Wystarczył rzut oka na skład by narobić sobie ogromnego apetytu
na ich muzykę. Evil United tworzą genialny wokalista Jason McMaster
(Watchtower, Ignitor), basista Don Van Stavern (Riot, Narita, S.A.
Slayer), bębniarz Jason „Shakes” West (Sebastian Bach, Wednesday
13, Murderdolls) oraz dwóch nieznanych mi gitarzystów John „JV4”
Valenzuela i T.C. „Bird” Connally. Zespół powstał w 2011 roku,
by już kilka miesięcy później wydać debiutancki krążek „Evil
United”. No i muszę przyznać, że lekko się zawiodłem. Muzyka
na nim zawarta to thrash z elementami poweru, czyli jest ostro,
agresywnie, nie brakuje pojedynków gitarowych, perkusista napierdala
jak szalony, a McMaster zdziera gardło do krwi. Jednak to nie jest
to na co liczyłem. Mam wrażenie jakby przynajmniej niektóre numery
były pisane w pośpiechu przez co są po prostu przeciętne. Czasem
mamy fajne, kopiące dupę motywy, by za moment pojawiła się jakaś
chujowa zagrywka zalatująca nowoczesnym gównem. Obok klasycznego
power/thrashu w takim na przykład „Speak” słyszę echa Pantery
czy nawet Voivod z okresu „Negatron”. Brakuje mi przede wszystkim
jakichś ciekawych i w miarę oryginalnych riffów oraz melodii, bo
te tutaj są już do bólu ograne, przez co ten materiał wydaje się
zbyt „bezpieczny” i asekurancki. Brakuje tu tej odrobiny polotu i
szaleństwa. Może to też wina mało konkretnego brzmienia, ale mnie
to nie porywa. Poza tym coś mi też nie pasi w niektórych
aranżacjach, które wydają się momentami za bardzo chaotyczne.
Ogólnie jednak nie jest to zły krążek, a takie wałki jak „Dawn
of Armageddon” czy „Fifty Year Storm” to bardzo konkretne
strzały. Jest naprawdę duża dawka agresji, a teksty dopełniają
ponurej otoczki jaką tworzą dźwięki. Jednak obiecywałem sobie po
tej kapeli duuużo więcej. Słychać, że mają ciekawy pomysł na
swoją muzykę, więc może po prostu wystarczyłoby dłużej
popracować nad tymi kompozycjami i dojebać potężniejszym
brzmieniem? Na pewno wiele osób nie zgodzi się ze mną w kwestii
oceny tego albumu i uzna go za znakomity jednak ja jakoś nie mogę
się do niego całkowicie przekonać.
3,8/6
czwartek, 22 stycznia 2015
wtorek, 20 stycznia 2015
Mortalicum - Tears from the Grave (2014)
Pomimo faktu, że jestem wielkim fanem doom metalu szczególnie
jego tradycyjnej lub epickiej odmiany to jednak do trzeciej płyty
Szwedów z Mortalicum podchodziłem z ostrożnością. Pamiętam, że
ich debiut „Progress of Doom” był niezłym materiałem, ale
jednak nie wzbudził we mnie żadnych uczuć wyższych. Dwójki „The
Endtime Prophecy” nie słyszałem wcale, więc nie do końca byłem
pewien czego mogę się po „Tears from the Grave” spodziewać. I
tak naprawdę zmian stylistycznych w porównaniu z debiutem to zbyt
wielu tu nie uświadczymy. Dalej jest to bardzo mocno inspirowany
wczesnymi latami '70 heavy/doom, w którym czuć ducha Sabbathów.
Jednak na „Tears...” większy nacisk położony został na ciężar
i wolne tempa, a zmniejszono ilość hard rockowych motywów.
