środa, 31 grudnia 2014

Satan's Host - Burning the Born Again... (A New Philosophy) (2004)

Na kolejny album ekipy Patricka “Evil” Elkinsa trzeba było czekać aż cztery lata, bo do 2004 roku. W składzie doszło do zmiany sekcji rytmicznej, a na pokładzie pojawili się grający na perce Pete 3 Wicked oraz obsługujący 4 struny J Phantom. Co prawda dwa lata wczeœniej zespół miał napisany materiał, który nazwali “Legions of the Fire Age”, ale z powodu kontuzji garowego odwołali sesję nagraniową. Co się stało z tym materiałem niestety nie wiem. Jednak “Burning the Born Again” wynagrodził długie oczekiwanie z olbrzymią nawiązką. Kurwa, ta muza gniecie jądra i budzi przedwiecznych. To jest stuprocentowy metal oparty na najlepszych motywach wszystkich klasycznych gatunków. Mamy tu Death/blackową brutalność, thrashową agresję i dynamikę, doomowy ciężar i klasyczne melodie. Czyli to samo co na poprzedniczce? Poniekąd tak, ale na “Burning the born...” wszystko jest lepsze, większe, fajniejsze. “Archidoxes...” przy tym krążku po prostu nie istnieje. Płyta trwa 75 minut, ale nie można się od niej uwolnić. Każdy z tych utworów aż kipi od pomysłów, mnogość genialnych motywów sprawia, że słucha się jej z otwartą papą i obłąkanym wzrokiem. Tym razem większy nacisk położony został na ciężar. Większość utworów zaczyna się od wolnych, walcowatych, doomowych riffów, by z czasem przeradzać się w death/black/thrashowy huragan. Pojawia się też sporo klasycznie i heavy metalowo brzmiących fragmentów, ale stanowią tylko jedną ze składowych. Muszę też wspomnieć o solówkach, które na tym krążku są po prostu rewelacyjne, a w niektórych momentach autentycznie wywołały u mnie ciary na grzbiecie. Jest kilka absolutnych hitów, które rzucają mną po ścianach i odbierają wolną wolę. Na pierwszy rzut idzie “Sinners in Sanctuary” rozpierdalający wszelkie obiekty. Ile się tutaj dzieje! Od ciężkiego walca i doomowego sola na początku przez death metalową jazdę, thrashowe riffy aż do genialnego motywu zaczynającego się w okolicach 4:05. To już jest totalny orgazm, szczególnie, gdy na tle melodyjnego riffu wchodzi solo. Po prostu czysty heavy metal. No i oczywiście doskonały refren i miażdżące gary. Następnym killerem jest “The Unholy Sabbath”, który jest chyba najbardziej klasycznym utworem na “Burning...”. Zaczyna się od doomowych riffów wyraźnie inspirowanych Black Sabbath, by za chwilę uderzyć riffami w klimacie NWoBHM. W 4:30 wchodzi piękna melodia i słyszymy cudowne, emocjonalne solo, a w pewnym momencie pojawia się nawet czysty wokal. Totalny epic doom. Dalej jest “Satanic Magistrerium”, do którego Satan's Host zrobili klip. Kolejny przehit, w którym przeplatają się motywy heavy i black, by w pewnym momencie zmasakrować deathową brutalnością. Mnóstwo wykurwistych riffów, co w przypadku Patricka jest normą oraz atmosfera lekko zalatująca Mercyful Fate. No i może bym jeszcze wyróżnił “Inside the Castle of Euphoric Blasphemy” standardowo z monumentalnym i ciężkim początkiem oraz doskonałym refrenem z chórkami w tle. Ależ robią mi dobrze riffy w tym kawałku. Reszta jest również bardzo dobra i żadna z kompozycji nie odstaje poziomem in minus. Nie ma teraz czasu ani miejsca na opisywanie ich wszystkich tym bardziej, że musiałbym używać samych powtórzeń. Oprócz 10-ciu właściwych utworów, na wznowieniu Moribund z 2007 roku jest też dodanych 5 krótkich przerywników, które jeszcze potęgują ten mroczny i diabelski klimat, wyzierający z każdego dźwięku tego albumu. Co ciekawe wieńczący całość “Luciferian Law Evoked” składa się z kilku różnych nakładających się na siebie wokali co wywołuje efekt podobny do tego co zrobił nasz rodzimy Magnus w swoim “Ritual”, a przynajmniej takie miałem skojarzenia. W porównaniu z “Archidoxes of Evil” poprawie uległo niemal wszystko. Od samych kompozycji po brzmienie, które tutaj masakruje. Słychać też, że zespól nie zmarnował tych czterech lat i odnalazł swoją drogę oraz tożsamość czego brakowało mi na wcześniejszym materiale. Udało im się połączyć wiele różnych elementów w tak znakomity sposób, że tworzą potężny monument. To jest aż nie do uwierzenia, że ta płyta przeszła bez większego odzewu, a ja sam zapoznałem siê z nią dopiero teraz. Mea Culpa.
5,2/6

