metal from Hell” niosą dla mnie sporą dawkę pewnego rodzaju uroku i sentymentalizmu. Swego czasu pewnie szokowały, ale w 1986 roku w dobie takich szatańskich pomiotów jak Hellhammer/Celtic Frost, Possessed czy Slayer podejrzewam, że już pewnie nikogo za bardzo nie ruszały.
Podsumowując jest to doskonały album przepełniony kultem, magią i genialnym klimatem oraz wypełniony fantastycznymi speed/power metalowymi kompozycjami, z których niemal każda ma potencjał by zostać klasykiem. Za samą muzykę i emocje jakie ze sobą niesie dałbym notę maksymalną, ale pozostaje jeszcze brzmienie, za które muszę obniżyć pół punktu. Gdyby było lepsze to jestem przekonany, że Satan's Host byłby dzisiaj dużo większym zespołem. Zastanawiam się jakby te numery zabrzmiały gdyby nagrać je jeszcze raz? Ubrane w dzisiejsze brzmienie na pewno skopałyby dupy, ale boję się, że mogłyby stracić tę nieuchwytną magię, która miała już swój czas i swoje miejsce.
W 2014 roku nakładem Skol records ukazała się zremasterowana reedycja „Metal from Hell” wzbogacona o nigdy wcześniej nie wydany materiał z 1987 roku „Midnight Wind”. Namawiam wszystkich do zaopatrzenia się w to wydawnictwo i radzę się pospieszyć, bo nakład jest bardzo ograniczony. Summa summarum dla mnie jest to klasyk absolutny.
5,5/6
Płyta zaczyna się od intro „Prelude: Flaming Host”, w którym można usłyszeć dźwięk obracającego się koła tortur oraz ludzki wrzask, a następnie monolog Thirsena. Całość wprowadza nas w lekko obłąkańczy nastrój. Potem zaczyna się właściwa część płyty, a na początek atakuje nas „Black Stele” będący idealną wizytówką grupy. Power metal z masą riffów, zmianami tempa i doskonałymi melodiami. Do tego zajebiste chórki. Dalej jest „Into the Veil” zaczynający się od riffu, którego melodia w jakiś dziwny sposób kojarzy mi się z mrocznymi wiekami średnimi. Dużo dobrych melodii i epickości. W kolejce czeka już numer tytułowy tym razem prezentujący bardziej thrashowe oblicze Satan's Host. Tak więc mamy agresję, szybkie tempa i skandowany refren. Zdecydowanie jeden ze sztandarowych wałków grupy. Teraz pora na jednego z moich faworytów, czyli „King of Terror”, który w pierwszej fazie sprawia wrażenie chaosu i arytmiczności, ale jest to tylko złudzenie. Ten utwór to intensywny i skumulowany strzał w mordę, a refren z chórkami w tle to już kwintesencja metalu i jedna z piękniejszych rzeczy jakie słyszałem. „Strongest of the Night” zaczyna się od wykrzyczanej przez zespół frazy znanej z horroru „Evil dead(Martwe zło)” i o tym filmie traktuje też tekst. Muzycznie numer jest dość ciężki z wieloma fragmentami granymi w średnich tempach i posiadający dość złowieszczą atmosferę. Natomiast „Standing at Death's Door” jest typowym kawałkiem Satan's Host z wieloma zmianami tempa, sporą ilością riffów i klasycznie heavy metalowym refrenem nasuwającym mi skojarzenia z lekko pomrocznionym i przyciężonym Stormwitch. Po nim następuje kolejny mój faworyt „Hell Fire”. W tym wypadku ciekawostką jest fakt, że głównym instrumentem prowadzącym jest bas, który wygrywa znakomite melodie. Co jeszcze mnie tak urzeka? Przede wszystkim średnie tempa i potęga bijąca z tych dźwięków, by nagle przyspieszyć w cudnym i epickim refrenie. Jeszcze na koniec nastrojowe zwolnienie z piękną partią wokalną. Doskonała kompozycja! Krążek zamyka najdłuższy, prawie 8-mio minutowy „Souls in Exile”, który akurat mi się podoba najmniej. Oczywiście jest również bardzo dobry, ale jakoś brakuje mi w nim momentów wyrywających serce.
Oddzielne kilka słów należy się każdemu z muzyków. Patrick „Evil” stworzył mnóstwo znakomitych riffów, solówek i melodii oraz był twórcą większości materiału więc jego wkład w to dzieło jest oczywisty. Podobnie jak Harry Conklin, który jak wszyscy pewnie wiedzą jest jednym z najlepszych wokalistów na planecie. Swoimi partiami potrafi wywołać całą gamę uczuć i zbudować atmosferę czy to podniosłości, heroizmu czy grozy. Fenomenalną robotę wykonał również bassman Belial. Jego grę słychać bardzo wyraźnie i co najważniejsze nie stara się być tylko tłem, ale pełni rolę niemalże drugiej gitary. Bębniarz D.Lucifer gra bardzo gęsto, intensywnie, chwilami wręcz maniakalnie dzięki czemu ta muzyka jest tak cholernie dynamiczna.
Strona liryczna jest może trochę naiwna i infantylna, ale jakże klasyczna dla metalu lat '80. Metal i diabeł z naciskiem na tego drugiego zawsze doskonale pasowały do tej muzyki, dlatego te z „Metal from Hell” niosą dla mnie sporą dawkę pewnego rodzaju uroku i sentymentalizmu. Swego czasu pewnie szokowały, ale w 1986 roku w dobie takich szatańskich pomiotów jak Hellhammer/Celtic Frost, Possessed czy Slayer podejrzewam, że już pewnie nikogo za bardzo nie ruszały.
