czwartek, 20 listopada 2014

Ambush - Krzewcie Metal!

Szweckie heavy metalowe podziemie zdaje się nie mieć dna. I bardzo dobrze, bo biorąc pod uwagę jakość muzyki jaką oferują kolejne grupy z tego kraju pozostaje się tylko z tego cieszyć. Kolejnym reprezentantem tej sceny jest pochodzący z Växjö Ambush. Ich debiut „Firestorm” nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia i jest na pewno co najmniej kilka(naście) lepszych młodych zespołów, ale i tak jest całkiem nieźle. Klasyczny heavy mocno zakorzeniony w pierwszej połowie lat '80 na pewno znajdzie swoich odbiorców. Zresztą widząc zaangażowanie muzyków i oddanie dla sprawy na kolejnym krążku może być już tylko lepiej. Przed wami wokalista Oskar Jacobsson.

HMP: Witam. Jak wrażenia po premierze „Firestorm”? Jesteście zadowoleni z przyjęcia płyty?
Oskar Jacobsson: Cześć! Nastroje są dobre, a my jesteśmy bardzo zadowoleni z odbioru naszego albumu. „Firestorm” zebrał dobre recenzje i wygląda na to, że coraz więcej metalheadów o nas wie. Nie mamy powodów, by nie ekscytować się tym, co nadejdzie w przyszłości.

Jesteście z niej w pełni zadowoleni? Zmienilibyście coś dzisiaj, gdybyście mieli taką możliwość?
Tak, jesteśmy w stu procentach zadowoleni z rezultatu. Włożyliśmy w ten album mnóstwo pracy i opłaciło się, nie zmienilibyśmy w nim ani jednej nuty. Najważniejszą rzeczą dla nas było zrobić ten album w jak najbardziej prymitywny i szczery sposób, a przede wszystkim nie chcieliśmy go „nadprodukować”. Oczywiście, zawsze uczysz się na swoich błędach w studiu, i zawsze jakiś błąd prześlizgnie się do miksu. Jednakże, sądzimy, że te małe błędy nadały utworom większej naturalności.

W jaki sposób powstają wasze utwory? Kto odpowiada za komponowanie?
Muzyka na “Firestorm” została oparta głównie na riffach napisanych przez gitarzystę Olofa i basistę Ludwiga. Jammowaliśmy na próbach przy kilku piwkach, każdy wychodził ze swoimi przemyśleniami i pomysłami. Ja dopasowywałem melodię wokali, Adam wziął w dłoń pałeczki i zza swojego zestawu perkusyjnego po prostu bębnił.

A kto odpowiada za teksty? Możecie o nich opowiedzieć w kilku słowach? Co przekazujedcie w swoich utworach?
Teksty na ten album zostały napisane przeze mnie, Olofa i Ludwiga. Są dla nas ważne i muszą się ściśle wiązać z obraną historią. W zasadzie chcemy pisać na tematy, które są ważne dla nas, rzeczy które mają związek z czystym heavy metalem. Od kiedy wspólnie interesujemy się historią militarną, niektóre nasze teksty zawierają także takie motywy.

Okładka zdobiąca „Firestorm” to stuprocentowo heavy metalowy obrazek. Czyj był pomysł i wykonanie?
Dzięki wielkie! W grudniu zeszłego roku Adam pokazał zespołowi niezwykły szkic loga Ambush ponad ciemnymi skałami i jeziorem ognia. Zgodziliśmy się, że użyjemy ten pomysł jako naszą okładkę. Później, zdecydowaliśmy się zlecić to niemieckiemu artyście Alexandrowi von Wieldingowi, by namalował to dla nas. Wydaję mi się, że wykonał kawał niezwykłej roboty.

Firestorm” ukazał się nakładem High Roller Records. W wersji winylowej. Czy wyjdzie również w innym formacie np. CD?
Właśnie pojawił się również na płycie CD, zachęcam do zapoznania się z nim!

Muzyka zawarta na waszym debiucie to klasyczny heavy metal zagrany w oldschoolowym duchu. Nie boicie się, że wzorując się tak bardzo na klasykach gatunku możecie zatracić własną tożsamość? Czy może jednak macie to w dupie i nie przejmujecie się tym?
Gramy muzykę, którą kochamy – klasyczny, tradycyjny heavy metal. Od kiedy inspirujemy się wieloma zespołami z gatunku, nasze pisanie zawiera naleciałości tych grup. Chcieliśmy zawrzeć w nich korzenie wczesnych lat 80-tych i tworzyć kopiące w tyłek numery, które będą pasować do gatunku. Ambush stoi na straży integralności i tożsamości, ale wszystko co się liczy to nasi fani, którzy wiedzą, że robimy to z serca i z wnętrza naszych dusz, że kochamy także naszą własną muzykę.

W jaki sposób zamierzacie promować „Firestorm”? Jesteście zadowoleni z wytwórni i z tego co dla was robią
Firestorm” jest promowane przez High Roller Records, a my jesteśmy zadowoleni z ich pracy. Są profesjonalistami i dbają o każdy element. Według mnie to jest to jedna z najlepszych wytwórni heavy metalowych.

Nagraliście klip do utworu „Don't Shoot (Let 'em Burn)” i chyba był to słuszny wybór, bo kawałek rozpieprza. Możecie coś więcej powiedzieć na temat tego teledysku?
Tak, cześciowo nagrywaliśmy ją w starej salce prób, a częściowo w naszym lokalnym pubie w Växjö. Właściwie zdecydowaliśmy się na filmowanie i produkcję teledysku samodzielnie na kamerze 8mm i zrobić wideo zawierające dużo imprezowania i headbangingu. Adam jest bestią kiedy przychodzi wykonywać tę sztukę, więc pozwoliliśmy mu aranżować i grać w klipie. Nagrywanie tego teledysku było dość spontaniczne. (śmiech)

Oglądając go można odnieść pewnie słuszne wrażenie, że w czasie waszych wyjazdów dzieje się całkiem sporo. Sa może jakieś historie, których nie chcecie nikomu opowiadać, ale dla Heavy Metal Pages zrobicie wyjątek (śmiech)?
Cóż, zazwyczaj jesteśmy miłymi gośćmi, którzy lubią wypić, ale czasami dzieją się popieprzone rzeczy, kiedy zbyt ostro zabalujemy. Adam i Ludwig po gigu w Gothenburgu tej wiosny wdali się na przykład w bitkę z kilkoma upośledzonymi gostkami z ochrony. Ten mały incydent był powodem ich wycieczki policyjnym radiowozem, co było wręcz idiotyczne. Na szczęście, tej samej nocy zostali wypuszczeni.

Jak wygląda sprawa koncertów? Często gracie? Planujecie jakąś trasę? Z kim dzieliliście dotąd scenę?
Zamierzamy grać w Europie w listopadzie. Zmierzamy do Niemiec, Szwajcarii i Austrii. W Dornbirn w Austrii zagramy razem z naszymi ziomkami z Enforcer. Zamierzamy też zagrać kilka koncertów w Szwecji w październiku, listopadzie i grudniu. Tej wiosny mamy już też zabookowane kilka koncertów na festiwalach w Niemczech i Belgii, ale wciąż może być ich więcej…Właśnie podpisaliśmy kontrakt z agencją bookingową, więc na pewno będzie duża trasa na wiosnę, lato przyszłego roku.

Jaka by była wasza wymarzona trasa? Możecie użyć wariantu bardziej realnego i tego troszkę mniej (śmiech).
Ok, realistyczna wersja na najbliższą trasę po Eurooie obejmowałaby większość krajów, takich jak Niemcy, Hiszpania, Włochy i oczywiście Polskę! W przyszłości chciałbym pojechać w dużą trasę po Południowej Ameryce. Wiemy, że jest tam sporo maniaków w Chile, Brazylii, Argentynie i Kolumbii, którzy lubią naszą muzykę, więc nie byłoby to takie całkiem niemożliwe. Szaleni metalheadzi, dużo piwa i przyjemna, ciepła pogoda, czego więcej można chcieć?

Jak w ogóle doszło do powstania Ambush? Co Was zainspirowało do tworzenia muzyki?
Pomysł narodził się pewnej nocy dwa lata temu, kiedy piliśmy piwo i słuchaliśmy razem oldschoolowego heavy metalu. Doszliśmy do wniosku, że współczesna muzyka metalowa zmierza w złym kierunku i zdecydowaliśmy się coś z tym zrobić. Wszystko czego pragnęliśmy, to grać wczesny heavy metal z lat 80-tych i wszystko poszło dość naturalnie.

Jak wyobrażacie sobie przyszłość Ambush? Macie już zaplanowane kolejne ruchy czy idziecie na żywioł?
Obecnie piszemy materiał na kolejny album i mogę powiedzieć, że mamy już kilka naprawdę niezłych numerów. W przyszłym roku, dokończymy nasze plany na wiosenno-letnią trasę i przygotujemy się do spalenia gum na europejskich drogach.