Chwilami brzmi to jak pozbawiony wojowniczości i heavy metalowego
patosu Grand Magus. Tak naprawdę tylko dwa utwory są szybsze
(jednocześnie najkrótsze), czyli pierwszy „The Endless Sacrifice”
oraz „Spirits of the Dead”. Jednak prawdziwą esencją tego
krążka są te wolniejsze doomowe hymny. „I am Sin” to po prostu
zajebisty numer z pięknymi melodiami, „I Dream of Dying” ma
fajny drajw i taki leciutko bluesowy feeling. „The Passage” wręcz
urywa dupę, szczególnie w szybszych partiach, a doskonały refren
przywodzi na myśl solowego Dickinsona. Natomiast ostatni „The
Winding Stair” jest po prostu przepiękny i posiada taki trochę
bajkowy klimat. Doskonałe zwieńczenie płyty. Posłuchajcie tych
riffów, jakżeż one bujają. Do tego długie, czasem kojarzące się
ze starym psychodelicznym rockiem, bardzo emocjonalne sola. Sekcja
rytmiczna gra klasycznie rockowo z bardzo wyraźnym i melodyjnie
grającym basem. Nad wszystkim góruje głos wokalisty. Henrik Högl
grający również na gitarze nie posiada jakiegoś super mocnego
gardła ani genialnej techniki, jednak śpiewa z dużym uczuciem i
brzmi bardzo autentycznie. Po prostu idealnie pasuje do tych
dźwięków. „Tears from the Grave” brzmi niezwykle ciepło i
naturalnie dzięki czemu naprawdę sprawia wrażenie jakby był
nagrany cztery dekady temu. Wspaniale się to łączy z
melancholijną, lekko oniryczną atmosferą tej muzyki. Moja kobieta
stwierdziła, że ta muzyka przypomina jej cmentarz latem i muszę
stwierdzić, że pomimo ewidentnej „jesienności” tych dźwięków
jest to bardzo dobre określenie. Pomimo ciężaru i w większości
wolnych temp oraz tego, że płyta trwa ponad godzinę to słucha się
jej bardzo lekko. Nawet przesłuchanie jej kilka razy pod rząd nie
męczy. Mortalicum na swoim trzecim krążku pokazali się z jak
najlepszej strony i przygotowali godzinną porcję wyśmienitej i
przede wszystkim szczerej muzyki.
5/6
5/6
środa, 14 stycznia 2015
Satan's Host - Pre-dating god 1&2 (2015)
Trzeba przyznać ekipie Satan's Host, że tempo pracy mają doprawdy imponujące. Ledwie rok temu jarałem się ich poprzednim krążkiem „Virgin Sails”, a tu już w moje łapy wpadł kolejny i do tego podwójny album. „Pre-dating god 1&2” nagrane zostały oczywiście we Flatline studio z ich wieloletnim producentem Dave'em Otero, więc brzmienie jest perfekcyjne, być może nawet najlepsze w historii zespołu. Jest potężne, krystaliczne i selektywne, a jednocześnie gęste i nie pozbawione jakiegoś takiego undergroundowego sznytu.
Muzycy są w wybitnej formie, ale tego akurat można było być pewnym. Po raz kolejny również nasuwa mi się myśl, że Patrick „Evil” Elkins jest chyba najbardziej niedocenianym gitarzystą i kompozytorem na metalowej scenie. To co wyprawia ten typ momentami przechodzi ludzkie pojęcie. Czasem mam wrażenie, że on faktycznie podpisał jakiś pakt z rogatym. Ilość riffów, którą stworzył , może wpędzić w kompleksy nie jednego grajka błędnie przekonanego o własnej wielkości. Ilość motywów przeplatających się ze sobą, zarówno blackowych, power metalowych czy też doomowych wręcz poraża. Podobnie jak solówki, które nie są tylko dodatkiem zagranym na odpierdol. Są one przemyślane i doskonale wpasowane w utwory, a do tego przepełnione masą emocji. Momentami słychać 3 gitary jak choćby w zajebistym, niemal balladowym „After the End”, gdzie słyszymy znakomity riff będący tłem dla