Podsumowując jest to doskonały album przepełniony kultem, magią i genialnym klimatem oraz wypełniony fantastycznymi speed/power metalowymi kompozycjami, z których niemal każda ma potencjał by zostać klasykiem. Za samą muzykę i emocje jakie ze sobą niesie dałbym notę maksymalną, ale pozostaje jeszcze brzmienie, za które muszę obniżyć pół punktu. Gdyby było lepsze to jestem przekonany, że Satan's Host byłby dzisiaj dużo większym zespołem. Zastanawiam się jakby te numery zabrzmiały gdyby nagrać je jeszcze raz? Ubrane w dzisiejsze brzmienie na pewno skopałyby dupy, ale boję się, że mogłyby stracić tę nieuchwytną magię, która miała już swój czas i swoje miejsce.
W 2014 roku nakładem Skol records ukazała się zremasterowana reedycja „Metal from Hell” wzbogacona o nigdy wcześniej nie wydany materiał z 1987 roku „Midnight Wind”. Namawiam wszystkich do zaopatrzenia się w to wydawnictwo i radzę się pospieszyć, bo nakład jest bardzo ograniczony. Summa summarum dla mnie jest to klasyk absolutny.
5,5/6
środa, 17 grudnia 2014
Capilla Ardiente - Bravery, Truth and the Endless Darkness (2014)
Czekałem na ten krążek z niecierpliwością przekonany, że
będzie to dzieło wysokich lotów no i się nie zawiodłem. Mogę
nawet rzec, że debiut tych chilijskich doom metalowców przebił
moje wyobrażenia o nim. Słyszałem już parę lat temu ich epkę
„Solve Et Coagula” i był to zacny materiał, który już wtedy
dawał nadzieję na przyszłość. Poza tym podczas wspólnego
piwkowania w Warszawie po koncercie Esoteric/Isole/Procession,
basista tego ostatniego Claudio Botarro z ogromnym przekonaniem
zachwalał mi mający się dopiero ukazać debiut swojego drugiego
zespołu. Tym zespołem był oczywiście Capilla Ardiente, którego
nazwę można przetłumaczyć na polski jako płonąca kaplica. Tak
więc wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały duże wydarzenie
na doomowej scenie.
Muzykę graną przez Capilla Ardiente można określić najprościej jako epic doom, czyli słychać echa Candlemass, Solitude Aeturnus czy troszkę mniej znanego Forsaken. Gitarzysta Julio Borquez nagrał wszystkie partie tego instrumentu i muszę przyznać, że odwalił zajebistą robotę. Riffy są niesamowicie majestatyczne, podniosłe i kiedy trzeba to ciężkie, ale nie pozbawione też energii i dynamiki kojarzącej się ze starym power metalem. Jego sola to też najwyższa klasa. Idealnie oddają nastrój tej muzyki, są epickie i bardzo klimatyczne. Najlepszym przykładem jest pierwszy właściwy numer wchodzący zaraz po intro, czyli „Nothing Here for Me”. Możemy usłyszeć w nim również znakomite solo na basie, doskonałą grę garowego oraz równie zajebiste wokale Jest on wizytówką całej płyty i jeśli ktokolwiek go polubi to z pewnością wciągnie się też w resztę. Skoro wspomniałem o wokalach to muszę nadmienić, że Felipe Plaza(również Procession) wywiązał się za swojej roli bez zarzutów. Doskonale spełnia rolę narratora historii opowiadanej w tekstach, a jego trochę dramatyczny i emocjonalny sposób śpiewania sprawia, że wydaje nam się ona bardziej autentyczna. Trochę przypomina mi Roberta Lowe i Leo Stivale(Forsaken).
Cały materiał jest świetnie skomponowany, przemyślany i dopasowany do konceptu. Przybliżając w dużym skrócie historię zawartą w tekstach to opowiada ona losy bohatera żeglującego łodzią po mrocznym morzu, uzbrojonego tylko w miecz i pochodnię. Walczy on z różnymi przeszkodami i przede wszystkim z własnymi słabościami. Muzyka perfekcyjnie oddaje uczucia jakie nim targają, a potężne i przestrzenne brzmienie pozwala nam poczuć bezmiar morza.
Na „Bravery, Truth and Endless Darkness” znajdują się dwa krótkie instrumentalne intra rozpoczynające każdą stronę winyla oraz cztery monumentalne kompozycje trwające po 10-11 minut. Płyty najlepiej słuchać jako całości i dać się porwać tej historii, ale każdy z utworów słuchany wyrywkowo robi równie duże wrażenie. Capilla Ardiente udało się nagrać album wyjątkowy, przepełniony emocjami, mroczną atmosferą i co najważniejsze klasycznie metalowy. W tym roku jest to bezapelacyjnie numero uno jeśli idzie o epicki doom metal. Aż strach pomyśleć co stworzą w przyszłości.
Acha, okładka płyty zawierająca wszystkie elementy związane z konceptem lirycznym, to zajebisty motyw na koszulkę. Jeśli takowe się pojawią to choćby góry miały srać będą ją miał.