niedziela, 28 grudnia 2014

Satan's Host - Archidoxes of Evil (2000)

Rok 1999 był tym, w którym Satan's Host powrócił do świata żywych. Jednak był to już nieco inny zespół niż w latach '80. Zmianom uległ skład grupy, bo ze starych czasów został tylko Patrick „Evil”, do którego dołączyli wokalista L.C.F. Elixir, basista L.A.W. oraz bębniarz Anthony Chavez, a także sama muzyka, która stała się cięższa i bardziej mroczna. W tym właśnie roku ukazał się powrotny ep zatytułowany „In Articulo Mortis”, ale ponieważ nie miałem nigdy możliwości przesłuchania choćby fragmentu, więc przeskoczę od razu kolejnego wydawnictwa. W 2000 roku z najgłębszych otchłani piekła wypełzł bękart , który nazwany został „Archidoxes of Evil”. Początek w postaci intra, na które składa się bardzo ładna melodia grana na gitarze akustycznej, delikatne klawiszowe tło oraz czysty śpiew brzmiący jak inwokacja do piekielnych książąt. Następnie rozpoczyna się właściwy program płyty i pierwsze zaskoczenie. Muzyka Satan's Host jest wolniejsza i zdecydowanie cięższa, instrumenty są strojone niżej, a wokalista przechodzi pomiędzy agresywnymi wrzaskami, growlem aż do Anselmowatych zaśpiewów jak w „Clan of the Hellions”. Ten akurat numer w ogóle ma coś z Pantery. Czaem słychać bardziej rockandrollowy drajw jak choćby w „Spheric Destiny”. Nawet solo ma taki klasyczny, podbarwiony bluesem klimat. Niestety w tym samym wałku pojawiają się nowocześnie brzmiące zagrywki gitarowe przywodzące na myśl Machine Head czy coś w ten deseń. Zespół stara się czerpać z niemal wszystkich odmian metalu. Mamy tu thrashową agresję, deathowy ciężar i brud, z blacku wzięte są niektóre zagrywki, a także strona liryczna, w której dominuje satanizm, natomiast z heavy metalu mamy melodyjne fragmenty i sola. Nie przekonuje mnie ta płyta jakoś specjalnie. Wystarczy dodać, że utworami, które zrobiły na mnie największe wrażenie były intro i instrumentalny, także akustyczny „Melektaus”. Reszta utworów jest całkiem niezła, ale jako całość na dłuższą metę nuży. Ewentualnie jeszcze można wyróżnić „Nightside of Eden”. W uszy rzuca się też brak dynamiki, szczególnie w momentach, gdy zespół przyspiesza, spowodowany zapewne nie najlepszą produkcją. Do tego pozbawione mocy, suche bębny też nie sprzyjają odbiorowi tego krążka. W tego rodzaju muzyki musi pierdolnięcie i moc, a tutaj z tym jest różnie. Nie jest to jakiś tragiczny materiał, a wręcz rzekłbym, że jest całkiem spoko. Jednak, żeby zwrócić na siebie uwagę potrzeba czegoś więcej. Jest po prostu przeciętnie, a z pewnością nie o to chodzi w Satan's Host. Szczerze mówiąc nie mam specjalnej ochoty kolejny raz posłuchać tej płyty. Ten krążek był dla Satan's Host ponownym zetknięciem się ze sceną i słychać, że Patrick był na etapie poszukiwania swojej muzycznej tożsamości. Jest ok, ale sporo jeszcze brakuje do ideału.
3,5/6

Satan's Host - Midnight Wind (1987)