Macie już może jakieś nowe numery? W jakim kierunku zamierzacie pójść na kolejnym krążku?
Tak, kilka mamy już skończonych, ale będzie ich jeszcze więcej. Jeden numer jest o powstaniu chłopów przeciwko królowi Szwecji, które miało miejsce w naszym mieście w 1542 roku. Jak zawsze, będzie to czysty heavy metal!

Na koniec spróbujcie jak najlepiej zareklamować swój debiut polskim maniakom.
Zachęcam was do posłuchania naszego albumu “Firestorm”, koniecznie przy kilku dobrych polskich browarkach, takich jak Żubr, Lech czy Żywiec!

Chyba trzeba Was będzie doedukwać w kwestii dobrych polskich browarków przy najbliższej okazji (śmiech). To już wszystko z mojej strony. Dzięki za wywiad.
Dzięki wielkie za poświęcony nam czas. Mamy nadzieję, że uda nam się odwiedzić wasz piękny kraj już wkrótce! A do tego czasu – Krzewcie Metal!

piątek, 14 listopada 2014

Satan's Host - Niesiemy pochodnię i zabieramy metal w przyszłość!



Zupełnie nieoczekiwanie najnowszy krążek Satan's Host zatytułowany „Virgin Sails” stał się w moim prywatnym rankingu (podejrzewam, że nie tylko w moim) jednym z najlepszych albumów w 2013 roku. Znakomite połączenie death/blackowej brutalności z heavy metalem i przepotężnymi wokalami Harry'ego Conklin'a po prostu niszczy. Ci faceci są przekonani o sile swojej muzyki i niesamowicie zmotywowani do podbicia sceny. Czytając ich wypowiedzi i widząc tę determinację i pewność siebie mam wrażenie, że może im się ta sztuka udać. Zdecydowanie na to zasługują, bo Satan's Host to kwintesencja metalu.

HMP: Gratuluję znakomitej płyty. Moim zdaniem „Virgin Sails” przebija poprzednika. Też uważacie tak samo?
Patrick Evil: Dzięki! Zawsze staramy się rozwijać i iść do przodu na każdym wydawnictwie. W każdy album wkładamy całe nasze serce i duszę.
Harry Conklin: Nie patrzymy na niego w taki sposób. Dajemy z siebie wszystko na każdym projekcie i to co nam wychodzi jest zawsze udane. Nie próbujemy pobić tego co zrobiliśmy w przeszłości. Po prostu dalej robimy najlepszą możliwą muzykę pochodzącą z naszych serc i dusz.
Anthony Lopez: Dla mnie “Virgin Sails” jest po prostu kontynuacją “By The Hands Of The Devil”. Przy każdym wydawnictwie staramy się dojrzewać muzycznie i tekstowo. Myślę, że nasz rozwój jest dobrze pokazany na „Virgin Sails”.

Jak długo powstawał materiał na ten krążek?
Patrick Evil: Ciężko mi powiedzieć ile czasu zajmuje tworzenie, bo ja tworzę cały czas. Ogólnie zajęło nam od trzech do czterech miesięcy, żeby poskładać wszystkie piosenki i nagrać je.
Harry Conklin: Od początku do końca, to będą jakieś trzy miesiące. Tworzenie jest dobrą zabawą. Możemy zrobić coś z niczego i tchnąć w to życie. Wszystko zaczyna się od gitarowego riffu i rozrasta się. Wszyscy współpracujemy przy pisaniu tekstów i czasami linii melodycznych. Kiedy jesteśmy zadowoleni z rezultatu, staje się częścią nas od nas.
Anthony Lopez: Album został napisany w całości na początku roku 2012, nagraliśmy wszystko w maju i mieliśmy go wydać pod koniec roku 2012. Nasza wytwórnia wsparła nas finansowo, a album został wydany około 1,5 roku temu.

Czy udało Wam się spełnić wszystkie założenia czy też jest coś co chcielibyście poprawić?
Patrick Evil: Jestem pewny, że ostatecznie mógłbym pomyśleć, że powinniśmy zrobić to, albo tamto. Jednak w tej chwili czuję, że uchwyciliśmy klimat i wizję tego albumu i przełożyliśmy je na muzykę dla naszych fanów. Za każdym razem, kiedy nagrywamy, czuję, że robimy duży krok naprzód. Stale dorastamy i uczymy się jako zespół. Posiadanie Harry’ego w zespole pomogło nam rozwinąć się w zawrotnym tempie. Każdy daje z siebie to co najlepsze, czysta magia.
Harry Conklin: Zawsze się uczymy. Nie chcemy popaść w stagnację. Musimy się rozwijać.
Anthony Lopez: Cóż, kiedy wytwórnia była gotowa wydać album, nasz producent nie miał czasu, żeby przyjść i dokończyć album, więc nie mogliśmy brać udziału w ostatecznym miksowaniu. Myślę, że właśnie tutaj jest kilka aspektów albumu, które mogłyby być lepsze, gdybyśmy byli częścią procesu. Na szczęście nasz producent dobrze nas zna i był w stanie dokończyć ze świetnym efektem.

Brzmienie krążka jest selektywne i jednocześnie dynamiczne i bardzo mocne. Kto jest za nie odpowiedzialny?
Patrick Evil: Myślę, że to my jesteśmy odpowiedzialni za brzmienie. Kiedy występujemy jako zespół, nasz producent, Dave Otero, robi wspaniałą robotę uchwytując nas w procesie nagrywania, ale wiem, że możemy być jeszcze lepsi, bo kiedy gramy razem nie mieści mi się w głowie jak dobrze to brzmi i czuję, że na każdym albumie udaje nam się coraz lepiej oddać ten klimat.
Harry Conklin: Pat tworzy główną część większości materiału, a Anthony i ja pomagamy mu stać się czymś prawdziwym. Czasami Anthony ma w głowie utwór, a ja i Pat musimy ją stamtąd wyciągnąć. Rzadko uczestniczę w końcowej fazie komponowania, bo nie chcę oddalać się od wyrazistego brzmienia dodając coś od siebie. Jednak czasami mam swój wkład w niektóre teksty, melodie wokalu i fabułę.
Anthony Lopez: Dave Otero wyprodukował siedem naszych ostatnich albumów.

W jaki sposób powstaje muzyka Satan's Host? Pracujecie zespołowo czy jest to raczej działka Patricka?
Anthony Lopez: Patrick wpada na główne riffy i strukturę piosenek, ale później wszyscy razem dokańczamy ją muzycznie i tekstowo.
Patrick Evil: Myślę, że muzyka i riffy rodzą się z wizji, jaką ma każdy z nas. Ja zawsze zajmuję się riffami. Harry ma swój styl śpiewania, więc wzajemnie się dokarmiamy. Anthony trzyma nas w gotowości, pomaga dopiąć muzykę i połączyć ją, żeby bezproblemowo płynęła.

Skąd Patrick ma gitarę w kształcie trumny? Była robiona na specjalne zamówienie?
Patrick Evil: Jestem wspierany przez Schecter Guitars. To była pierwsza gitara w kształcie trumny. Była drugą wyprodukowaną sztuką, ale w związku z tym, że była pierwsza, nadaliśmy jej numer seryjny 666, żeby dodać jej diabelskiego zacięcia. Gitara ma siedem strun, niesamowite czucie i brzmienie!
Anthony Lopez: Chyba wyprodukował ją po raz pierwszy Schecter. Nie jestem pewny jaka stoi za tym historia.

W sieci pojawiło się oficjalne video do utworu „Dichotomy”. Kto jest jego autorem?
Patrick Evil: Prawdziwą siłą napędową do tego był Anthony z fanem. To zaszczyt, ze zrobili to dla nas.
Anthony Lopez: Michael Heinz z Obscure Prodution w Niemczech zrobił dla nas klip. Wykonał zabójczą robotę i jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu i współpracy z Heinzem.

Ten numer różni się trochę od reszty. Słychać spore naleciałości wczesnych lat 70-tych. Takie mieliście założenie czy może wyszło to przez przypadek?
Patrick Evil: Riffy w tej kompozycji zawsze grałem w domu, bez dynamiki i aranżacji. Przedstawiłem je więc zespołowi i zagrane z nimi zabrzmiały niesamowicie. Uwielbiam ten styl grania na gitarze z wczesnych lat metalu i rocka. Tak nauczyłem się grać na gitarze.
Anthony Lopez: Patrick bardzo inspiruje się wczesnymi Scorpionsami i Deep Purple. Kawałek ma w pewnym sensie klimat wczesnych lat 70-tych oraz trochę wpływów bluesowych. Specjalnie stworzył takie riffy.