5,5/6
Muzykę graną przez Capilla Ardiente można określić najprościej jako epic doom, czyli słychać echa Candlemass, Solitude Aeturnus czy troszkę mniej znanego Forsaken. Gitarzysta Julio Borquez nagrał wszystkie partie tego instrumentu i muszę przyznać, że odwalił zajebistą robotę. Riffy są niesamowicie majestatyczne, podniosłe i kiedy trzeba to ciężkie, ale nie pozbawione też energii i dynamiki kojarzącej się ze starym power metalem. Jego sola to też najwyższa klasa. Idealnie oddają nastrój tej muzyki, są epickie i bardzo klimatyczne. Najlepszym przykładem jest pierwszy właściwy numer wchodzący zaraz po intro, czyli „Nothing Here for Me”. Możemy usłyszeć w nim również znakomite solo na basie, doskonałą grę garowego oraz równie zajebiste wokale Jest on wizytówką całej płyty i jeśli ktokolwiek go polubi to z pewnością wciągnie się też w resztę. Skoro wspomniałem o wokalach to muszę nadmienić, że Felipe Plaza(również Procession) wywiązał się za swojej roli bez zarzutów. Doskonale spełnia rolę narratora historii opowiadanej w tekstach, a jego trochę dramatyczny i emocjonalny sposób śpiewania sprawia, że wydaje nam się ona bardziej autentyczna. Trochę przypomina mi Roberta Lowe i Leo Stivale(Forsaken).
Cały materiał jest świetnie skomponowany, przemyślany i dopasowany do konceptu. Przybliżając w dużym skrócie historię zawartą w tekstach to opowiada ona losy bohatera żeglującego łodzią po mrocznym morzu, uzbrojonego tylko w miecz i pochodnię. Walczy on z różnymi przeszkodami i przede wszystkim z własnymi słabościami. Muzyka perfekcyjnie oddaje uczucia jakie nim targają, a potężne i przestrzenne brzmienie pozwala nam poczuć bezmiar morza.
Na „Bravery, Truth and Endless Darkness” znajdują się dwa krótkie instrumentalne intra rozpoczynające każdą stronę winyla oraz cztery monumentalne kompozycje trwające po 10-11 minut. Płyty najlepiej słuchać jako całości i dać się porwać tej historii, ale każdy z utworów słuchany wyrywkowo robi równie duże wrażenie. Capilla Ardiente udało się nagrać album wyjątkowy, przepełniony emocjami, mroczną atmosferą i co najważniejsze klasycznie metalowy. W tym roku jest to bezapelacyjnie numero uno jeśli idzie o epicki doom metal. Aż strach pomyśleć co stworzą w przyszłości.
Acha, okładka płyty zawierająca wszystkie elementy związane z konceptem lirycznym, to zajebisty motyw na koszulkę. Jeśli takowe się pojawią to choćby góry miały srać będą ją miał.
5,5/6
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Chain ReAction - A Game Between Good and Evil (2014)
Tym razem przyszło mi wystukać kilka zdań na temat zespołu dla
mnie całkowicie anonimowego. Po zasięgnięciu informacji z
przepastnych otchłani internetu dowiedziałem się, że ten
niemiecki zespół pogrywa już od 1996 roku z czego do 2005
występował pod nazwą Variety Law. Po zmianie szyldu już jako
Chain ReAction nagrali kilka epek po czym w 2014 roku nakładem Pure
Legend pojawił się, z pewnością długo wyczekiwany przez samych
muzyków album. Czy ktoś jeszcze z niecierpliwością i obgryzając
paluchy do krwi czekał na ten krążek? Podejrzewam, że poza
najbliższym otoczeniem zespołu nie bardzo. Chain ReAction rzeźbi
tradycyjny heavy metal z dużą dawką melodii. Gitarzysta Scott
Bolter grał na wczesnych materiałach Stormwarrior w tym na ich
debiucie, jednak niestety nie słychać tych wpływów w jego obecnej
grupie. „A Game Between Good and Evil” to album, który na pewno
nie przyniesie wstydu twórcom, ale też tłumów raczej porywać nie
będzie. Ot, poprawny heavy metal i tyle. Słucha się go całkiem
przyjemnie i bez uczucia zażenowania. Pojawia się trochę fajnych
melodii, a niektóre refreny nawet mogą się wgryźć na trochę
dłużej w ucho. Muzycy też umieją grać co przy takim stażu chyba
nikogo nie powinno dziwić. Jednak coś mi nie do końca w tym
pasuje. Chyba jednak brakuje mi trochę bardziej „metalowego”
klimatu, energii i drapieżności. Muzyka jest dla mnie jakaś taka
ugrzeczniona i zwyczajnie mnie nie porywa. Wokalistka Conny Bethke ma
dobry, mocny głos i umie śpiewać, ale znowu brakuje w tym
dynamiki. Do tego jak usłyszałem tekst do „Anthem for Humanity”
to aż rozbolały mnie zęby. Grafomania to mało powiedziane. Urósł
groźny konkurent dla „Imagine” Lennona, ta sama tematyka.
Wracając do muzyki to pomimo sporej liczby zarzutów z mojej strony
to jest to jak najbardziej słuchalny i całkiem niezły krążek.
Jego pechem jest to, że w dzisiejszych czasach wychodzą ogromne
ilości muzyki i żeby się przez to przebić trzeba być więcej niż
dobrym. Mimo wszystko części z was Chain ReAction podejdzie z
pewnością bardziej, więc jeśli lubicie tradycyjny heavy metal z
babeczką za mikrofonem, w którym słychać echa Accept, Saxon czy
Scorpions to możecie to spokojnie łyknąć.
3,5/6
3,5/6
środa, 3 grudnia 2014
Maltese Falcon - Głupki z Kerrang...niech się pieprzą!