podwójnego solo. Sekcja rytmiczna jest dokładnie taka jaka powinna być w metalowym zespole. Margar dzierżący bas, w zależności od sytuacji albo podbija dynamikę perkusji, albo dociąża gitarę, albo też gra odrębną melodię. Perkusja w Satan's Host za każdym razem kruszy ściany i tak też jest tym razem. Anthony Lopez gra kurewsko gęsto, agresywnie i z zachowaniem typowej dla siebie rytmiki polegającej na częstych zmianach temp i błyskawicznym przechodzeniu z partii wolnych do bardzo szybkich i odwrotnie. Harry Conklin tutaj pod mianem Leviathan Thisiren dokonał rzeczy wydawałoby się niemożliwej. Mianowicie nagrał chyba najlepsze i najbardziej zróżnicowane wokale w swojej karierze. Tak wiem, że już zdarzało mi się mówić to samo przy jego wcześniejszych płytach, jednak jak przesłuchacie „Pre-dating god” to pewnie przyznacie mi rację. Oczywiście najwięcej korzysta ze swoich wysokich rejestrów, które wszyscy doskonale znają, jednak potrafi też wyjechać z growlem, zacharczeć złowieszczym, demonicznym głosem, czy też zapiszczeć histerycznie. W wielu momentach pojawia się też kilka ścieżek wokalnych nałożonych na siebie co wywołuje potężny efekt. To co tutaj zrobił to po prostu pierdolony absolut.
Muzycznie mamy chyba mniej blackowych zagrywek, a więcej power i doom metalu. Jest więcej wolnych i ciężkich momentów dzięki czemu wytwarza się mroczna i podniosła atmosfera. Oba albumy są też chyba najbardziej epickimi dziełami jakie kiedykolwiek nagrał ten zespół. Ta muzyka osacza słuchacza, chwyta za gardło i nie puszcza dopóki nie wybrzmi ostatni akord, a co najlepsze, to pomimo tego, że obie części trwają łącznie ok 80 minut to w żadnym wypadku nie męczą. Jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się słuchać tych płyt osobno, zawsze leci jedna po drugiej, bo traktuję je jako jedną całość. Wszystkie utwory to klasa światowa, jednak mnie ostatnio najbardziej poniewierają trzy z nich. Wspomniany wcześniej niesamowicie rozbudowany „After the End”, po części balladowy, później z wieloma zmianami temp i potężnym refrenem. „Embers of Will” z początku dość szybki, później zmieniające się tempa i riffy aż w końcu w 4 minucie pojawia się genialna gitarowa melodia. Robi się bardzo epicko co uwydatniają jeszcze heroiczne chóry będące tłem pod histeryczny pisk Conklina oraz cudowne emocjonalne solo. Trzecim z nich jest „Descending in the Shadow of Osiris”, który po pięknym spokojnym wstępie przeradza się w mroczne heavy metalowe monstrum utrzymane w średnich tempach, w którym pojawiają się też ostre wokale, a potężny refren po prostu zabija. Z ciekawostek należy dodać, że pierwszą część kończy się coverem Grim Reaper „See You in Hell” natomiast druga alternatywną, bardziej klasycznie brzmiącą wersją utworu tytułowego. Obie części są połączone lirycznym konceptem, ale nie będę się teraz zagłębiał w tę kwestię, bo ta recenzja musiałaby wtedy zająć pewnie ze dwie strony. Zainteresowanych odsyłam do wywiadu i do osobistego zapoznania się z tekstami. Satan's Host wypracował swój własny, rozpoznawalny od pierwszych dźwięków styl, ale jednak korzeniami tkwiący w klasyce. Nagrał płytę wybitną i już na samym początku roku postawił konkurencji poprzeczkę baaardzo wysoko. „Pre-dating god 1&2” jest dziełem kompletnym i zawierającym w sobie wszystko czego oczekuję od metalowego zespołu.
