czwartek, 9 stycznia 2014

Striking Beast - Nuclear Genocide (2013)

No i mamy kolejną perełkę na rodzimej thrashowej scenie. Tych czterech młodych chłopaków z Rzeszowa na swoim debiutanckim demo sieje zniszczenie i pożogę. Jak sama nazwa wskazuje najwięcej w ich graniu słychać Exodus, a także Kreator czy Destruction. Jednak zdecydowanie przeważa jazda w stylu Bay Area. Płytka trwa niecałe 16 minut, na które składają się 4 konkretne thrash metalowe ciosy. Warsztat muzyków pomimo ich młodego wieku nie pozostawia nic do życzenia. Świetnie skonstruowane numery, agresja, energia, a wszystko to polane oldskulowym sosem. Muszę też pochwalić wokalistę Janka Kiersnowskiego, który wykonał tutaj zajebistą robotę. Coś czuję, że rośnie nam naprawdę mocna załoga, z której będziemy jeszcze mieli masę pociechy. Striking Beast pracują obecnie nad pełnowymiarowym debiutem i jeśli będą się dalej rozwijali w takim tempie przy jednoczesnym utrzymaniu formy z „Nuclear Genocide” to może być naprawdę srogo. Demo możecie legalnie pobrać z ich fejsbuka i na własne uszy przekonać się o mocy tego materiału. Jak dla mnie zdecydowanie największa obecnie nadzieja polskiego thrashu.

5/6

Switchblade - Heavy Weapons (2013)

Moja znajomość izraelskiej sceny metalowej ograniczała się do tej pory do takich nazw jak Salem, Orphaned Land czy Melechesh, a niedawno jeszcze pojawiły się Sonne Adam oraz Hammercult i to by było na tyle. Jednak wszystkie prezentują bardzo dobry poziom i są wartościowymi reprezentantami swoich gatunków. Płyta „Heavy Weapons” pochodzącego z Hajfy Switchblade to mój pierwszy kontakt z klasycznym heavy metalem wywodzącym się z tej strony świata i muszę przyznać, że jest to kontakt całkiem udany. Grupa istnieje od 2005 roku i ma na swoim koncie 3 dema i aż 5 singli oraz omawiany tutaj debiutancki album wydany pod koniec ubiegłego roku nakładem niemieckiej Killer Metal rec. Płyta zaczyna się od mocnego uderzenia, bo tytułowy numer pełniący rolę otwieracza jest chyba najlepszy na płycie. Rozpędzony, energiczny z prostym i chwytliwym refrenem powoduje szeroki uśmiech na pysku, a noga sama zaczyna wystukiwać rytm. Reszta płyty jest wyrównana i trzyma dość wysoki poziom jednak zawieszonej poprzeczki nie udaje się przeskoczyć. Styl Switchblade można określić jako połączenie NWoBHM ze szczególnym wskazaniem na Iron'ów oraz bardziej teutońskiego stylu w rodzaju Grave Digger czy Accept. Wokalista, występujący pod ksywą Steinmetal, posiada ciekawą barwę głosu kojarzącą się z młodym Dickinsonem i jego również można zaliczyć do plusów. Ogólnie wszyscy muzycy wywiązują się ze swoich zadań bez zarzutów. Sporo fajnych, zagranych z energią i zapałem riffów, bardzo udane sola oraz motoryczna sekcja rytmiczna z Harrisowskim basem. Brzmienie również nie pozostawia nic do życzenia i jest odpowiednie dla tego rodzaju grania. Natomiast trochę mi tutaj brakuje hiciorów. Jest poprawnie, ale brakuje jakiegoś błysku, czegoś co by nie pozwalało oderwać się od tych numerów. Poza znakomitym „Heavy Weapons” ciężko by było wyłowić jeszcze jakąś perełkę. Może jeszcze ewentualnie „Curse of the Fathers, Sins of the Sons”. Słychać, że zespół posiada spory potencjał i jest szansa, by na kolejnych albumach wzniósł się na wyższy poziom. Jak na debiut jest dobrze z nadzieją, że na dwójce będzie bardzo dobrze.