Na
pewno część czytelników HMP kojarzy ten band, a tym, którym ta
nazwa nic nie mówi powiem, że był to jeden z głównych
reprezentantów duńskiej sceny metalowej pierwszej połowy lat '80.
Zespół niestety po wydaniu jednego albumu “Metal Rush” popadł
w niebyt. W 2012 roku nakładem greckiej No Remorse ukazały się dwa
wydawnictwa Maltese Falcon, które zapewne ucieszyły niezmiernie
kolekcjonerów i fanów zespołu. Pierwszym z nich był zbiór
wszystkich demówek, ale najciekawszy materiał zawiera drugi krążek,
a mianowicie nie wydany wcześniej album. Pierwotnie miał wyjść po
“Metal Rush”, a nagrany został w latach 85-86. Zawiera mnóstwo
znakomitej muzyki i jest po prostu lepszy od “jedynki”. Mam
wrażenie, że gdyby ta płyta ukazała się w tamtych latach nazwa
Maltese Falcon mogłaby być znacznie większa niż jest obecnie. O
historii zespołu, problemach z Roadrunner i kilku innych rzeczach
opwiada mocno rozgoryczony i niezbyt wygadany wokalista Søren
Peter "Charlie" Jensen.
HMP:
Przed Maltese Falcon były zespoły White Horse i Deadline. Czy
to był ten sam styl co Maltese Falcon? Zachowały
się jakieś nagrania tych grup?
Søren
Peter "Charlie" Jensen: Masz
rację. Hall grał na basie w White Horse. Nie wiem czy zachowały
się jakiekolwiek nagrania tego zespołu. Martin i ja graliśmy w
Deadline. Graliśmy kawałki Judas Priest, AC/DC i Van Halena, może
ze dwa, trzy własne. To był raczej zespół z rodzaju tych ”po
szkole”. Byliśmy wtedy bardzo młodzi i niedoświadczeni.
Podobno
pomysł na nazwę podsunął wam Lars Ullrich, zanim jeszcze wyjechał
do USA? Podobno byliście dobrymi
znajomymi?
To
zabawna historia. Nie jest też tak, że od tej historii wszystko się
zaczęło. Z tyłu albumu „Metal Rush” mieliśmy listę
podziękowań. Wiele tam zostało napisane, ale „Podziękowania dla
Larza za nazwę, Maltese Falcon” odnosi się do Larza, perkusisty
Deadline, a nie Larsa Ulricha. Larsa Ulricha i resztę członków
Metalliki znaliśmy poprzez wspólnego znajomego Kena Anthony’ego.
Ken był w Danii znanym gościem, Metallica przesiadywała wtedy w
jego apartamencie kiedy bywali w Skandynawii, koncertując albo
nagrywając. Poznaliśmy Larsa i resztę tych kolesi kiedy nagrywali
„Ride the Lightning” w kopenhaskim studio Sweet Silence. Ich
sprzęt zagubił się gdzieś w Londynie, a wtedy nie mieli kasy, my
także nie mieliśmy, więc pożyczyli sprzęt od nas i od Artillery,
ponieważ byliśmy wówczas w tym studio i także nagrywaliśmy.
Jakie
grupy były wtedy dla Was największą inspiracją?
NWOBHM....
Jak
wyglądała w tamtych latach scena duńska? Byli oczywiście Mercyful
Fate, ale jak wyglądała reszta?
W
Danii było sporo zespołów we wczesnych latach 80-tych. Był
Pretty Maids, Artillery, Hero, Wasted, Witch Cross, Alien Force,
Disneyland After Dark (obecnie D.A.D.) i wiele innych. Duńska
scena wówczas była jak wrzący kocioł. Swoją drogą pierwszy
koncert Maltese Falcon zagrała z D.A.D. w jednym z młodzieżowych
klubów, obie grupy zagrały tam swój debiutancki występ, a wieczór
zakończył się ogromną bójką, jak w starych westernach… to
była zabawa!
Zapewne
słyszeliście, że wasz debiut został nazwany przez Kerrang jednym
z najgorszych metalowych albumów w historii. Jaka była wasza
reakcja? Pomijając już moją opinię na temat tej gazety i samą
absurdalność tego stwierdzenia uważam, że to świetna reklama
(śmiech).
Byłem
o tym poinformowany, bo byłem wówczas w Londynie i promowałem
wydawnictwo i nie zadbałem oto, żeby przeprowadzić wywiad dla
Kerranga. Byłem bliskim kumplem Bernarda Doe, który wówczas
publikował dla takich magazynów metalowych jak Hot Rocking. Głupki
z Kerrang byli wkurwieni właśnie z tego powodu. Więc, cóż…
niech się pieprzą!
Zanim
wyszedł debiut nagraliście trzy dema. Jaki był odzew ze strony
wydawców? Długo czekaliście na
propozycje?
Nie
kontaktowaliśmy się z żadną wytwórnią w kwestii naszych
pierwszych demówek. Dystrybuowaliśmy je sami pomiędzy fanami i
lokalnymi stacjami radiowymi. Mieliśmy wiele pozytywnego odzewu,
nawet w Brazylii i Japonii.
Jak
doszło do podpisania papierów z Roadrunner? Byliście zadowoleni z
tego co dla was robili?