Można powiedzieć, że Satan's Host posiada swój własny styl, na który składa się idealnie wyważone połączenia black/death metalu z heavy metalem. Chyba nie ma drugiego zespołu, któremu udaje się to tak perfekcyjnie. Co wy o tym sądzicie?
Patrick Evil: Myślę, że to co sprawia, że zespół jest świetny, to umiejętność zdefiniowania własnego brzmienia w kompozycjach, które piszesz i grasz. To oddziela dobre zespoły od tych niesamowitych. Kochamy słuchać Judas Priest, Maiden, Metallici. Wiesz kim są jak tylko zacznie się ich utwór. Myślę, że my robimy to samo.
Anthony Lopez: Patrick stworzył kluczowe brzmienie Satan’s Host bardzo wcześnie. Byliśmy w stanie zagrać każdy gatunek metalu i sprawić, żeby brzmiał w naszym stylu. Nie ma tak naprawdę znaczenia co produkujemy, będzie i tak brzmiało świeżo i nadal będzie miało to typowe brzmienie.

Jak dla mnie „Virgin Sails” jest jednym z lepszych albumów 2013r. i z tego co zauważyłem nie tylko dla mnie. Jakie są reakcje sceny na ten krążek?
Patrick Evil: To bardzo przyjemne, że wszystkie gazety i fani są tak zadowoleni. Jesteśmy z tego dumni i zmotywowani do bycia lepszymi, żeby wnieść naszą muzykę na szczyt. Żyjemy naszą muzyką i twórczością jako fani metalu. Jestem bardzo szczęśliwi, że inni czują to samo co my.
Anthony Lopez: Dostaliśmy same świetne recenzje i ogólny odbiór albumu. Pracujemy ciężko, żeby wyprodukować wysokiej jakości muzykę metalową i widać to we wszystkich dobrych opiniach jakie dostajemy za album.

Pod koniec 2011 roku ukazała się kompilacja "Celebration: For the Love of Satan” zawierająca dwa nowe otwory i dziesięć wybranych z waszej dyskografii nagranych na nowo. Jaki był cel tego wydawnictwa? Według jakiego klucza dobieraliście utwory?
Patrick Evil: Cóż, chcieliśmy świętować naszą 25 rocznicę przez wymyślenie i nagranie na nowo piosenek z wszystkich naszych albumów, żeby Harry śpiewał na utworach z naszej przeszłości bez niego. Ciężko było wybrać numery, po prostu było za mało miejsca na tym albumie. Prawdopodobnie zrobimy to ponownie na naszą 30 rocznicę. Myślę, że to dobra nagroda dla nas i naszych fanów.
Anthony Lopez: Chcąc uczcić 25 rocznicę wydania kultowego klasyka, “Metal from Hell” i zamiast zrobić składankę największych hitów i użyc dawnych nagrań pomyśleliśmy, że byłoby lepiej nagrać na nowo kilka klasyków z poprzednich lat, udoskonalić je śpiewem Harry’ego i sprawić, żeby to brzmiało jak nowe nagranie, bo jedynymi utworami jakie Harry śpiewał w oryginale były "Metal from Hell", "Hell Fire" i "Witches Return", wszystkie poprzednie były śpiewane przez naszego poprzedniego wokalistę. Wspaniale było widzieć jak Harry zabiera się za te piosenki. Wybrane utwory należą do naszych ulubionych lub takich, które podkreśliłby głos Harry’ego. Nie było trudno zdać sobie sprawę jakie piosenki powinniśmy nagrać. Teraz mamy kolejne, za które chcielibyśmy się zabrać, ale ze względu na brak czasu nie mogliśmy ich skończyć.

Jak doszło do powrotu Harry'ego do Satan's Host po wielu latach?
Patrick Evil: Myślę, że była to magia , czas był odpowiedni. Mieliśmy jechać na festiwal Keep it True, a Elixir opuścił zespół w tym samym czasie, przez te wszystkie lata utrzymywaliśmy kontakt z Harrym. Wydawało się być dobrym pomysłem rozpocząć znowu pracę z Harrym. Mieliśmy razem sporo niedokończonych spraw, a kiedy zaczęliśmy razem tworzyć, wiedzieliśmy, że dzieje się coś szczególnego. To było jak boska interwencja. Magia i energia były z nami. Było wspaniale, nawet lepiej niż wtedy, kiedy zaczynaliśmy ze sobą pracować wiele lat temu.
Harry Conklin: Zaproszono mnie, żebym zagrał na festiwalu w Niemczech dla wielu greckich fanów ery “Metal from Hell”. Chcieliśmy dać im coś specjalnego i nowego, więc zaczęliśmy pisać i tak się zaczęło. Teraz minęło prawie pięć lat i cztery albumy i zaczynamy tworzyć prawdziwą magię.
Anthony Lopez: Patrick i Harry pozostali przyjaciółmi przez te lata. Kiedy nasz ostatni wokalista opuścił zespół, bez namysłu poprosiliśmy Harry’ego o powrót. Dodatkowo mieliśmy ofertę zagrania na festiwalu KIT. Wszystko do siebie pasowało. Później stworzyliśmy „By the Hands of the Devil” i dalej jakoś poszło.

Czy podczas koncertów wykonujecie utwory tylko z płyt z Harrym czy też gracie coś z czasów gdy nie było go w składzie?
Patrick Evil: Gramy utwory, które kochamy, Czasami trudno jest ułożyć set listę. Kiedy coś już mamy, stwierdzamy: „Oh, zapomnieliśmy tego, czy tamtego utworu”. Mamy więc tyle set list, że możemy ruszyć w trasę i mieszać różne piosenki co noc, a nawet wtedy możemy wykonać nowy, ulepszony numer, żeby zobaczyć jak się przyjmie i zorientować się w jakim kierunku powinniśmy iść w trakcie jego nagrywania.
Anthony Lopez: Cóż, gramy wszystkie utwory z “Celebration”, w których oryginalnie Harry się nie pojawia, plus kilka utworów z „Power-Purity-Perfection…999", ale oprócz nich innych albumów jeszcze nie przejrzeliśmy, ale mamy taki zamiar. Obecnie, w krótkim czasie mamy dużo zgłoszeń o Harry’ego od albumów „Metal From Hell” i „Midnight Wind” oraz trzech, które nagraliśmy od jego powrotu. To będzie jakieś pięć godzin materiału, nie licząc jeszcze około godziny poświęconej dla nowego materiału, który znajduje się na „Virgin Sails”.

Pozostając w temacie koncertów to zauważyłem, że nieczęsto występujecie na żywo. Czemu tak się dzieje?
Patrick Evil: Podróżowanie jest bardzo kosztowne, więc robimy to, co robimy. Gdyby od nas to zależało, płacilibyśmy i gralibyśmy stale. Robimy wszystko co w naszej mocy, żeby tak się stało. Przemysł nie jest taki jak kiedyś, więc dużo trudniej jest się teraz wybić. Dajemy więc z siebie wszystko i ciągle tworzymy, bo wiemy, że wkrótce przestaną nam odmawiać, a ludzie będą żądać naszych koncertów. To już się dzieje. Wielu ludzi z przemysłu postrzega nas jako undergroundowy kultowy zespół metalowy. My myślimy o sobie jako o trend setterach na czele ruchu metalowego, którzy zabierają tą muzykę w rejony, gdzie inni się nie zapuścili. Niesiemy pochodnię za Dio, Sabbath i zabieramy metal w przyszłość!
Harry Conklin: Jeżeli chodzi o koncerty metalowe, to przemysł jest teraz bardzo napięty. Zespoły muszą robić większość rzeczy samemu. Ciężko jest nam stworzyć wystarczająco dużą trasę, która sama by na siebie zarobiła.
Anthony Lopez: Uwielbiamy grać na żywo i chcemy dawać jak najwięcej koncertów. Próbowaliśmy dostać się na różne trasy, festiwale i innego typu występów, ale wielu promotorów nie jest zainteresowanych, a my nie wiemy dlaczego. Próbujemy się wybić, otrzymujemy świetne recenzje naszych albumów na całym świecie, ale nikt nie chce dać nam szansy. Jesteśmy gotowi, mamy swój towar i nie zawiedziemy. Mamy fanów na całym świecie, którzy piszą do nas stale, a jedyne co możemy zrobić to powiedzieć im, żeby domagali się nas od swoich lokalnych promotorów. Satan’s Host chce grać dla was wszystkich!!!

W tym roku będzie można zobaczyć was na „Up the Hammers” w Grecji. Planujecie jeszcze jakieś występy w Europie?
Patrick Evil: Tak, planujemy zrobić wszystko co możemy. Naszym celem jest, niezależnie od tego gdzie gramy, żeby pokazać miłość do muzyki naszym fanom, tak żeby chcieli coraz więcej. Kochamy metal tak samo jak oni.
Harry Conklin: Jesteśmy gotowi wykorzystać każdą okazję, jaka się pojawi.
Anthony Lopez: Mam nadzieję, że pojawi się więcej możliwości. Europejscy promotorzy powinni skorzystać z naszej podróży i trzymać nas w pobliżu, dać nam zagrać jak najwięcej koncertów. Jesteśmy na to całkowicie otwarci.