3,9/6

Final Curse - Way of the Accursed (2012)

Jak powszechnie wiadomo każda kolejna muzyczna fala przynosi ze sobą zarówno pozytywy jak i negatywy. Tak samo ma się sprawa z thrash metalem, którego mam już naprawdę chwilami przesyt. Oczywiście chodzi mi tylko o kolejne, co raz to nowsze kapele nie mające za grosz swojej własnej tożsamości, kopiujące na potęgę wielkich gatunku, a nie tychże klasyków. Chociaż lepiej, że kopiują starego Slayera niż nową Sepulturę czy o zgrozo jakiegoś pedalskiego korna lub inne nowomodne gówno. Na całe szczęście w HMP trafiają mi się do recenzji młode bandy prezentujące zdecydowanie tę lepszą stronę. Podobnie to wygląda w przypadku Final Curse z Charlotte w północnej Karolinie. Opisywany w tym miejscu krążek „Way of the Accursed” jest ich drugim pełnym albumem i zawiera po prostu dobrze zagrany i skomponowany thrash. Konkretne umiejętności muzyków, znakomite brzmienie za które odpowiada sam Jeff Waters (Annihilator) i zgrabne kompozycje tworzą ogólnie pozytywny obraz całości. Inspiracje są oczywiste czyli „wielka czwórka” oraz Annihilator, który być może zasugerowałem sobie poprzez osobę producenta, ale chwilami naprawdę słyszę w tej muzyce patenty Kanadyjczyków. Płyta jest skonstruowana w taki sposób, że zawiera w sobie wszystkie najważniejsze składowe thrashu. Mamy więc i konkretną riffową jazdę do przodu, mamy odpowiedni ciężar, udane solówki, ale też i sporą dawkę melodii. Najbardziej wyróżnia się numer „Biltmore” zaczynający się od nastrojowej gitarowej melodii, by później przeistoczyć się w coś co brzmi jakby Mercyful Fate zaczął grać thrash. Świetna kompozycja. Słychać, że chłopaki wiedzą o co chodzi w tym graniu i co najważniejsze całkiem nieźle im ono wychodzi. Nie jest to może coś nadzwyczajnego, ale na pewno na kilka przesłuchań i co ważne bez ziewania będzie jak znalazł.

4,5/6

poniedziałek, 21 października 2013

Virtue - We Stand to Fight (2013)

Zespół Virtue był moim zdaniem jednym z lepszych podziemnych zespołów brytyjskich działających w latach '80 i jednym z najlepszych drugiej fali NWoBHM. Założony przez braci Sheldon w 1981 roku zakończył swój byt w 1987, pozostawiając po sobie jedynie singiel „We Stand to Fight” oraz demo „Fool's Gold”. Na początku tego roku grecka wytwórnia No Remorse rec wydała oba te materiały po raz pierwszy na jednym cd. Całość została zremasterowana, a płytę zdobi 16-stronicowy booklet zawierający wiele zdjęć oraz ekskluzywny wywiad z zespołem. Tak więc myślę, że fanatycy podziemia już dawno się zaopatrzyli w to wydawnictwo, albo zamierzają to uczynić w najbliższym czasie. A co o samej muzyce? Ta jest po prostu znakomita. W większości szybkie i bardzo melodyjne kompozycje, brzmiące niemalże power metalowo, mnóstwo gitarowych pojedynków, wysokie i melodyjne wokale oraz niesamowita energia. Całość brzmi bardzo jednolicie i ma się wrażenie jakby wszystkie utwory nagrano podczas jednej sesji. Każdy z tych kawałków jest potencjalnym hitem, więc płytka przelatuje lotem błyskawicy wywołując uczucie ogromnego niedosytu. Rzecz zdecydowanie dla fanów grup jak Elixir, Cloven Hoof czy Tokyo Blade, a także Liege Lord czy nawet Fifth Angel. Zresztą tak naprawdę każdy fan heavy metalu powinien się zapoznać z tymi nagraniami, gdyż jest to nie tylko kawał historii, ale również naprawdę doskonała muzyka. Tylko żal, że zespół z takim potencjałem zostawił tak skromny dorobek, bo aż chciałoby się zobaczyć jak daleko Virtue mogli zajść, gdyby mieli trochę więcej szczęścia.