Podpisaliśmy
kontrakt na pięć lat i pięć wydawnictw. Nie byliśmy zadowoleni z
tego, co zrobili w kwestii promocji, bo nie zrobili nic. Absolutnie
nic. Po pierwszym roku chcieliśmy się od nich wynieść, zerwać
kontrakt, ale nie mogliśmy. Kontrakt, który podpisaliśmy, nie
przewidywał takich sytuacji, więc musieliśmy ogłosić rozwiązanie
zespołu, żeby się od nich wynieść. Nie byliśmy ani trochę
szczęśliwi z Roadrunnerem.
Jaki
był wtedy odzew sceny na „Metal Rush” pomijając oczywiście ten
nieszczęsny Kerrang (śmiech)?
Mieliśmy
wiele pozytywnego odzewu z całego świata. Na zestawieniach stacji
radiowych figurowaliśmy nawet na w pierwszej piątce, ale kiedy
poszliśmy rozmawiać z Roadrunnerem o zestawieniach ze sprzedaży
album, skłamali, że nie sprzedało się ich za wiele. Nie
uwierzyliśmy w żadne słowo, które nam wówczas powiedzieli.
Wasza
muzyka była dość ostra i dodatkowo ubrana w surowe brzmienie. Czy
uważacie, że to też miało jakiś wpływ na brak sukcesu?
Nagrań
dokonano w duńskim studio i żaden z członków zespołu nie był
zadowolony z uzyskanego brzmienia i miksu. Nie brzmiało to zupełnie
jak to, co sobie wyobraziliśmy, więc owszem, uważam, że miało to
znaczący wpływ.
Jak
w zespole wyglądał podział obowiązków? Dochodziło między wami
do kłótni czy też może wszyscy chcieli iść w tym samym
kierunku?
Nie
kłóciliśmy się wcale o naszą muzykę, ale mieliśmy trochę
problemów ze startem nie mając żadnej kasy od Roadrunnera. Wówczas
trochę między nami było nieprzyjemnie.
Jak
długo powstawał materiał na „Metal Rush”? Jak dzisiaj
oceniacie ten krążek?
Nagrywaliśmy
go przez cztery dni, a przez jeden dzień odbywały się miksy. Nie
mieliśmy nawet żadnego wpływu na te miksy. Rany, cóż to było za
dni...
Mieliście
napisanych więcej utworów niż te osiem, które trafiło na krążek.
Według jakiego klucza wybieraliście
numery na debiut?
O
tym jakie utwory znalazły się na albumie decydował Roadrunner i
Kess Wessels.
Czemu
na płycie nie ma takiego znakomitego numeru jak „Maltese Falcon”?
Napisaliście go już po rejestracji „Metal
Rush”?
"Maltese
Falcon" był pierwszym napisanym przez nas utworem. Patrz
odpowiedź wyżej…
Jak
wyglądała wasza działalność koncertowa? Graliście jakieś
spektakularne koncerty? Z kim dzieliliście scenę?
Byliśmy
koncertowym zespołem bardziej niż studyjnym, więc wszystkie nasze
koncerty były spektakularne. Graliśmy przed Manowar i Garym
Moore’em.
Dlaczego,
pomimo posiadanego materiału nie udało wam się nagrać drugiego
albumu, a zespół po prostu się rozpadł?
Ponownie
jak wyżej, wszystko przez jaja z Roadrunnerem.
Moim
zdaniem „dwójka” zawiera dojrzalszy, potężniejszy i po prostu
lepszy materiał. Jakie jest wasze zdanie
na ten temat?
Masz
rację! Nie mogę się nie zgodzić. Myślę, że gdybyśmy zostali
ze sobą jako zespół dłużej i dojrzeli bardziej, moglibyśmy być
dziś jedną z czołowych kapel. To żałosne, że musieliśmy się
rozwiązać.
Słychać,
że w tym okresie wpływ na was musiał mieć US power i choćby
takie zespoły jak Savatage. Zgadza się czy też
wyszło to zupełnie przypadkowo?
W
znacznej mierze inspirowaliśmy się Birds, ale naturalnie
czerpaliśmy też z wielu innych zespołów.
Co
robiliście po rozpadzie zespołu? Większość pewnie wie co się
działo z Halem Patino, który jest kojarzony przede wszystkim z gry
u Kinga Diamonda, ale co się stało zresztą składu?
Carsten
przestał grać na gitarze. Martun grał dalej w cover bandzie.
Flemming pracuje jako perkusista techniczny dla Larsa z Metalliki.
Kiedy jest w domu gra ze mną. Ja wciąż gram w dwóch zespołach.
Jeden z nich to Release, drugi jest cover bandem, gdzie Flemming gra
na perkusji. Gramy w nim w większości Deep Purple i Black Sabbath.
Jakie
wydarzenia z waszej historii wyryły wam się najbardziej w pamięci?
Nie
pamiętam. Dla mnie, na pewno wyryła się gorąca praca dla Manowar.
Byliśmy na scenie, w pewnym momencie spojrzałem w bok. Dio stał
gdzieś tam i z uśmiechem podnosił kciuki w górę. Wow, to było
niesamowite. Był w mieście, bo grał koncert dzień po nas. My
byliśmy zaproszeni jako goście specjalni. Nawet z nim pogadaliśmy.
Cóż za wspomnienie.
W
2012 roku nakładem No Remorse Records. Ukazały się dwie
kompilacje. Pierwsza zawierająca trzy pierwsze dema, a kolejna nigdy
nie wydany drugi album. Mieliście wpływ na ostateczny kształt tych
wydawnictw?
Tak.
Oba
wydawnictwa są limitowane do 500 sztuk i zawierają sporo
ciekawostek dla fanów. Możecie
opowiedzieć coś więcej na ich temat?