Jaka publika uderza na wasze gigi? Czy są to fani gustujący w bardziej klasycznym metalu czy też może bardziej black/death metalowcy? A może i jedni i drudzy?
Patrick Evil: Myślę, że mamy fanów na całym świecie. Kiedy gramy, fani są tak energetyczni, że gramy jeszcze mocniej i lepiej.
Anthony Lopez: Powiedziałbym, że to dobra mieszanka wszystkich typów fanów metalu. Mamy coś dla każdego, kto kocha muzykę metalową, niezależnie od gatunku. Nie ma wielu zespołów, które mogą przekonać do swojego stylu tradycyjny heavy metal, black i death.

Przyznam się szczerze, że nie słyszałem płyt Satan's Host bez Harry'ego. Jak wtedy brzmieliście? To był ten sam styl?
Patrick Evil: Myślę, że zawsze graliśmy w takim samym klimacie. Chyba nawet jeżeli mieliśmy bardziej death i black metalowe wokale, to myślę, że mając Harry’ego w zespole, nasza muzyka jest bardziej uderzająca. Jak możecie usłyszeć na „Celebration”, to właśnie nasz prawdziwy zespół.
Anthony Lopez: Muzycznie było prawie tak samo. Nasz ostatni wokalista nie miał tak czystego głosu jak Harry, ale był świetny w black/death metalu. Ostatni album jaki z nim zrobiliśmy był bardzo dobrze przyjęty i zgarnął wspaniałe recenzje na całym świecie. Jednak myślę, że był to jeden z najbardziej niedocenianych metalowych albumów i mówię to, jako fan metalu, a nie jako jeden z tych, którzy grali na albumie.

Jak mają się sprawy Harry'ego w Jag Panzer i Titan Force? Co słychać w tych grupach? Jest tworzony jakiś nowy materiał czy też ograniczają się na razie tylko do grania na żywo?
Patrick Evil: Cóż, Harry stwierdził, że jesteśmy jego jedynym zespołem, a daje z nimi kilka koncertów ze względu na sentyment do fanów. Te zespoły są dużą częścią historii i są świetne, więc nie wpływa to na nas, bo kochamy Harry’ego i pracę z nim. Jest jednym z najlepszym wokalistów na świecie. To tylko pomaga rozpowszechnić i rosnąć naszej grupie im więcej ludzi słyszy Harry’ego i słyszy, że jest z Satan’s Host.

Harry wystąpił ostatnio gościnnie na nowej produkcji polskiego Crystal Viper. Słyszeliście ten album? Co sądzicie na temat tego zespołu?
Patrick Evil: Nie wszyscy z nas działają tylko w Satans Host. Ćwiczymy i piszemy cały czas. Nawet Harry większość swojego czasu poświęca Satans Host. Nie ma nic złego w braniu udziału w innych projektach, bo ostatecznie będziemy ciągnąć Satans Host do granic. Wszystko to jest częścią tego, kim jesteśmy i całej tej świetnej muzyki, jaką zrobiliśmy. Jesteśmy jedną świetną metalową zbiorowością z większą historią niż kiedykolwiek moglibyśmy sobie wyobrazić wiele lat temu, kiedy zaczynaliśmy.

Wasza strona liryczna jest mocna anty-chrześcijańska i satanistyczna. Kto u was odpowiada za teksty i co go inspiruje?
Patrick Evil: Myślę, że po tak wielu latach, wszystkie inne religie wydają się być nam odległe, bo żyjemy własnym życiem w ten sposób. Fajnie jest inspirować innych, tym co robimy. Jeżeli zostałeś wychowany w jakiś sposób, albo żyjesz w określony sposób twoja muzyka będzie odzwierciedlała twoje wierzenia i to, kim jesteś. Żyjemy własnym życiem z dumą i robimy co możemy, żeby być dla innych inspiracją. Nie jest tak, że nienawidzimy wyznań innych ludzi. Staramy się otworzyć umysł i ujawnić rzeczy, o których inni mogli w ogóle nie wiedzieć.
Anthony Lopez: Ja, Patryk i Harry piszemy razem. Niektórzy z nas biorą udział w całym procesie tworzenia. W zasadzie nasza trójka jest odpowiedzialne za stronę liryczną. W zależności od tematyki utworu i skąd pochodzi inspiracja, zawartość tekstowa jest poważniejsza od „By the End of the Devil”. Czuliśmy, że mamy więcej do powiedzenia, więcej życiowych tematów i rzeczy dziejących się w tym skorumpowanym świecie, jest wiele rzeczy, które nas inspirują. Lubię umieścić trzy-cztery różne punkty widzenia w moich tekstach. Lubię, kiedy słuchacz musi myśleć poza „pudełkiem” i szukać odpowiedzi. Przez całe życie byliśmy okłamywani przez rządy i religie. Myślę, że wielu ludzi nigdy tak naprawdę nie zastanawia się, dlaczego rzeczy wyglądają w taki, a nie inny sposób i po prostu ślepo podążają za obyczajami i wiarą w system, który niszczy ludzkość.

Spotkały was kiedyś z tego tytułu jakieś nieprzyjemności ze strony pewnych religijnych organizacji? Jakieś akcje typu odwoływanie koncertów etc.?
Patrick Evil: Tak, oczywiście, ponieważ Ameryka jest głównie wyznania chrześcijańskiego, a ci ludzie mają najbardziej ograniczone myślenie z jakim się jak dotąd spotkałem. Zostałem wychowany w wierze okultystycznej, więc te wierzenia nie mają powiązania z moim. Studiowałem ich religię, ale oni nigdy nie uczyli się o mojej. Mówią kłamstwa na nasz temat.
Anthony Lopez: Niektóre grupy religijne w Puerto Rico próbowały nakłonić fanów do bojkotu naszego koncertu w tamtym kraju. Powiedzieli, że przyjdą i będą protestować przed koncertem. Ostatecznie przestraszyli się i nie pokazali się, ale dla nas to była świetna reklama.

Pozostając przy inspiracjach. Co Was inspirowało w początkach kariery, a co dzisiaj? Jakie zespoły wywarły na Was największy wpływ?
Patrick Evil: Myślę, że największy wpływ na mnie miało na początku i nawet teraz było to, jak zniekształcony dźwięk gitary elektrycznej przechodzi przez 100-tu watowy wzmacniacz, wszyscy świetni ludzie grający ciężką muzykę oraz moc i głośność muzyki. Właśnie dzięki kocham muzykę i nadal mnie napędza!
Anthony Lopez: Byłem wielkim fanem Iron Maiden, Kiss, Mercyful Fate/King Diamond od ich początków. Słucham dużo różnej muzyki, również oprócz metalu. Lubię dużo dziwnych rzeczy, ale taki po prostu jestem. Lubię uczyć się innych stylów i łączyć je z moim. Gram na perkusji od 7 roku życia, w bar bandach grałem mając 13 lat, dla mnie zawsze była to miłość i pasja. Żyję dla muzyki.

Dlaczego wasz drugi album zatytułowany „Midnight Wind” nigdy nie ujrzał światła dziennego? Co się stało z tymi utworami?
Patrick Evil: Nigdy nie mieliśmy wsparcia, żeby nagrać to jak chcieliśmy. Mieliśmy więcej piosenek, zagraliśmy i nagraliśmy to co mogliśmy. W tamtym czasie interesowały się nami różne wytwórnie, ale po prostu nie wyszło to tak, jak chcieliśmy.

Podobna sytuacja była w 2002 roku z albumem "Legions of the Fire Age". Jak to wyglądało w tym przypadku?
Patrick Evil: Tak, mieliśmy więcej niż wystarczająco materiału na ten album. Wyprodukowaliśmy go i nagraliśmy sami, ale wtedy zmieniliśmy skład zespołu i nigdy oficjalnie go nie wydaliśmy, tylko tak dla siebie. Później, niektóre z tych piosenek trafiły na „Burning the Born Again”.

"Virgin Sails” to już czwarty krążek wydany nakładem Moribund Records, więc chyba jesteście zadowoleni ze współpracy z nimi?
Patrick Evil: Właściwie to nasze siódme wydawnictwo w Moribund. Zaczynając od „Burning the Born Again”, „Satanic Grimoire”, “Great American Scapegoat”, “Power, Purity, Perfection”, “By the Hands Of The Devil”, “Celebration” do “Virgin Sails”. Wierzyli w nas, kiedy nikt inny tego nie robił, przez co w pewien sposób jesteśmy lojalni względem ich.
Anthony Lopez: Moribund było dla nas wspaniałe, ciężko nam wszystkim było w przemyśle, a oni nadal byli w stanie wydawać nasze albumy. „Virgin Sails” został opóźniony, ale udało się go wydać. Mamy świetną relację z Moribund.