5,9/6
Satan's Host – By the Hands of the Devil (2011)
W 2010 roku stało się to na co czekało wielu fanów wczesnego
Satan's Host, do zespołu powrócił Harry Conklin. Już z nim i
nowym basistą Marcusem „Margar” Garcią w składzie, weszli jak
zwykle do studia Flatline, by ponownie pod okiem Dave'a Otero
zarejestrować nowy materiał. „By the Hands of the Devil” ukazał
się w maju 2011 roku nakładem Moribund i wywołał duże
zamieszanie na scenie. Pewnie niektórzy oczekiwali powrotu do grania
z „Metal from Hell”, a dostali doskonale wyważone połączenie
klasycznego poweru z mrocznym i bardziej blackowym graniem znanym z
późniejszych płyt. Brzmi to znakomicie i bardzo unikalnie dzięki
czemu Satan's Host stał się zespołem niepodrabialnym i wyjątkowym.
Nie ważne czy nazwiecie tę muzykę dark power, blackened power czy
w jeszcze jakiś inny sposób, ona jest po prostu świetna. Nawet
ciężko jest rzucić jakieś nazwy, które mogłyby być jakimś
drogowskazem. Słychać dalekie echa Kinga Diamonda, odrobinkę
późniejszego Helstar, a numer „Demontia” skojarzył mi się z
Jag Panzer, jednak te wpływy są raczej marginalne Wydaje mi się,
że dołączenie do składu Conklina wymusiło na Patricku Evil
drobną zmianę w sposobie komponowania. Oczywiście dalej pojawiają
się brutalne blackowe motywy, jednak riffy grane pod partie Conklina
mają już bardziej klasyczny wydźwięk. No i oczywiście
fantastyczne sola, które komponują się idealnie z całością.
Zmianie nie uległa gra perkusisty Anthony'ego Lopeza, który nabija
typową dla Satan's Host rytmikę z wieloma zmianami temp i bardzo
szybkimi fragmentami. Sam Harry jest w wybornej formie. Jego wokalizy
dodały mnóstwo epickości i co zrozumiałe melodii. Jednak te
melodie są stricte metalowe i raczej nikt nie będzie narzekał na
nadmiar lukru. Czasami potrafi też zaśpiewać agresywnie, wchodząc
niemalże w growl, ale i tak jakieś 99% jego zaśpiewów to
klasyczny Conklin z wieloma wysokimi i dramatycznymi partiami.
Wszystkie utwory są znakomite i prezentują wyrównany poziom,
jednak jest jeden, ale za to jaki wyjątek. „Fallen Angel”
przerasta tę płytę i według mnie jest najlepszym utworem Satan's
Host w ogóle. Wypełniony znakomitymi melodiami, pełen dramaturgii,
epickości i swego rodzaju melancholii, za każdym razem powoduje u
mnie ciarki na grzbiecie, Coś pięknego! „By the Hands of the
Devil” po tych kilku latach od wydania w dalszym ciągu robi
kolosalne wrażenie, a wręcz jeszcze zyskuje. Najlepszy materiał od
czasu „Metal from Hell” stał się faktem, a zespół stał się
mocny jak nigdy wcześniej, Pomimo faktu, że z poprzednim wokalistą
w składzie zespół również nagrywał dobre i bardzo dobre płyty,
to jednak dopiero w momencie powrotu Harry'ego Conklina Satan's Host
wkroczyli z dumą do metalowej ekstraklasy.
5,4 /6
5,4 /6
poniedziałek, 12 stycznia 2015
Satan's Host - Power... Purity... Perfection... 999 (2009)
Kilka dni przed Halloween 2009 Moribund wypuściło kolejny album
naszych znajomych wielbicieli rogatego. Wiecie oczywiście czego się
spodziewać po „Power... Purity... Perfection... 999”?
Podejrzewam, że większość z was domyśla się, że tego samego co
na wszystkich poprzednich płytach Satan's Host wydanych w 21 wieku.