5,5/6

Iron Kingdom - Curse of the Voodoo Queen (2011)

Przez długi czas odwlekałem konfrontację z tym materiałem, a to z tego względu, że niezbyt błyskotliwa nazwa w połączeniu z kiczowatą okładką nie nastrajały mnie zbyt optymistycznie. Jednak, gdy w końcu wziąłem się za wałkowanie debiutu tych młodych Kanadyjczyków (i jednej Kanadyjki) to nie mogłem przestać. „Curse of the Voodoo Queen” to ogromne zaskoczenie i przede wszystkim po prostu znakomita muzyka. Heavy metal prezentowany przez Iron Kingdom jest bardzo mocno osadzony we wczesnych latach '80 z wieloma wycieczkami do lat '70 czy nawet późnych '60. Posłuchajcie choćby takiego „Nightrider”. Zespół pomimo tego, że czerpie z wielu źródeł prezentuje bradzo zwarte heavy metalowe oblicze. Najwięcej tutaj słychać bogów z Manilla Road. Śpiewający gitarzysta Chris Osterman momentami brzmi jak Mark Shelton, a sama atmosfera tej płyty również przywodzi na myśl legendarnych Amerykanów. Pomimo młodego wieku muzycy prezentują bardzo wysoki poziom zarówno techniczny jak i kompozytorski. Wypada wspomnieć, że na bębnach gra siostra wokalisty, Amanda Osterman i wypada baaaardzo dobrze. Wielu facetów mogłoby się od niej uczyć. Z tego albumu bije niesamowita młodzieńcza energia i entuzjazm, które powodują, że słucha się go z wypiekami na twarzy. Nie ma tutaj ani jednego słabego punktu. Czy to będzie hymniczny „Legions of Metal”, tajemniczy i niepokojący „The Heretic”, fantastyczny „From the Ashes', energiczny, przepełniony zajebistą energią „Fired up”, który brzmi jak połączenie dwóch numerów Manilli („Road of Kings” i „Feeling Free Again”). Oprócz tego wspomniany już wcześniej „Nightrider” oraz zostawione na sam koniec, prawdziwie epickie monstrum czyli trwający 13 minut „Montezuma”. Muszę przyznać, że ta płyta zrobiła niemałe spustoszenie w mojej głowie. Kapel grających heavy na bardzo wysokim poziomie pojawiło się w ostatnim czasie naprawdę sporo i to mnie niezmiernie cieszy. Jednak żadna z nich nie gra w taki sposób jak Iron Kingdom co tylko świadczy na korzyść Kanadyjczyków. Dobra, pora wrócić do słuchania „Curse of the Voodoo Queen” co Wam również radzę uczynić.

5,2/6

czwartek, 17 października 2013

Lonewolf - The Fourth and Final Horseman (2013)