Wersja winylowa ukazała się natomiast via High Roller Records. Możecie powiedzieć kilka słów na temat tego wydawnictwa? W jakiej ilości będzie dostępne?
Patrick Evil: Uwielbiam, kiedy nasze albumy są wydawane na winylu. High Roller zawsze wykonuje kawał świetnej roboty. To zaszczyt, że możemy z nimi pracować. Przy każdym naszym wydawnictwie wykonują świetną pracę!
Anthony Lopez: Album na winylu wyszedł 31 października przez High Roller. Nie wiem co mógłbym powiedzieć więcej, oprócz tego, że jest na winylu. High Roller produkuje świetne rzeczy.

Za oprawę graficzną waszej płyty już po raz piąty odpowiada słynny Joe Petagno. Jak doszło do Waszej współpracy? Mówiliście mu czego mniej więcej oczekujecie czy też zostawiliście mu wolną rękę?
Patrick Evil: To wspaniałe, że Joe robi dla nas okładki. Od kiedy skontaktowaliśmy się z nim za pierwszym razem, żeby pracował z nami, zawsze potrafi uchwycić ogień, jaki mamy na okładkach, które dla nas maluje. Zazwyczaj rozmawiam z Joe, wysyłam mu surowe wersje utworów i teksty, żeby znał nasze pomysły. Zazwyczaj ma wiele pomysłów i wysyłam nam szkice, albo po prostu przedstawia nam koncepcję i rozwala nas. Uwielbiam z nim pracować, bo zawsze wie co potrzebujemy, czasem nawet jeżeli mu tego nie powiemy.
Anthony Lopez: Mamy świetną relację z Joe. Zwykle podsuwamy mu nasze wczesne pomysły na to, co chcemy mieć na albumie, a on je rozwija i za każdym razem rozwala nas ostateczną wersją okładki. Jest wielkim fanem muzyki i lubi z nami pracować.

Jaka przyszłość jest przed Satan's Host? Jakie cele stawiacie przed sobą?
Patrick Evil: Obecnie kończymy pisanie naszego nowego albumu i próbujemy grać jak najwięcej koncertów. Czuję, że jesteśmy blisko, żeby się przebić i stać się czołową nazwą w przemyśle i przejąć przewodnictwo w prawdziwym metalu na całym świecie.
Anthony Lopez: Obecnie kończymy sesje tworzenia na kolejny album i przygotowujemy się do wejścia do studia latem. Jesteśmy chętni do grania i bycia wszędzie, więc staramy się mieć jak najwięcej możliwości na trasę i koncerty.

To już wszystkie pytania z mojej strony. Ostatnie słowa dla polskich fanów?
Patrick Evil: Dziękujemy wszystkim naszym fanom i waszemu magazynowi za wsparcie. Będziemy dalej wypuszczać metal dla was wszystkich. Kupujcie nasze albumy. Zobaczcie nas na żywo. Pomóżcie doprowadzić nas do czołówki!
Anthony: Polskie Legiony rządzą!!! Dziękujemy za wsparcie! Mamy nadzieję, że wkrótce wszyscy się spotkamy!spotkamy!!!

czwartek, 30 października 2014

Starblind - Darkest Horrors (2014)

Ja, niżej podpisany będąc w pełni władz umysłowych oświadczam iż „Daekest Horrors” to jeden z najlepszych heavy metalowych debiutów ostatnich lat. Jestem w tym większym szoku, bo Starblind uderzyli od razu pełnym krążkiem pomijając przeróżne dema i epki. Tak więc praktycznie znikąd pojawił się ten genialny album i dokonał spustoszenia w mojej jaźni. Od 2-óch miesięcy słucham tego krążka i nie mogę przestać. Ten materiał jest niesamowicie uzależniający, ale jest to bardzo miły nałóg. Starbling gra błyskotliwy mariaż Iron Maiden z okresu od „Piece of Mind” do „Fear of the Dark” z Mercyful Fate/King Diamond. Zdecydowanie więcej jest w tych dźwiękach Brytyjczyków o czym możemy się przekonać już w pierwszym utworze „Ascendancy”. Te niesamowite duety i harmonie gitarowe kojarzą się tylko z jednym zespołem. W „At the Mountains of Madness” jeden motyw przywodzi mi na myśl „The Loneliness of the Long Distance Runner” natomiast fenomenalny „I Stand Alone” to numer na miarę „The Evil that Men Do”. Natomiast Kinga można wyczuć przede wszystkim w nastroju i niekiedy wokalach. Prawie każdy utwór jest hitem, więc płytę można zapętlić i słuchać w kółko. Dlaczego prawie? Otóż „The Great Hunt” zajeżdża trochę za bardzo amerykańskim komercyjnym metalem i nie bardzo pasuje do reszty. Pomimo tego i tak jest w porządku, a najlepsze w nim są niektóre fragmenty przypominające Virgin Steele. Poza klasycznymi heavy metalowymi killerami Starblind raczy nas też znakomitą pół-balladą „Crystal Tears”, a na sam koniec epickim, majestatycznym „Temple of Set”. I w taki oto sposób otrzymujemy najlepsze z możliwych zwieńczenie tego fantastycznego albumu. Masa cudownych klasycznych melodii, zajebiste, a co najważniejsze zapamiętywalne refreny, genialne harmonie gitarowe i sola. Czego chcieć więcej? Każdy fan żelaznej Dziewicy powinien zrobić wszystko co w jego mocy, żeby znaleźć ten materiał, bo boję się, że Harris i spółka mogą już nigdy nie nagrać czegoś w tym stylu. Na szczęście mają doskonałych następców.
5,8/6

Outrage - We the Dead (2014)

Jak to możliwe, że niemiecki Outrage nie funkcjonuje w większości metalowych umysłów i powolutku, dopiero od niedawna zaczyna budować swoją markę? Zespół powstał w 1983 roku i przez 5 lat działalności nagrał kilka taśm demo po czym popadł w niebyt. W 2004 roku doszło do reaktywacji i od tego czasu pojawiło się już 7 dużych płyt. Ostatnia z nich „We the Dead” wydana nakładem Metal on Metal records nie przynosi żadnych zmian w muzyce tego piekielnego kwartetu. W dalszym ciągu tłuką ekstremalnie oldschoolowy i poczerniały speed/thrash metal, w którym przebijają echa przede wszystkim ich ziomali z Sodom. Outrage gra w stylu przypominającym takie diabelskie pomioty jak „Obsessed by Cruelty” czy „Persecution Mania”. Nie ma tu żadnego kombinowania na siłę tylko bezpośrednia i wulgarna jazda na przodu. Posłuchajcie choćby miażdżącego piszczele „Death from Behind”, a zrozumiecie wszystko. Tutaj nawet wokalista ma podobną manierę do Angelrippera z tym jego charakterystycznym szwabskim akcentowaniem. Słychać też niekiedy ten klasyczny rockandrollowy drajw kojarzący się z Venom, a w wolniejszych fragmentach Celtic Frost. No i właśnie od takiego „Be That as it May” wieje celtyckim mrozem na kilometr. Na całe szczęście pomimo dobrego, utrzymanego w 21 wiecznych standardach brzmienia, materiał nie stracił nic ze swojej atmosfery. Podczas obcowania z tym krążkiem czuć ten specyficzny, zatęchły, piwniczny klimat i smród siarki. „We the Dead” to prawdziwy diament dla maniaków pamiętających czasy starego podziemia, bo czy są jacyś metalowcy nie wielbiący wymienionych tytanów czarnego metalu lat '80? Ciężko mi to sobie wyobrazić. Bardzo prawdziwa, szczera i zagrana z fanatycznym oddaniem płyta. Właśnie takie zespoły jak Outrage zasługuję na wsparcie, a nie przeróżne plastikowe pokemony chcące zostać gwiazdami rocka.
5/6

piątek, 24 października 2014

Ancient Empire – When Empires Fall (2014)