Rok po debiucie miał się ukazać drugi krążek Satan's Host „Midnight Wind”, jednak ze względu na bankructwo ich ówczesnej wytwórni Web records niestety do tego nie doszło. Przez wiele lat ten materiał krążył wśród ludzi jako bootleg, aż wreszcie w 2014 roku dzięki Skol records wyszedł oficjalnie jako bonus do reedycji „Metal from Hell”. Na program płytki składa się 6 utworów w tym 2 covery: „Black Sunday”(Jag Panzer) i „House of the Rising Sun”(m.in. The Animals). Oba otwierają całość i są po prostu ok, nic nadzwyczajnego. Najbardziej zapewne interesuje wszystkich pozostała premierowa czwórka. Otóż nie są to niestety utwory na poziomie debiutu, no może z jednym wyjątkiem. Niby ten sam styl, ale za każdym razem, gdy ich słucham nie są w stanie wywołać u mnie tego stanu, który wywoływał „Metal from Hell”. Może więcej jest tutaj pierwiastków thrashowych, a niektóre fragmenty numeru tytułowego szczególnie chórki w refrenie wywołują odległe skojarzenia z Nasty Savage. „Face of Fire” na początku przywołuje klimat Mercyful Fate, by potem przyspieszyć i w takim tempie dotrwać do końca. Jak dla mnie nic specjalnego, za dużo chaotycznego napierdalania, a za mało prawdziwej muzycznej uczty. „Witches Return” zaczyna się od spokojnych gitar będących podkładem pod obłąkańcze i niemalże teatralne wokalizy Conklina, by za chwilę zaatakować słuchacza mocnym wejściem. Znakomite riffy, zróżnicowana rytmika oraz epicki i momentami psychodeliczny klimat składają się na zdecydowanie najlepszy numer tego ep. On jedyny nie odstaje od debiutu. Na koniec mamy „Demonic Plague”, który jest zwyczajnie poprawny, ale nic więcej po jego wysłuchaniu w mojej głowie nie pozostało. Ot, kolejny utwór Satan's Host jednak bez tego czegoś.
Ogólnie rzecz biorąc jest słabiej niż na poprzedniczce, ale i tak płytka robi dobre wrażenie. Jeden znakomity utwór w postaci „Witches Dance” trzy niezłe lub dobre oraz dwa covery. Do tego podobnie beznadziejne brzmienie. Od czasu do czasu można sobie przesłuchać, ale erekcji nie uświadczyłem. Moim zdaniem Satan's Host na „Midnight Wind” zrobił jednak malutki krok wstecz i niestety krótko potem przestał istnieć na kilka dobrych lat. Powrócili dopiero pod koniec lat '90 jednak już w innym składzie i z inną muzyką, ale o tym w kolejnej recenzji.
4/6

Satan's Host - Metal From Hell (1986)