Nie,
nie możemy.
W
dobie reaktywacji wielu zasłużonych grup z lat 80-tych nie
myśleliście by spróbować ponownie pograć razem? Może
niekoniecznie nowy album, ale chociaż jakieś okolicznościowe
koncerty?
Tak.
Hall i ja rozmawialiśmy o tym wielokrotnie.
Które
z waszych utworów były najlepiej odbierane przez publikę, a które
wy lubicie najbardziej i dlaczego?
Moimi
ulubionymi są wszystkie z drugiego albumu. Z ”Metal Rush” byłby
to ”I Fancey Heavy And Loud” i tytułowy.
Śledzicie
jeszcze scenę metalową? Są może jakieś nowsze grupy, który
wywierają na was duże wrażenie?
Nie,
niespecjalnie.
Chcielibyście
na koniec przekazać coś polskim fanom?
Kochajcie,
nie wojujcie i bądźcie dobrzy dla wszystkich ludzi.
wtorek, 2 grudnia 2014
Switchblade - Esencja tradycyjnego metalu
Podejrzewam,
że niewielu czytelników byłoby w stanie wymienić nazwę jakiegoś
izraelskiego zespołu reprezentującego tradycyjną stronę metalu.
Owszem, pewnie niektórzy znają takie grupy jak Orphaned Land czy
Salem, ale to jednak trochę inna bajka. Pod koniec ubiegłego roku
nakładem Killer Metal ukazał się debiutancki album Switchblade,
kwintetu z Hajfy. “Heavy Weapons” zawiera prawie 40 minut
klasycznego heavy metalu wzorowanego przede wszystkim na scenie
brytyjskiej z bardzo dobrym brzmieniem i niezłymi kompozycjami.
Zapraszam do wywiadu z wokalistą Liorem Steinem.
HMP:
Witam. Zaczniemy od standartowego pytania o początki
grupy. Jak doszło do powstania Switchblade?
Lior
Stein: Zasadniczo, zespół zaczął się od kilku domowych
nagrań, które zrobiłem jeszcze w czasach, kiedy byłem gitarzystą.
Przyjaciel zaoferował mi wtedy, żebym wyraził je lepiej w formie
zespołu. Spodobał mi się ten pomysł. Kilka tygodni później
odbyła się pierwsza próba, pierwszego składu Switchblade.
Chciałem wtedy stworzyć zespół thrash/power metalowy, coś
podobnego do amerykańskich zespołów metalowych z lat ’80 a’la
Metal Church i Vicious Rumors.
Czemu
zdecydowaliście się grać akurat klasyczny heavy metal?
Rok
2010 rozpoczął bardziej profesjonalne lata dla Switchblade,
oczywiście po wielu znaczących zmianach w składzie. Razem ze mną,
Yurim Sabovem (był wtedy naszym głównym gitarzystą, który grał
ze mną od 2006 roku), Federiciem Taichem (gitary) i Saschą Latmanem
(bas), a na początku 2011 roku z Moshem Sabachem (perkusja)
nieformalnie postawiliśmy fundamenty dla Switchblade jako zespołu
heavy metalowego. Myśląc o tym, z całą moją tęsknotą do
ciężkości amerykańskiego metalu lat ’80, nie było nic lepszego
niż postawienie na heavy metal, głównie brytyjski, z licznymi
starymi amerykańskimi elementami. Podjęliśmy taką decyzję ze
względu na to, że prawie cały lineup inspirował się heavy
metalem.
Jakie
zespoły miały największy wpływ na was i na Switchblade ogólnie?
Myślę,
że Iron Maiden i coś z ruchu NWOBHM było dla nas główną
inspiracja i kierunkiem. Oczywiście doceniamy również niemiecki i
amerykański metal. Osobiście (mój gust jest mniej lub bardziej
zgodny z gustem zespołu) jestem wielkim fanem Iron Maiden, ale też
Metal Church, Vicious Rumors, Accept, Judas Priest itp.
Jak
wygląda scena tradycyjnego metalu w Izraelu? Przyznam się, że
jesteście jedynym zespołem z waszego kraju reprezentującym ten
rodzaj grania, który dane mi było usłyszeć.
Z
tego co pamiętam z wcześniejszych czasów sceny izraelskiej, przez
lata było tylko kilka hard rockowych zespołów. Jednym z nich był
Stella Maris, który z czasem stał się czymś co jest nazywane
hard‘n’heavy a’la lata osiemdziesiąte. Był też zespół,
który nazywał się Masteriff, bardziej heavy/tharsh na początku
ostatniej dekady, ale nic z tego nie może być jednoznacznie nazwane
tradycyjnym metalem. Mogę przyznać, że prawdopodobnie jesteśmy
jedyni, chociaż myślę, że powstaną też inne, ale nie mogę
naprawdę powiedzieć, że my byliśmy pierwsi.
Zanim
ukazał się „Heavy Weapons” , oprócz kilku dem wydaliście aż
pięć singli. Skąd taki pomysł?
W
przeciwieństwie do “Infernal Paradise”, który został wydany
jako utwór promujący “Heavy Weapons”, pozostałe single były
wymierzone w scene metalową, żeby pokazać, że jesteśmy,
pracujemy nad nowym materiałem i oczywiście promują nasz obecny
kierunek w metalu. „Endless War/Euphoria” i „Metalista” z
2012 roku zapieczętowały nową erę dla zespołu, gdzie heavy metal
płonie głęboko w naszych duszach. Ogólnie rzecz biorąc myślę,
że ostanie cztery single stworzyły idealne warunki do pojawienia
się „Heavy Weapons”, który składa się z tych samych kawałków,
ale w wiele lepszej produkcji i klimacie.