Bardzo szybko, bo w niewiele ponad rok uwinęli się panowie z Lonewolf z nowym materiałem. Dopiero co zasłuchiwałem się w „Army of the Damned”, a już w moje łapy wpadł kolejny krążek. „The Fourth and Final Horsemen” jest ich drugim albumem wydanym w barwach Napalm rec. Jeśli chodzi o zawartość muzyczną to jest taka jakiej każdy się spodziewał. Heavy Metal wzorowany na najlepszych niemieckich wzorcach z naciskiem na Running Wild i z charakterystycznym gardłowym, niskim głosem Jensa. Pewnym novum jest większa ilość spokojniejszych fragmentów, w których słychać spokojną gitarę prowadzącą i wyraźnie grający bas jak choćby w „The Poison of Mankind” co bardzo przypomina Iron Maiden. Prawdopodobnie jest to sprawka Alexa, ale tego to już dowiemy się z wywiadu. Nie brakuje jak zwykle hitów, którymi jest wypełniona druga część płyty. „Another Star Means Another Death” zaskakuje spokojnymi zwrotkami, w których Jens śpiewa na tle perkusji i nie przesterowanych gitar. Jednak podniosły refren to już klasyczny Lonewolf. Podobnie zresztą jak następujący po nim mój faworyt „Dragonriders”, który zaczyna się od genialnego riffu. Ten numer traktujący o wikingach jest zdecydowanie jednym z najjaśniejszych punktów tego wydawnictwa i chyba oczywistym kandydatem do nowej setlisty podczas najbliższych koncertów. Kolejnym świetnym kawałkiem jest „Guardian Angel”oparty na melancholijnej melodii i zagrany w wolniejszym tempie. Piękny utwór i ciary na plecach. Wyróżnić można jeszcze kolejny hymn zespołu, a mianowicie „The Brotherhood of Wolves” zagrany w klasycznym dla nich stylu, czyli marszowe zwrotki i podniosły refren. Na koniec mamy jeszcze najdłuższy na płycie prawie 8-minutowy „Destiny”, który jest fantastycznym zakończeniem tej udanej płyty. Utwory, których nie wymieniłem również trzymają fason i poniżej pewnego dobrego poziomu nie schodzą. Niestety jedna rzecz mi tutaj nie do końca pasuje. Jest to słabe jak dla mnie brzmienie gitar. Solówki brzmią dobrze, bardzo przestrzennie, niestety podczas riffów czy kostkowania brzmi to płasko i bez mocy. Gdyby dać na wiosła więcej pierdolnięcia to podejrzewam, że ta płyta mogłaby mordować. Pomimo tego trzeba przyznać, że Lonewolf nagrał kolejny bardzo dobry krążek. Nie jest to może tak wybitne dzieło jak „The Dark Crusade”, ale tak genialnych płyt nie nagrywa się za każdym razem. „The Fourth and Final Horseman” i tak należy traktować jako naprawdę mocną rzecz.


5/6

środa, 16 października 2013

Shadowkiller - Slaves of Egypt (2013)

Gdy otrzymałem ten materiał do recenzji nie miałem pojęcia co to może być za twór. Ciężko było znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tego zespołu. Z tego co udało mi się wygrzebać to jest to projekt założony przez dwóch muzyków thrashowego Hellhound, Joe Liszta (voc/git) oraz Gary'ego Neffa (dr). Rzut oka na wydawcę czyli Stormspell rec oraz na zajebistą okładkę utrzymaną w klimacie starożytnego Egiptu i już wiedziałem, że kichy nie będzie.Shadowkiller na swoim debiucie gra progresywny power metal będący wypadkową starego Fates Warning czy Savatage oraz Iced Earth, Metal Church i Iron Maiden. Płyta wymaga kilku przesłuchań, żeby zaskoczyła, więc nie zniechęcajcie się jeśli po pierwszym razie Wam nie podejdzie. Utwory są w większości długie, rozbudowane, ale na szczęście nie przekombinowane. Jest też sporo epickich momentów jak w bardzo dobrym numerze tytułowym, który jest przepełniony egipską atmosferą i przywołuje dalekie skojarzenia z „Powerslave”. Większość utworów jest raczej w średnich tempach, chociaż pojawiają się również przyspieszenia, Progresja objawia się przede wszystkim w konstrukcji utworów, power metal w dynamice i riffach natomiast epickość to ogólny klimat tego krążka. Poza tym, że jest to bardzo wyrównany materiał to jednak muszę wyróżnić jeden kawałek, a mianowicie „On These Seas", który już od paru tygodni nie chce opuścić mojej głowy. Kawał porządnego gitarowego grania, poprawne wokale i naprawdę nieźle napisane utwory. Można się do czegoś przypieprzyć? Ano można choćby do brzmienia, które mnie do końca nie przekonuje, szczególnie bębny brzmią trochę zbyt płytko. Jednak nie psuje to odbioru całości. Długość płyty (ponad godzina) też po paru przesłuchach zaczyna trochę przeszkadzać. Po prostu w pewnym momencie zacząłem odczuwać lekkie znużenie. Jest to zdecydowanie dobry debiut i na pewno będę bacznie obserwował przyszłe poczynania tych Amerykanów, Jeśli nie są Wam obce nazwy wymienione w tej recenzji (nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej) to powinniście się zainteresować Shadowkiller.


4,5/6