Oficjalnie powstanie Satan's Host datuje się na rok 1977, ale tak naprawdę na poważnie zespół zaczął działać 9 lat później. Wtedy to w 1986 roku po uprzednim opuszczeniu szeregów Jag Panzer wokalista Harry Conklin vel Leviathan Thirsen dołączył do składu. W tym momencie bestia z Denver była gotowa do ataku, a w skład hordy wchodzili również założyciel, gitarzysta i jedyny muzyk, który nigdy nie opuścił jej szeregów Patrick „Evil” Elkins, basista Belial John Phantom oraz bębniarz D.Lucifer Stele. Bez zbędnych ceregieli i tuzina różnego rodzaju epek, demówek czy rehów, Satan's Host uderzyli od razu pełnym krążkiem, który pomimo znakomitej muzyki nie został odpowiednio doceniony z jednego przede wszystkim powodu, a mianowicie koszmarnego brzmienia. Czasem wszystkie instrumenty zlewają się w ścianę dźwięku by za chwilę jeden z nich, czasem gitara, czasem bas albo perkusja zagłuszył pozostałe. Do tego czasem pojawia się wrażenie chaosu, jakby każdy instrument grał co innego lub w innym tempie. Dla słuchacza nieobeznanego we wszelakich podziemnych produkcjach może to być przeszkoda nie do pokonania. Jeśli jednak już oswoimy się z tą surowizną to wtedy zaczniemy dostrzegać nawet jej pewne zalety. Nieokrzesaną energię, moc, agresję i ten specyficzny piekielny pierwiastek. Sama muzyka to najwyższej próby power/speed metal, ale odniesień do thrashu czy nawet pierwszej fali black metalu też możemy się doszukać.
Płyta zaczyna się od intro „Prelude: Flaming Host”, w którym można usłyszeć dźwięk obracającego się koła tortur oraz ludzki wrzask, a następnie monolog Thirsena. Całość wprowadza nas w lekko obłąkańczy nastrój. Potem zaczyna się właściwa część płyty, a na początek atakuje nas „Black Stele” będący idealną wizytówką grupy. Power metal z masą riffów, zmianami tempa i doskonałymi melodiami. Do tego zajebiste chórki. Dalej jest „Into the Veil” zaczynający się od riffu, którego melodia w jakiś dziwny sposób kojarzy mi się z mrocznymi wiekami średnimi. Dużo dobrych melodii i epickości. W kolejce czeka już numer tytułowy tym razem prezentujący bardziej thrashowe oblicze Satan's Host. Tak więc mamy agresję, szybkie tempa i skandowany refren. Zdecydowanie jeden ze sztandarowych wałków grupy. Teraz pora na jednego z moich faworytów, czyli „King of Terror”, który w pierwszej fazie sprawia wrażenie chaosu i arytmiczności, ale jest to tylko złudzenie. Ten utwór to intensywny i skumulowany strzał w mordę, a refren z chórkami w tle to już kwintesencja metalu i jedna z piękniejszych rzeczy jakie słyszałem. „Strongest of the Night” zaczyna się od wykrzyczanej przez zespół frazy znanej z horroru „Evil dead(Martwe zło)” i o tym filmie traktuje też tekst. Muzycznie numer jest dość ciężki z wieloma fragmentami granymi w średnich tempach i posiadający dość złowieszczą atmosferę. Natomiast „Standing at Death's Door” jest typowym kawałkiem Satan's Host z wieloma zmianami tempa, sporą ilością riffów i klasycznie heavy metalowym refrenem nasuwającym mi skojarzenia z lekko pomrocznionym i przyciężonym Stormwitch. Po nim następuje kolejny mój faworyt „Hell Fire”. W tym wypadku ciekawostką jest fakt, że głównym instrumentem prowadzącym jest bas, który wygrywa znakomite melodie. Co jeszcze mnie tak urzeka? Przede wszystkim średnie tempa i potęga bijąca z tych dźwięków, by nagle przyspieszyć w cudnym i epickim refrenie. Jeszcze na koniec nastrojowe zwolnienie z piękną partią wokalną. Doskonała kompozycja! Krążek zamyka najdłuższy, prawie 8-mio minutowy „Souls in Exile”, który akurat mi się podoba najmniej. Oczywiście jest również bardzo dobry, ale jakoś brakuje mi w nim momentów wyrywających serce.

Oddzielne kilka słów należy się każdemu z muzyków. Patrick „Evil” stworzył mnóstwo znakomitych riffów, solówek i melodii oraz był twórcą większości materiału więc jego wkład w to dzieło jest oczywisty. Podobnie jak Harry Conklin, który jak wszyscy pewnie wiedzą jest jednym z najlepszych wokalistów na planecie. Swoimi partiami potrafi wywołać całą gamę uczuć i zbudować atmosferę czy to podniosłości, heroizmu czy grozy. Fenomenalną robotę wykonał również bassman Belial. Jego grę słychać bardzo wyraźnie i co najważniejsze nie stara się być tylko tłem, ale pełni rolę niemalże drugiej gitary. Bębniarz D.Lucifer gra bardzo gęsto, intensywnie, chwilami wręcz maniakalnie dzięki czemu ta muzyka jest tak cholernie dynamiczna.
Strona liryczna jest może trochę naiwna i infantylna, ale jakże klasyczna dla metalu lat '80. Metal i diabeł z naciskiem na tego drugiego zawsze doskonale pasowały do tej muzyki, dlatego te z „Metal from Hell” niosą dla mnie sporą dawkę pewnego rodzaju uroku i sentymentalizmu. Swego czasu pewnie szokowały, ale w 1986 roku w dobie takich szatańskich pomiotów jak Hellhammer/Celtic Frost, Possessed czy Slayer podejrzewam, że już pewnie nikogo za bardzo nie ruszały.
Podsumowując jest to doskonały album przepełniony kultem, magią i genialnym klimatem oraz wypełniony fantastycznymi speed/power metalowymi kompozycjami, z których niemal każda ma potencjał by zostać klasykiem. Za samą muzykę i emocje jakie ze sobą niesie dałbym notę maksymalną, ale pozostaje jeszcze brzmienie, za które muszę obniżyć pół punktu. Gdyby było lepsze to jestem przekonany, że Satan's Host byłby dzisiaj dużo większym zespołem. Zastanawiam się jakby te numery zabrzmiały gdyby nagrać je jeszcze raz? Ubrane w dzisiejsze brzmienie na pewno skopałyby dupy, ale boję się, że mogłyby stracić tę nieuchwytną magię, która miała już swój czas i swoje miejsce.
W 2014 roku nakładem Skol records ukazała się zremasterowana reedycja „Metal from Hell” wzbogacona o nigdy wcześniej nie wydany materiał z 1987 roku „Midnight Wind”. Namawiam wszystkich do zaopatrzenia się w to wydawnictwo i radzę się pospieszyć, bo nakład jest bardzo ograniczony. Summa summarum dla mnie jest to klasyk absolutny.
5,5/6