Jak
długo powstawał materiał na debiut?
Zanim
zaczęliśmy proces pisania/komponowania “Heavy Weapons”, trzy
kawałki były już gotowe. Praca nad pozostałymi utworami trwała
około sześciu do ośmiu miesięcy.
W
jaki sposób powstaje wasza muzyka? Pracujecie wspólnie czy macie
jednego kompozytora?
Jeżeli
chodzi o “Heavy Weaons”, Fede i ja spotkaliśmy się w studio i
rzucaliśmy pomysłami na potencjalne utwory. Fede zaproponował
riffy, o których myślał już wcześniej i zaprezentował je.
Prawdę mówiąc, prawie każdy riff trafił prosto na album, bo
zawsze czułem, że Fede wiedział czego chcę jeżeli chodzi o
muzykę zespołu. Później, tak jak to już robiliśmy wcześniej
przy singlach, Fede komponował riffy i ogólna strukturę
kompozycji, podczas gdy ja dodawałem teksty i linie wokalu. „Lost
Lovers Unite” i „Endless War”, w porównaniu do innych utworów,
są wynikiem połączonej pracy z naszym byłym basistą, Saschą
Latmanem, który dodał linie jakie zaproponował. Co do obecnego
stanu rzeczy, proces tworzeni może się zmienić na następnym
albumie, ze względu na nowych muzyków.
O
czym traktuje warstwa liryczna? Może kilka słów na ich temat?
“Heavy
Weapons”, utwór otwierający, wszystko może być ciężkie i jak
płynny metal, ale jest w stylu, jaki znalazłbyś w glam metalu
połowy i końca lat osiemdziesiątych, ery Motley Crue, coś w
rodzaju melodii zorientowanych na seks. „Euphoria” jest jak
pobudka, uderzenie w policzek, znak ostrzegający, informacja dla
tych, którzy nie widzą, albo nie podejrzewają, że są
manipulowani przez innych, którzy nimi żądzą, żyją swoim życiem
nie myśląc o niebezpieczeństwach, które mogą na nich czekać.
„Metalista”, jak można było podejrzewać, jest kawałkiem o
kobiecie, paskudnej maszynie seksu, maniakalnej zabójczyni, to
kobieca wersja Jacka The Rippera. „Lost Lovers Unite”, było
napisane dla mojej żony, to krótka opowieść o kochankach i ich
zjednoczeniu, silnie związanych swoim uczuciem, aż do pewnego dnia,
kiedy mroczne siły rozdzieliły ich od siebie, wypędziły, każde w
daleki zakątek świata. Musieli znaleźć siebie jeszcze raz, nie
poddając się. „Curse Of The Father, Sins Of The Son”, mała gra
słów znanego wyrażenia „Sins Of The Father”, nic o
królewskości i wielkości, ojciec jest przeklęty za swoje uczynki,
piętnuje swojego syna tymi samymi grzechami, które sam kiedyś
popełnił, podczas gdy jego syn nie może z tym nic zrobić.
„Infernal Paradise” krzyk środowiska naturalnego do tych,
którzy myślą, że długo pozostaniemy na Ziemi. „Into The
Unkonown” to naturalny niepokój o tajemnicę, która może być
przerażającym, niewyjaśnionym fenomenem, walką z czyjąś istotą,
żeby zaakceptować lub odrzucić możliwości, które mogą
zakończyć ryzyko. „Endless War” to nic więcej jak utwór
gloryfikujący zwycięstwo heavy metalu, hołd i podziw dla tego
gatunku.
Muszę
pochwalić brzmienie, które jak na debiut jest naprawdę znakomite.
Odpowiedzialny za nie jest wasz gitarzysta Federico Taich. Jesteście
z niego zadowoleni? W przyszłości też planujecie tak pracować czy
może spróbujecie kogoś z zewnątrz?
Myślę,
że produkcja Fede’a w tym albumie jest świetna i naprawdę
uwielbiam słuchać jej w kółko. W porównaniu do wielu wydawnictw,
których słuchałem przez lata, niezależnie od tego czy był to
mały lub biedny zespół, Fede, bez tych wszystkich bombowych i
kosztownych sprzętów w studiu potrafił osiągnąć wyższy poziom,
co mam nadzieję zrobi z niego producenta dla innych zespołów heavy
metalowych. Jeżeli chodzi o heavy metal, szczególnie pochodzący z
lat ’80, Fede wiedział jak znaleźć idealną linię pomiędzy
miksowaniem starego typu i trochę bardziej współczesnymi
brzmieniami. Rozmawialiśmy o zatrudnieniu do produkcji kogoś z
zewnątrz na kolejnym albumie, ale prawdopodobnie będzie to tylko
przy masteringu, ale kto wie? Może na szczycie tego projektu będzie
w całości Fede...
”Heavy
Weapons” wydaliście nakładem niemieckiej Killer Metal Records.
Jak doszło do tej współpracy? Jesteście z niej zadowoleni?