Może to być autosugestia i odczucie, które z perspektywy czasu nie daje mi spokoju, ale chyba na tym krążku dało się już wyczuć, że nadchodzi ten wielki moment powrotu Conklina. Naprawdę słyszę tutaj więcej heavy metalowych patentów i to nie tylko w solach. „Dark Priest (Lord Ahriman)” jest tego najlepszym przykładem. Bardzo klasyczny początek, a potem obok blackowego jadu pojawiają się nawet sławetne patataje. O poziomie muzyki nie ma co się tutaj rozpisywać, bo kiszki chłopcy nagrać nie mogli. Każdy utwór jest naładowany rozrywającymi riffami, zmianami temp czy wolniejszymi fragmentami mającymi tworzyć klimat. Poza dwoma krótkimi, spokojnymi przerywnikami większość utworów jest długa, bo trwa w granicach od 6 do ponad 8 minut. Najkrótsze ponad 5-cio minutowe znajdują się na początku i na końcu. Zresztą oba są konkretne. Otwieracz w postaci „Sithra Ahra (Power 9)” to diabelski manifest utrzymany w większej części w średnich tempach z bardzo chwytliwym refrenem. Podejrzewam, że jest to totalny koncertowy morderca. Natomiast „Xem Deitus 999” miażdży przede wszystkim walcowatymi riffami na początku. Wspomnieć można też o „End All, Be All 2012”, który zaczyna się od ostrego napierdalania, by później przejść w bardziej wyważone tempa i za chwilę uderzyć świetnym refrenem z wkręcającą kąśliwą gitarą w tle. „Luciferian Spirit (Perfection 9)” zabija ciężkim, wolnym początkiem, w którym za broń masowego rażenia robi perkusja (stopy!!!). Na koniec zostawiam mojego faworyta w postaci „9 Lords, 9 Keys... Abyss-King”. Na wstępie zostajemy uraczeni piękną, spokojną i bardzo klimatyczną melodią, która za moment jest już grana z przesterem jednak dalej w balladowym tempie. Następnie pojawia się cudne solo (to już jest standard w przypadku Elkinsa) po czym zespół przyśpiesza zachowując jednak w dalszym ciągu dużą melodyjność. Ten numer jest zajebiście epicki i jestem niesamowicie ciekaw jak by wypadł z Conklinem na wokalu, bo wydaje się wręcz dla niego stworzony.
Jak zwykle forma wszystkich muzyków jest wyborna. Najbardziej można się było obawiać o grę nowego perkusisty, który musiał zastąpić znakomitego Pete'a 3 Wicked. Od razu wszystkich uspokajam, bo Anthony Lopez znany też pod przeokrutnie diabolicznym mianem „Evil Little Hobbit”(ja pierdolę...) dorównuje swojemu poprzednikowi i napędza tę piekielną maszynę aż lecą wióry.
Szkoda tylko, że ten materiał ma kilka takich momentów, które po prostu przelatują nie zostawiając nic po sobie. Może to już lekkie zmęczenie formułą, chociaż nie wiem czy moje czy zespołu, bo choć L.C.F. Elixir zdzierał gardło dla szatana z oddaniem i fanatyzmem i pasował świetnie do takiego grania to jednak miał jeden feler. Nie był Conklinem. Oczywiście nie jest to żadna ujma, bo z takim głosem mogą rywalizować tylko wyjątkowo wybitne jednostki. Ogólnie jednak trzeba stwierdzić, że jest to kolejna udana płyta Satan's Host, która mimo tego jest tylko przystawką przed tym co dopiero miało nadejść.