Jak na razie żaden cd z logiem Stormspell records mnie nie zawiódł i w przypadku debiutu Ancient Empire jest tak samo. Co to w ogóle za projekt? Otóż stworzył go nasz stary znajomy z Rocka Rollas i Shadowkiller, Joe Liszt, który obsługuje gitary, bas oraz oczywiście robi wokale. Do składu dobrał sobie ziomków ze swojej starej kapeli Hellhound, a więc bębniarza Steve'a Pelletiera oraz Richa Pelletiera odpowiadającego za teksty. Muzyka Ancient Empire to mówiąc w przybliżeniu tradycyjny heavy metal z dodatkiem amerykańskiego poweru bardzo mocno zakorzeniony w latach '80 czy początku '90. Tak, więc słychać tutaj tak oczywiste inspiracje jak Judas Priest czy Iced Earth oraz całe grono innych. Jednak zespół, dzięki przede wszystkim charakterystycznemu, utrzymanemu w średnich rejestrach wokalowi Liszta, posiada swój indywidualny sznyt. Co my tu jeszcze mamy? Mamy przede wszystkim dobre, chwytliwe choć niezbyt oryginalne riffy, trochę naprawdę niezłych melodii, ciemną i chwilami epicką atmosferę oraz nie najgorsze brzmienie. Jednak czasem mam wrażenie, że szczególnie, gdy zespół przyspiesza to trochę całość zaczyna się rozmywać i tracić na mocy. Tej energii właśnie niekiedy brakuje. Ogólnie jednak jest zdecydowanie git, a takie kawałki jak „Shadow of the Cross”, „In the Killing Fields” czy „Ancient Empire” naprawdę kopią tyłki. Daleki jestem od zachwytów co ponieniektórych recenzentów, ale z pewnością „When Empires Fall” to bardzo udany debiut, a Ancient Empire zapowiada się na konkretny band. Będę im się bacznie przyglądał.
4,5/6

czwartek, 16 października 2014

Satanika - Nightmare (2014)

Trzecia płyta włoskich black-thrashowców od pierwszego przesłuchania robi mi kurewsko dobrze. Dwa poprzednie krążki jakoś nie wzbudziły mojego większego zainteresowania, natomiast „Nightmare” rozpierdala od pierwszych sekund otwierającego „Electro-Shock”. Agresywny thrash metal z blackowym sznytem atakuje w sposób brutalny i bezpośredni nie dając chwili wytchnienia. Zanim człowiek złapie gardę to już leży na deskach, a tych czterech zwyrodnialców dobija go bez żadnego miłosierdzia. Słychać tutaj bogów lat '80 jak Slayer, Sodom, Kreator, ale też hordy z następnej dekady w rodzaju Bewitched czy Desaster. Czuć klimat starego metalu, ale w miarę dzisiejsze brzmienie dodaje jeszcze więcej mocy. Tutaj nie ma miejsca na instrumentalny onanizm. Satanika wypluwa z siebie ostre, klasyczne riffy, a rozpędzona sekcja z wyraźnymi podwójnymi stopami nadaje dynamiki. Muzycy kombinują z tempami i rytmem dzięki czemu nie grozi nam znudzenie. No i ten wokal Crisa Pervertora. Ten koleś wyrzyguje z siebie kolejne bluźniercze wersy z prawdziwym fanatyzmem. Przypomina mi Sataniaca ze wspomnianego już niemieckiego Desaster, który zresztą zaryczał gościnnie w numerze „The Black Queen”. Jak już jesteśmy przy gościach to jest ich na płycie całkiem sporo. Swoich wokali użyczyli Martin Missy(Protector) w „Steel Agressor”, Tony „Demolition Man” Dolan(Atomkraft, M-pire of Evil, ex-Venom) w „Deathwitch Possession”, Oscar Carlquist(Ram) w „The Mask of Satan”, Rowdy Mutze Piper(Delirium Tremens) w „Carnal Violence”, a gitara prowadząca w „Devil/s Reject” to zasługa Erica Danielsa(Soulburn, ex-Asphyx). Tak więc zebrała się na tym krążku całkiem niezła mieszanka co dodatkowo podnosi jego wartość. Klimatu dodają też wstawki z horrorów z lat 70/80, od których zaczyna się każdy kawałek. Można się oczywiście przypieprzyć, że trochę oklepane riffy, że mało solówek i, że ogólnie niezbyt oryginalnie, ale tak naprawdę gówno mnie to wszystko obchodzi. „Nightmare” jest zajebiście smakowitym, wchodzącym bez popity materiałem, w którym jest Diabeł, Piekło i 100% metalu w oparach z siarki i alkoholu. Krążek zdecydowanie dla maniaków undergroundu.
5/6

środa, 15 października 2014

Hazy Hamlet - Niech kuźnie metalu nadal rosną w siłę!

Brazylijscy true heavy metalowcy powrócili z nowym krążkiem po czterech latach od wydania debiutu. Trzeba przyznać, że jest to powrót z przytupem. “Full Throttle” jest albumem lepszym od i tak bardzo dobrego “Forging Metal”, a biorąc pod uwagę faky, że Hazy Hamlet wydaje się wychodzić na prostą i zostawiać wszystkie problemy za sobą to już niedługo może być o nich co raz głośniej. Tylko, że na to wpływ mają już przede wszystkim fani. Mam nadzieję, że dacie im szansę, bo naprawdę warto. Zapraszam na rozmowę z wokalistą zespołu Arthurem Migotto.

HMP: Witam. Co słychać w obozie Hazy Hamlet?
Arthur "Arttie" Migotto: Witajcie! Cudownie jest wrócić do czynnego grania po niemal trzech latach zawieszenia.

Wasz poprzedni krążek „Forging Metal” ukazał się w 2009 roku. Jak potoczyły się wasze losy po wydaniu tej płyty?
W tym czasie odebraliśmy mnóstwo zaproszeń od magazynów muzycznych do uczestniczenia na przykład w kompilacji “Monuments of Steel” dla polskiego magazynu HardRocker i przygotowywaliśmy też kawałek na trybut poświęcony WASP dla Remedy Records. Z końcem 2010 roku, z doskonałym odzewem, planowaliśmy kilka koncertów w ramach małej trasy, ale musiałem przeprowadzić się do innego miasta, prawie 500 kilometrów od reszty zespołu, co ostatecznie pokrzyżowało nam na jakiś czas wszystkie plany.

Mieliście przerwę w działalności również związaną z twoimi problemami zdrowotnymi. Słuchając płyty wydaje się, że masz je już za sobą. Jak wygląda sytuacja?
Przyczyną była właśnie ta nagła zmiana. Miasto, w którym obecnie mieszkam ma zupełnie inny klimat od tego, w którym żyłem dotychczas, złapała mnie nagle silna dysfonia(zaburzenie głosu, często w postaci chrypki- przyp.red.). Musieliśmy anulować całą działalność, bym mógł dojść do siebie, potrzebowałem na to roku i trzech lekarzy, którzy wyjaśnili mi w czym leży problem, a mianowicie w alergii. Rozpocząłem trzy letni okres leczenia immunologicznego, ale pech chciał, że mój lekarz w połowie tego leczenia umarł. Możliwość skomponowania nowego albumu stała się opcją do ponownego połączenia i odrodzenia Hazy Hamlet. Mój glos jednak nie odzyskał pełnego zdrowia i siły. Wszystko wskazywało na to, że to się nigdy nie stanie i nauczyłem się z tym żyć. Spędziłem mnóstwo czasu, by odzyskać dawną formę.

W ubiegłym roku powróciliście z nowym albumem „Full Throttle” i muszę przyznać, że jest zdecydowanie lepszy od debiutu. Jak jest wasze zdanie na ten temat? Jakie są największe różnice między tymi materiałami?
Cóż, bardzo mnie cieszy, że podoba ci się to, a różnice o których wspominasz są bardzo wyraźne. Po pierwsze, dokonaliśmy przemiany stylistycznej z power metalu do klasycznego heavy metalu, który bardziej pasuje obecnemu składowi grupy. Jeśli dobrze posłuchasz naszych demówek, zauważysz, że ta zmiana zaczęła się już krótko po „Forging Metal” i zakończyła się właśnie na „Full Throttle”. Po drugie, nasze kompozycje są dojrzalsze niż kiedyś i bardziej zadbaliśmy też o ich odpowiednie brzmienie.

Zdecydowanie poprawiliście brzmienie. Kto jest za nie odpowiedzialny? Czy dokładnie taki efekt chcieliście osiągnąć?
Tak, nawet jeśli jakieś niedociągnięcia wciąż są dostrzegalne, to na pewno uczyniliśmy spory postęp. Kiedy nagrywaliśmy „Forging Metal” większość tego procesu wymagało wynajęcia studia, z producentem, który w naszym mieście miał wysoką pozycję. Szybko odkryliśmy jednak, że jest straszną gnidą. Koszmarne nagłośnienie, mnóstwo kłamstw i niedotrzymywanie płynności procesu zmusiła nas do zerwania umowy z nim i dokończenia całego albumu na własną rękę. Mieliśmy jednak tę przewagę, że dokładnie wiedzieliśmy jak wszystko ma brzmieć, ale większość ścieżek już była ukonstytuowana. Wraz z „Full Throttle” zebraliśmy nasze doświadczenia i mając pełną kontrolę nad nagrywaniem i produkcją od samego początku było krokiem do osiągnięcia takiego brzmienia jakiego oczekiwaliśmy. Doceniam jednak rolę obu wydawnictw, jego produkcji i inżynierii dźwięku.