Około
marca/kwietnia zacząłem poszukiwania wytwórni, z którymi
moglibyśmy podpisać kontrakt na “Heavy Weapons”. Wtedy album
był dopiero na początkowym etapie masteringu i wyciągaliśmy z
niego dema dla zwrócenia uwagi. Jens Hafner z Kill Metal Records był
jednym z managerów wytwórni, którzy byli entuzjastycznie
nastawieni do naszego dzieła. Wybraliśmy Killer Metal Records, bo
czuć od niej oldschoolowym metalem i szukaliśmy platformy, która
będzie odpowiednia dla tego albumu. Killer Metal Records wykonuje
dobrą robotę promując album i mamy nadzieję, że dotrze do
każdego miejsca na świecie.
Przeszliście
sporo zmian składu szczególnie na pozycjach basisty i bębniarza
było ich sporo. Dlaczego tak się działo? Czy obecny skład jest
już na tyle mocny by przetrwać dłuższy czas?
Na
początku, daleko mi było do zrozumienia czego chcę od członków
zespołu, nie trzeba dodawać, że postawy i profesjonalizmu. Jeżeli
chodzi o basistów, natknąłem się na ludzi, którzy ostatecznie
nie wiedzieli jak dopasować się do zespołu, albo tak jak w tym
przypadku, do zespołu metalowego. Musiałem być odporny na pewnego
rodzaju dziecięce zachowania, które, gdyby nie moja cierpliwość,
od razu bym wyrzucił. Ponadto, musiałem zdobyć się na wiele
kompromisów, bo jesteśmy zespołem z północnego Izraela, gdzie
scena metalowa jest raczej mała i nie może być porównywana z tą
w Tel Avivie i pobliskich terenach, obok faktu, że Switchblade
brakowało inspiracji, dlatego w większości przypadków musiałem
rozliczyć się z członkami, którzy zwolnili się sami, albo
zostali szybko zwolnieni. Dzisiejszy skład to ludzie, którzy
rozumieją, co to znaczy być w rozwijającym się zespole i są
całkowicie oddani swoim zadaniom.
W
waszej muzyce słychać uwielbienie dla lat '80 ubiegłego wieku. Czy
było to celowe działanie, żeby oddać ducha złotej dekady heavy
metalu?
Jak
już powiedziałem, heavy metal, szczególnie dla mnie i Fede, zawsze
płynął w naszych żyłach, głęboko zakorzenionym podziwem dla
wczesnych bogów tego gatunku i do nacji, która go zapoczątkowała.
Nic nie było w żaden sposób celowe, po prostu czysty ukłon w
stronę esencji Tradycyjnego metalu, który tak bardzo lubimy i
wspieramy od samego początku, aż po dzisiaj.
W
lutym będziecie supportować Iced Earth na ich koncercie w Izraelu.
Jakie oczekiwania? Co sądzicie o ekipie Jona Schaffera?
Iced
Earth jest jednym z moich najbardziej ulubionych zespołów
wszechczasów, pamiętam jak miałem 17 lat i po raz pierwszy
doświadczyłem gęstych i ciężkich brzmień ich czterech
pierwszych albumów. Osobiście, jestem więcej niż wstrząśnięty
i podekscytowany, to duży krok dla Switchblade, że będzie
supportować zagraniczny zespół po raz pierwszy w swojej karierze i
oczywiście, dla mnie, zobaczenie tych amerykańskich gigantów na
żywo. Spodziewam się, że będą tak sprawni jak zawsze. Nowy album
zespołu jest bardzo imponujący, bliższy klasykom z ich
przeszłości. Schaffer jest inspiracją jako założyciel zespołu i
oczywiście jako muzyk, biznesmen, który przekształcił swój
zespół w główne osiągnięcie.
Tak
poza tym to jak często w ogóle gracie na żywo? Planujecie jakieś
koncerty poza Izraelem?
W
ciągu ostatniego roku nie występowaliśmy wiele ze względu na
pracę nad „Heavy Weapons”, a także czas w studiu, powody
osobiste i zmiany w składzie zespołu. Nasz obecny plan to dostać
się na scenę przynajmniej raz na miesiąc, żeby rozwijać naszą
bazą fanów i upewnić się, że nasza muzyka jest znana, inaczej
niż promowanie jej w różnego typu mediach. Jeżeli chodzi o
koncerty poza Izraelem, wierzę, że będziemy próbowali znaleźć
idealny moment dla nas w tym roku, szczególnie ze względu na powody
związane z pracą i wydatkami na wydanie albumu. Jest jednak
możliwe, że w 2015 roku dostaniemy się na jakieś festiwale.
Jakie
płyty zrobiły na Was największe wrażenie w ubiegłym roku?
Saxon – Sacrifice
Rotting Christ - Kata Ton Daimona
Eaytoy
A Pale Horse Named Death - Lay My
Soul To Waste
Voodoo Highway – Showdown
Monster Truck – Furiosity
Unsouled – Evolve
Nergard – Memorial For A Wish
Taberah – Necromancer
Eden's Curse - Symphony Of Sin
Alter Bridge – Fortress
Thaurorod – Anteinferno
Jakie
plany na rok 2014?
Wspieranie
“Heavy Weapons” jak tylko się da, głównie przez lokalne
koncerty, mamy tez nadzieję na kolejny zagraniczny support. W środku
roku prawdopodobnie zaczniemy pracę nad drugim albumem, nagrywając
i dając koncerty w tym samym czasie.
To
już wszystko z mojej strony. Ostatnie słowa należą do was.
Chciałbym
podziękować wam, HMP, za ten wywiad i za poświęcenie czasu na
ułożenie pytań dla nas. Ponadto chciałbym podziękować ludziom,
którzy nas wspierają, lokalnie i na całym świecie oraz wszystkim
metalowcom, którym podoba się nasz debiutancki album.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