4,5/6
Może to być autosugestia i odczucie, które z perspektywy czasu nie daje mi spokoju, ale chyba na tym krążku dało się już wyczuć, że nadchodzi ten wielki moment powrotu Conklina. Naprawdę słyszę tutaj więcej heavy metalowych patentów i to nie tylko w solach. „Dark Priest (Lord Ahriman)” jest tego najlepszym przykładem. Bardzo klasyczny początek, a potem obok blackowego jadu pojawiają się nawet sławetne patataje. O poziomie muzyki nie ma co się tutaj rozpisywać, bo kiszki chłopcy nagrać nie mogli. Każdy utwór jest naładowany rozrywającymi riffami, zmianami temp czy wolniejszymi fragmentami mającymi tworzyć klimat. Poza dwoma krótkimi, spokojnymi przerywnikami większość utworów jest długa, bo trwa w granicach od 6 do ponad 8 minut. Najkrótsze ponad 5-cio minutowe znajdują się na początku i na końcu. Zresztą oba są konkretne. Otwieracz w postaci „Sithra Ahra (Power 9)” to diabelski manifest utrzymany w większej części w średnich tempach z bardzo chwytliwym refrenem. Podejrzewam, że jest to totalny koncertowy morderca. Natomiast „Xem Deitus 999” miażdży przede wszystkim walcowatymi riffami na początku. Wspomnieć można też o „End All, Be All 2012”, który zaczyna się od ostrego napierdalania, by później przejść w bardziej wyważone tempa i za chwilę uderzyć świetnym refrenem z wkręcającą kąśliwą gitarą w tle. „Luciferian Spirit (Perfection 9)” zabija ciężkim, wolnym początkiem, w którym za broń masowego rażenia robi perkusja (stopy!!!). Na koniec zostawiam mojego faworyta w postaci „9 Lords, 9 Keys... Abyss-King”. Na wstępie zostajemy uraczeni piękną, spokojną i bardzo klimatyczną melodią, która za moment jest już grana z przesterem jednak dalej w balladowym tempie. Następnie pojawia się cudne solo (to już jest standard w przypadku Elkinsa) po czym zespół przyśpiesza zachowując jednak w dalszym ciągu dużą melodyjność. Ten numer jest zajebiście epicki i jestem niesamowicie ciekaw jak by wypadł z Conklinem na wokalu, bo wydaje się wręcz dla niego stworzony.
Jak zwykle forma wszystkich muzyków jest wyborna. Najbardziej można się było obawiać o grę nowego perkusisty, który musiał zastąpić znakomitego Pete'a 3 Wicked. Od razu wszystkich uspokajam, bo Anthony Lopez znany też pod przeokrutnie diabolicznym mianem „Evil Little Hobbit”(ja pierdolę...) dorównuje swojemu poprzednikowi i napędza tę piekielną maszynę aż lecą wióry.
Szkoda tylko, że ten materiał ma kilka takich momentów, które po prostu przelatują nie zostawiając nic po sobie. Może to już lekkie zmęczenie formułą, chociaż nie wiem czy moje czy zespołu, bo choć L.C.F. Elixir zdzierał gardło dla szatana z oddaniem i fanatyzmem i pasował świetnie do takiego grania to jednak miał jeden feler. Nie był Conklinem. Oczywiście nie jest to żadna ujma, bo z takim głosem mogą rywalizować tylko wyjątkowo wybitne jednostki. Ogólnie jednak trzeba stwierdzić, że jest to kolejna udana płyta Satan's Host, która mimo tego jest tylko przystawką przed tym co dopiero miało nadejść.
4,5/6
czwartek, 8 stycznia 2015
Satan's Host - Great American Scapegoat 666 (2008)
Podtrzymując swoją regularność Satan's Host przygotowali
kolejny materiał na początek 2008 roku. I z góry muszę uprzedzić,
że recenzja „Great American Scapegoat 666” nie będzie zbyt
długa z tej prostej przyczyny, że nie uświadczymy tutaj
praktycznie żadnych zmian. Dalej jest to ten sam black/death metal z
odrobiną melodii zagrany w stylu jaki zespół wypracował
wcześniej. Jednak po dwóch doskonałych, a co najmniej bardzo
dobrych płytach teraz mamy pewną zniżkę formy. Oczywiście wiele
innych bandów marzyłoby o takiej zniżce i nagraniu takiego albumu,
jednak mając bezpośrednie odniesienie i słuchając „Great
American Scapegoat 666” tuż po Burning the Born Again...” i
„Satanic Grimoire...” czuć różnicę w jakości.