Jak stary jest to materiał? Kiedy zaczęliście pisać te utwory z myślą o drugiej płycie? Które numery są najstarsze, a które najmłodsze?
Do większości z nich miałem już gotowe dojrzałe riffy i pomysły, niekoniecznie przeznaczone dla drugiego albumu Hazy Hamlet, ale które w tej sytuacji pasowały najlepiej. Były to takie kawałki jak „Full Throttle”, „Symphony of Steel”, „Odin’s Ride”, „Thorium” czy „Red Baron”, jednakże zabraliśmy się do roboty i dokończyliśmy je. Najstarszym z nich jest „Thorium”, którego riffy i chóry datowane są na 2001 rok. Trzy niewymienione wcześniej, powstały specjalnie na potrzeby tego albumu, i tak napisaliśmy: „A Havoc Quest”, „Vendetta” i „Jaws of Fenris”. Najnowszym i w zasadzie ostatnim, który powstał był numer „Vendetta” i chciałem w nim jak najwierniej oddać nastrój komiksów Alana Moore’a. To właśnie dlatego brzmi tak dziwnie, szaleńczy i wręcz psychiczny w początkowym fragmencie, a następnie kinematograficzny w jego dalszej części.

W jaki sposób tworzycie wasze hymny? Pracujecie zespołowo czy macie może jednego kompozytora?
Komponowanie “Full Throttle” wyglądało zupełnie inaczej niż w przypadku debiutu. Poprzednim razem miksowaliśmy wcześniejsze pomysły każdego z członków zespołu z moimi pomysłami, gdy dołączyłem do chłopaków w 2002 roku. Z nowym albumem natomiast, z racji zawieszenia i innych spraw zajmujących pozostałych członków, zdecydowałem że to ja skomponuję cały album i uzyskałem to poprzez połączenie starych pomysłów z tymi najświeższymi. Sprawdziło się to doskonale. Chcę jednak podkreślić, że z mojej strony nie było to żadne autorytarne działanie. Stało się tak, bo tylko w ten sposób ten zespół mógł przetrwać. Kocham komponować i wpadać na coraz śmielsze pomysły, a każdy jest absolutnie wolny do przychodzenia ze swoimi. Ta wolność tylko wzbogaca nasze brzmienie.

W tekstach poruszacie dużo tematów związanych z nordycką mitologią. Skąd takie zainteresowania u Brazylijczyków poza tym, że jest to bardzo heavy metalowa tematyka?
Znamienne jest, że kultura wikingów jest niezwykle pociągająca i kapitalnie nadaje się tematycznie do muzyki metalowej, ale nasza pasja z tym związana datuje się na jakieś lata 90-te, wcześniej nawet niż Hazy Hamlet został założony, a nawet jeszcze wcześniej za nim nastąpiła fala mody i gorączka na wikingów. Nie chcemy jednak brzmieć jak banda death albo black metalowców z tekstami o wikingach, przebierać się za nich i wykrzykiwać płytkich pogańskich moralitetów. Chcemy brzmieć jak najbardziej w duchu klasycznego heavy metalu i korzystać z bogactwa interesującej mitologii jako metafory, punktu odniesienia do naszych myśli i refleksji nad tym, co nas otacza w świecie rzeczywistym, nas otaczającym. Każdy kto odpowiednio głęboko wniknie w strukturę refrenów znajdzie silny przekaz. Jednakże, nie tylko nordycka mitologia wykorzystywana przez nas jako okładka kolejnych wydawnictw jest narzędziem do którego się odnosimy. Nasze teksty odzwierciedlają też naszą fascynację literaturą i historią.

Na nowej płycie nie brakuje heavy metalowych petard takich jak „Symphony of Steel” czy „Jaws of Fenris”, ale są też utrzymane w bardziej bitewnym, epickim klimacie, czyli moje ulubione „Thorium” i „Red Baron”. Utwory w jakim stylu lubicie grać bardziej?
Bardzo ciężko jest wybrać z pośród nich ten jeden najbardziej ulubiony, zwłaszcza, że każdy jest w innym stylu, wrażliwości i każdy z nich “pracuje na siebie” w odmienny sposób. „Symphony of Steel” czy „Jaws of Fenris” to czysty przykład utworów przeznaczonych do machania grzywą, swoją energią sprawdzą się w każdym miejscu, nie zważając na to, kto będzie ich słuchał. Są absolutnie wciągającymi, frenetycznymi killerami. Z kolei „Thorium” i „Vendetta” są cięższe i bardziej rytmiczne, doskonale słucha się ich w domowym zaciszu, a podczas koncertów świetnie sprawdzają się jako sprawdzenie umiejętności tłumu, do wspólnego śpiewania z publicznością. To wymagające kawałki, ale równie zadowalające potrzeby. Tym najulubieńszym będzie chyba jednak właśnie „Red Baron”. Nasza czwórka wręcz szaleje za graniem tego kawałka podczas koncertów.

Wspomniany wcześniej „Red Baron” opowiada o Manfredzie von Richtoffen, najsłynniejszym niemieckim pilocie znanym z rycerskiej postawy podczas walk powietrznych w czasie pierwszej wojny światowej. Skąd pomysł na ten utwór?
To interesujące, że oto pytasz. Jestem długoletnim fanem hiszpańskiej kapeli Baron Rojo i pewnego razu zdecydowałem się poczytać o historii myśliwca od którego wzięli swoją nazwę. Czytałem przeróżne biografie, oglądałem filmy i dokumenty, tak by uzyskać pełny obraz jego życia, a nie tylko znać jego pięć minut chwały i moment śmierci. Dowiedziałem się że była to bardzo barwna postać, a przy tym bardzo naiwny i bezczelny młodzieniec, który silnie przyswoił sobie swój własny kodeks honorowy. Gdy nadszedł czas jego pierwszego zestrzelenia i poważnych obrażeń, doprowadziło to z kolei do zmiany jego charakteru i w rezultacie do zmierzenia się twarzą w twarz z licznymi wojennymi stratami. Na koniec, został jednak uhonorowany i doceniony, tak przez aliantów, jak i swoich wrogów. To historia, która mocno zwróciła moją uwagę i zainspirowała do napisania utworu na jego temat, tak by zadawała najważniejsze pytania odnośnie życia.

Możemy oczekiwać w przyszłości kolejnych utworów utrzymanych w historycznej tematyce? Kto u was jest najbardziej zainteresowany tym tematem? Jaki okres interesuje was najbardziej?
Absolutnie. Nasza czwórka uwielbia czytać i oglądać dokumenty o historycznych wydarzeniach, nie tylko antycznych i najnowszych, choć przyznać muszę, że najbardziej lubimy antyczne społeczeństwa i kultury, a zwłaszcza starożytny Egipt i historię Środkowej Ameryki.

Najdziwniejszym numerem jest „Vendetta”. Pierwsza część tego utworu z połamanymi rytmami, leży mi średnio, natomiast druga, zdecydowanie bardziej klimatyczna, w której pojawiają się chórki i piękne sola jest znakomita. Skąd taki rozstrzał w tym utworze? Brzmi jakby to były dwa odrębne kawałki.
W pełni się z tobą zgadzam i dodam, że zrobiliśmy to celowo. „Vendetta”, jak wspomniałem, została napisana jako ilustracja muzyczna do komiksu Alana Moore’a i w pełni się ją zrozumie tylko czytając tę powieść graficzną. Pierwsza część oddaje uczucia niespokojnego umysłu, odzwierciedla znajdowanie się na granicy szaleństwa. To musiało brzmieć jak napięty do granic możliwości, pełen smutku i wyrzutów sumienia krzyk bezradności wobec ucisku systemów autorytarnych zasilanych naszych strachem, rozpaczą i konsumenckim trybem życia. Refren to kolejny krzyk reprezentujący wołanie o wolność poprzez krwawą zemstę. Wreszcie druga część tego utworu przedstawia rewolucję, która niszczy jeden system by utworzyć nowy, oparty na jedności i kolektywności. Dlatego też musiało to brzmieć łagodniej i nazwijmy to „pocieszniej”. Ten kontrast był więc jak najbardziej celowy.