Przede wszystkim muzyka stała się bardziej jednowymiarowa i w samych utworach dzieje się trochę mniej. Jest mniejsza ilość urozmaiceń, przez co biorąc pod uwagę to, że całość trwa ponad godzinę to w pewnym momencie zacząłem odczuwać coś na kształt znużenia. A to w przypadku załogi Patricka Elkinsa zdarzyło mi się jedynie podczas konsumpcji Archidoxes of Evil”. Riffy już nie poniewierają i nie zaskakują tak jak wcześniej no i jest mniej zapamiętywalnych momentów. Dosłownie kilka fragmentów wbiło mi się w głowę co w porównaniu z poprzednikami jest słabym wynikiem. Niestety jest też mniejsza ilość klasycznych motywów czy odniesień do twórczości z lat '80, a podejrzewam, że większość czytelników Heavy Metal Pages właśnie tego oczekuje od tego zespołu najbardziej. Oczywiście te wszystkie zarzuty wzięły się stąd, że Satan' s Host swoimi poprzednimi krążkami zawiesili poprzeczkę bardzo wysoko, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Żeby nie było, „American Scapegoat” to nie jest słaba płyta. W dalszym ciągu jest brutalnie, jest zajebista motoryka, a brzmienie jak zwykle klasa. Niektóre fragmenty wręcz wbijają w ziemię. Szczególnie początek „Cursing, Vampyric Evil Eye”, gdzie bębny wyrywają trzewia. Jest jeszcze jeden moment na płycie wywołujący u mnie przyspieszony ból i obłąkańcze napieprzanie łbem. Chodzi o ostatni numer „Throne of Baphomet”, a szczególnie to co dzieje się od 5:15. Co za pierdolony huragan!
„Great American Scapegoat 666” był pierwszym materiałem wypuszczonym prze Moribund, z którą to wytwórnią związani są po dzień dzisiejszy. Label ten wydał też reedycję dwóch poprzednich albumów. Zastanawia mnie, czy gdybym posłuchał tego krążka wcześniej niż np. „Satanic Grimoire...” to ocena i moja opinia na jego temat byłaby trochę lepsza? Jest taka szansa, ale i tak w dalszym ciągu byłby to jeden z ich najsłabszych najmniej urodziwych bękartów. Niestety Satan's Host nie udało się tym razem wskoczyć na wyższy poziom i nagrali „tylko” dobrą płytę, a od takich zespołów wymaga się czegoś więcej.
4,2/6
Przede wszystkim muzyka stała się bardziej jednowymiarowa i w samych utworach dzieje się trochę mniej. Jest mniejsza ilość urozmaiceń, przez co biorąc pod uwagę to, że całość trwa ponad godzinę to w pewnym momencie zacząłem odczuwać coś na kształt znużenia. A to w przypadku załogi Patricka Elkinsa zdarzyło mi się jedynie podczas konsumpcji Archidoxes of Evil”. Riffy już nie poniewierają i nie zaskakują tak jak wcześniej no i jest mniej zapamiętywalnych momentów. Dosłownie kilka fragmentów wbiło mi się w głowę co w porównaniu z poprzednikami jest słabym wynikiem. Niestety jest też mniejsza ilość klasycznych motywów czy odniesień do twórczości z lat '80, a podejrzewam, że większość czytelników Heavy Metal Pages właśnie tego oczekuje od tego zespołu najbardziej. Oczywiście te wszystkie zarzuty wzięły się stąd, że Satan' s Host swoimi poprzednimi krążkami zawiesili poprzeczkę bardzo wysoko, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Żeby nie było, „American Scapegoat” to nie jest słaba płyta. W dalszym ciągu jest brutalnie, jest zajebista motoryka, a brzmienie jak zwykle klasa. Niektóre fragmenty wręcz wbijają w ziemię. Szczególnie początek „Cursing, Vampyric Evil Eye”, gdzie bębny wyrywają trzewia. Jest jeszcze jeden moment na płycie wywołujący u mnie przyspieszony ból i obłąkańcze napieprzanie łbem. Chodzi o ostatni numer „Throne of Baphomet”, a szczególnie to co dzieje się od 5:15. Co za pierdolony huragan!
„Great American Scapegoat 666” był pierwszym materiałem wypuszczonym prze Moribund, z którą to wytwórnią związani są po dzień dzisiejszy. Label ten wydał też reedycję dwóch poprzednich albumów. Zastanawia mnie, czy gdybym posłuchał tego krążka wcześniej niż np. „Satanic Grimoire...” to ocena i moja opinia na jego temat byłaby trochę lepsza? Jest taka szansa, ale i tak w dalszym ciągu byłby to jeden z ich najsłabszych najmniej urodziwych bękartów. Niestety Satan's Host nie udało się tym razem wskoczyć na wyższy poziom i nagrali „tylko” dobrą płytę, a od takich zespołów wymaga się czegoś więcej.
4,2/6
niedziela, 4 stycznia 2015
Satan's Host - Satanic Grimoire: A Greater Black Magick (2006)
Przez okres dwóch lat jaki dzielił „Burning the Born Again”
od kolejnego krążka, Satan's Host wyraźnie okrzepł i zdefiniował
swój nowy styl. Dlatego też wydany w 2006 roku „Satanic Grimoire:
A Greater Black Magick” nie wywołał już takiego zaskoczenia. W
składzie grupy zaszła tym razem jedna zmiana, obowiązki basisty za
J. Phantoma przejął sam Patrick „Evil” Elkins. Muzycznie
natomiast zespół poszedł bardziej w kierunku szybkości i
brutalności ograniczając do minimum doomowe fragmenty. Gitary są
nastrojone wyżej dzięki czemu tną jak żyleta, jest więcej
blastów i obłędnie szybkich fragmentów. Ogólnie jest to
blackened death metal ze sporą dozą melodii przywołujący mi na
myśl takie nazwy jak szwedzki Necrophobic czy holenderski God
Dethroned. Podobna melodyjność, dynamika i intensywność. Pełno
tutaj fragmentów, przy których zdrowy heteroseksualny mężczyzna
po prostu nie jest w stanie usiedzieć w miejscu. Jak można nie
napierdalać banią słuchając takich „Necromantic Art”, „666...
Mega Therion” czy bonusowy „Infernal Calling”? Nie brakuje też
oczywiście klimatycznych wstawek budujących diaboliczny klimat.
Odniesienia do lat '80 to przede wszystkim klasycznie brzmiące
solówki oraz utwór „Metal From Hell... 22nd Century”.
Już sam tytuł pokazuje nam, w którym kierunku należy zwrócić
wzrok( albo raczej słuch). Bardzo przebojowy i wypełniony
oldschoolowymi patentami kojarzy mi się trochę z Nocturnal Breed
albo Desaster, to samo połączenie diabelskiego nakurwu z klasyką.
Do tego w refrenie są te same wersy co w podobnie nazwanym wałku
tytułowym z debiutu. Wszyscy muzycy prezentują się wybornie, ale
tego akurat można się było spodziewać. Super technika, aranżacje,
mnóstwo zajebistych pomysłów i bardzo dobre kompozycje to
zdecydowanie plusy tego albumu. Jednak muszę się jeszcze pochylić
nad produkcją, która jest po prostu miodzio. Brzmienie jest ostre,
dynamiczne i zarazem przejrzyste. Słuchając niektórych riffów mam
wrażenie jakby mi ktoś brzytwą otwierał żyły. Ależ tajfun!
Bębny to już istny armegedon i totalna moc. To w żadnym wypadku
nie brzmi jak undergroundowy zespół. Tekstowo również bez zmian,
więc w dalszym ciągu jest Szatan, piekło, demony, czary,
pentagramy no i oczywiście metal. Pewnie dla wielu to będzie
kiczowate, ale jebać ich. Do tej muzyki takie tematy pasują
perfekcyjnie. Szkoda tylko, że okładka jest lekko z dupy i na pewno
nie oddaje mocy bijącej z tego krążka. Podsumowując materiał
dobry, a w wielu momentach znakomity jednak odrobinę słabszy od
poprzednika. Trochę jakby mniej zróżnicowany i nie zawierający
tylu zapamiętywalnych fragmentów, ale spustoszenie sieje totalne.
Zdecydowanie nie dla sofciarzy.
4,9/6
4,9/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)