Full Throttle” wydała Arthorium Records. Co to za wytwórnia? Jak oceniacie to co dla was robi?
Arthorium Records to moja własna wytwórnia, więc bardzo doceniam jej wkład i robotę jaką wykonuje! (śmiech) Kiedy skończyliśmy nagrywanie tego albumu, szukaliśmy znaleźć europejską wytwórnię, która by go wydała., tak abyśmy mieli otwarte drzwi na przyszłą trasę koncertową. Znaleźliśmy nawet jedną w pierwszej połowie 2013 roku i podpisaliśmy z nią kontrakt na wydanie krążka we wrześniu, pechowo jednak się stało, wytwórnia ta przestała się do nas odzywać i przez trzy miesiące od podpisania papierów. Mimo usilnych prób kontaktu, nawet z innymi zespołami spod ich skrzydeł, z ich strony była tylko przedłużająca się cisza. Nie wiedząc co się dzieje, wysłaliśmy im kolejną wiadomość, w której zerwaliśmy podpisaną umowę. Miałem już wtedy palny na własną wytwórnię, ale miałem ją założyć dopiero w połowie roku 2014, więc przyspieszyłem swoje plany i paradoksalnie wyszło nam to na dobre. Mam już nawet podpisany kontrakt z brazylijskim weteranem heavy metalowego grania na sierpień i pertraktuje z innymi zespołami. Założeniem jest zwiększenie możliwości oraz dojrzałości undergroundowych kapel poprzez jak najlepszą jakość ich wydawnictw z przyciągającą uwagę grafiką i odpowiednią produkcją dźwięku, aby dać im możliwość znalezienia większych wytwórni i uzyskania możliwości dotarcia na duże festiwale. Mam nadzieję, że jeszcze sporo usłyszycie o Arthorium Records w niedalekiej przyszłości.
Okładka przedstawiająca Odyna na Sleipnirze przedstawionym tym razem w formie motocykla jest rewelacyjna. Czyj był ten pomysł i wykonanie?
To był mój pomysł i bardzo się cieszę, że podoba ci się ta okładka. Chodził mi ten pomysł po głowie już w momencie, kiedy moje struny głosowe odmawiały posłuszeństwa. Dużo wówczas myślałem o ludzkich osiągnięciach, o każdym małym życiowym pojedynku jaki toczymy każdego dnia, jak wiele energii i czasu tracimy by uzyskać rzeczy w imię konsumpcji i idiotycznych dogmatów. Cała ta dewiza „chwytaj dzień” to jedna wielka ściema i wtedy też zdałem sobie sprawę, że właśnie taka okładka fantastycznie będzie symbolizować zerwanie zniewalających łańcuchów starych czasów i śmiały krok ku lepszemu, zmianę i wyraźnemu sięganiu każdej jednostki ku wolności.

Jak wygląda promocja „Full Throttle”? Co zamierzacie jeszcze uczynić, by „Full Throttle” usłyszało jeszcze więcej osób na co ten krążek z pewnością zasługuje?
Głównie chcemy skupić się na dwóch sprawach. Pierwsza z nich to międzynarodowa dystrybucja poprzez niezależne wytwórnie i sklepy muzyczne na całym świecie, bo tylko w ten sposób można dotrzeć do wszystkich tych, którzy kochają klasyczny heavy metal. W Polsce zajmie się tym Defense Rercord. Drugą sprawą jest zabookowanie kilkunastu koncertów, które nas ujawnią, ponownie dla wszystkich tych, którzy tego chcą. Są też różnorakiego rodzaju media i będziemy je wykorzystywać, ale w przeciwieństwie do wielu promotorów nie będziemy ich nadużywać. Wielu z nich przesadza i za przeproszenie sra spamem tak bardzo, że wiadomości nie docierają we właściwy sposób. Ta strategia uderza w publiczność, jest inwazyjna ale i pozbawiona szacunku do nich. Nie chcemy aby Hazy Hamlet była widziana przez taki pryzmat. Preferujemy powolną i odpowiednio przygotowaną promocję, która zostanie uzależniona od potrzeb publiczności i prasy. Wierzę, że to najwłaściwsza ścieżka. Nagrywamy też wideoklip, który będziemy promować w drugiej połowie roku.

Z tego co wyczytałem wiem, że udało wam się supportować legendarny Raven, a w planach macie jeszcze choćby występ z Picture i Grim Reaper. Jak ma się sprawa z pozostałymi koncertami? Macie w planach trasę? Może wizyta w Europie?
Tak, te koncerty, oprócz prestiżu i ogromnej satysfakcji, były częścią tej strategii, o której przed chwilą ci opowiedziałem. Naturalnie zdajemy sobie sprawę, że musimy wynająć agencję, która zajmie się tym za nas, pozyska dla nas miejsca gdzie jeszcze nie dotarliśmy, ale tu w Brazylii jest to bardzo kosztowne. Mieszkamy dość daleko od dużych metalowych ośrodków, jak choćby Sao Paulo, i niewiele w tej kwestii jesteśmy w stanie zmienić, bo dla promotorów jesteśmy po prostu za drodzy. Godzimy się z tym ze spokojem i profesjonalizmem, zdobywając potrzebne finanse bez konieczności wpływu w strukturę naszego brzmienia. Co do trasy europejskiej, to owszem mamy takie plany, będziemy nawet częścią kilku naprawdę dużych festiwali takich jak, Keep It True, Up the Hammers czy Headbangers Open Air. Ciężko teraz pracujemy nad tym, aby to osiągnąć.

Jak często dotąd występowaliście na scenie? Jest może jakiś koncert, który szczególnie utkwił wam w pamięci?
Naprawdę nie mogę ci tego powiedzieć. Hazy Hamlet istnieje od 1999 roku, co daje dokładnie czternaście lat na tej drodze. Z drugiej strony, przechodziliśmy przez wiele kryzysów i problemów, które znacząco się odbiły na częstotliwością naszego grania. Naszym największym dokonaniem, i mogę ci to powiedzieć bez cienia wątpliwości, że był to koncert z 2003 roku w Cascavel, który był największym zjazdem motocyklowym na południowej półkuli. Shaman był wtedy headlinerem i dowodzony przez Andre Matos był bardzo w tamtym czasie popularny w Brazylii. Inaczej niż teraz, zamiast w undergroundowym pubie zagraliśmy na ogromnej scenie, z potężnym sprzętem i publicznością na co najmniej 5000 headbangerów. Nie byliśmy wówczas jeszcze szczególnie znani i obawialiśmy się, że zostaniemy wygwizdani, ale tłum okazał się absolutnie szalony i z miejsca zakochał się w naszym brzmieniu i skończyło się to tak, że do dziś wspominamy go jako nasz najlepszy i najbardziej zwariowany koncert.

Zespół istnieje od 1999 roku. Jak wyglądały wasze początki? Co was skłoniło do tego, żeby założyć heavy metalowy zespół?
Nie wydaje mi się, że musi być jakikolwiek powód. Heavy metal sam w sobie jest najlepsza motywacją. Możliwość tworzenia dźwięków i hymnów na miarę naszych własnych idoli, okazja do dzielenia z nimi jednej sceny pokazując swoją własną twórczość, wszystkie zawierane wówczas przyjaźnie i układy… takie właśnie rzeczy najbardziej nas motywują do działania i grania w taki właśnie sposób.

W tym roku będziecie obchodzić 15-sto lecie. Szykujecie jakąś specjalną imprezę z tej okazji?
Nosimy się z takim pomysłem specjalnego wydawnictwa dla kolekcjonerów, ale wiąże się to z bardzo wysokimi kosztami. Musimy znaleźć partnerską wytwórnię, która razem z moim Arthorium Records podejmie się takiego zadania, w przeciwnym razie nie będzie to możliwe.

Ostatnio wychodzi naprawdę dużo wartościowych krążków z klasycznym heavy metalem. Jakie płyty zrobiły w ostatnim czasie na was największe wrażenie?
W ostatnim czasie zaobserwować można prawdziwy wysyp oldschoolowego metalu i ta fala nie ominęła także Brazylii. Jest taki zespół Fire Strike, który zrealizował spektakularną EPkę „Lion and Tiger” i zdobył już zainteresowanie na całym świecie. Ich okładkę zrobił ten sam artysta, który pracował dla nas, mianowicie Celso Mathias i jest znakomita. Bardziej zorientowana na power metal jest płytka „Keep it Hellish” od gości z Hellish War, a ci którzy preferują bardziej speed metalowe kawałki zachwyci brzmienie brazylijskiego Batallionu, którzy wydali płytę ‘Empire Of Dead”. Spoza Brazylii, moją uwagę przyciągnął „Heavy Weapons” od izraelskiej grupy Switchblade zainspirowanej tradycyjnym heavy metalem oraz „Unleashing the Shadows” Electro Nomiconu, który powinien spodobać się fanom Dio i Rainbow.

To już wszystko z mojej strony. Ostatnie słowa należą do was.
W imieniu Hazy Hamlet chcę podziękować za każde wsparcie jakie otrzymujemy z Polski już od momentu wydania “Forging Metal” w 2009 roku, zarówno z prasy jak i od każdego headbangera. To niesamowite uczucie, widzieć jak metal jest silny u was i jestem pewien, że na pewno będziemy chcieli zagrać także tutaj, gdy tylko uda nam się sfinalizować trasę po Europie. Będziemy ciężko pracować, aby mieć tę możliwość. Bądźcie czujni i niech kuźnie metalu rosną nadal w siłę!