środa, 17 grudnia 2014

Capilla Ardiente - Bravery, Truth and the Endless Darkness (2014)

Czekałem na ten krążek z niecierpliwością przekonany, że będzie to dzieło wysokich lotów no i się nie zawiodłem. Mogę nawet rzec, że debiut tych chilijskich doom metalowców przebił moje wyobrażenia o nim. Słyszałem już parę lat temu ich epkę „Solve Et Coagula” i był to zacny materiał, który już wtedy dawał nadzieję na przyszłość. Poza tym podczas wspólnego piwkowania w Warszawie po koncercie Esoteric/Isole/Procession, basista tego ostatniego Claudio Botarro z ogromnym przekonaniem zachwalał mi mający się dopiero ukazać debiut swojego drugiego zespołu. Tym zespołem był oczywiście Capilla Ardiente, którego nazwę można przetłumaczyć na polski jako płonąca kaplica. Tak więc wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały duże wydarzenie na doomowej scenie.
Muzykę graną przez Capilla Ardiente można określić najprościej jako epic doom, czyli słychać echa Candlemass, Solitude Aeturnus czy troszkę mniej znanego Forsaken. Gitarzysta Julio Borquez nagrał wszystkie partie tego instrumentu i muszę przyznać, że odwalił zajebistą robotę. Riffy są niesamowicie majestatyczne, podniosłe i kiedy trzeba to ciężkie, ale nie pozbawione też energii i dynamiki kojarzącej się ze starym power metalem. Jego sola to też najwyższa klasa. Idealnie oddają nastrój tej muzyki, są epickie i bardzo klimatyczne. Najlepszym przykładem jest pierwszy właściwy numer wchodzący zaraz po intro, czyli „Nothing Here for Me”. Możemy usłyszeć w nim również znakomite solo na basie, doskonałą grę garowego oraz równie zajebiste wokale Jest on wizytówką całej płyty i jeśli ktokolwiek go polubi to z pewnością wciągnie się też w resztę. Skoro wspomniałem o wokalach to muszę nadmienić, że Felipe Plaza(również Procession) wywiązał się za swojej roli bez zarzutów. Doskonale spełnia rolę narratora historii opowiadanej w tekstach, a jego trochę dramatyczny i emocjonalny sposób śpiewania sprawia, że wydaje nam się ona bardziej autentyczna. Trochę przypomina mi Roberta Lowe i Leo Stivale(Forsaken).
Cały materiał jest świetnie skomponowany, przemyślany i dopasowany do konceptu. Przybliżając w dużym skrócie historię zawartą w tekstach to opowiada ona losy bohatera żeglującego łodzią po mrocznym morzu, uzbrojonego tylko w miecz i pochodnię. Walczy on z różnymi przeszkodami i przede wszystkim z własnymi słabościami. Muzyka perfekcyjnie oddaje uczucia jakie nim targają, a potężne i przestrzenne brzmienie pozwala nam poczuć bezmiar morza.
Na „Bravery, Truth and Endless Darkness znajdują się dwa krótkie instrumentalne intra rozpoczynające każdą stronę winyla oraz cztery monumentalne kompozycje trwające po 10-11 minut. Płyty najlepiej słuchać jako całości i dać się porwać tej historii, ale każdy z utworów słuchany wyrywkowo robi równie duże wrażenie. Capilla Ardiente udało się nagrać album wyjątkowy, przepełniony emocjami, mroczną atmosferą i co najważniejsze klasycznie metalowy. W tym roku jest to bezapelacyjnie numero uno jeśli idzie o epicki doom metal. Aż strach pomyśleć co stworzą w przyszłości.
Acha, okładka płyty zawierająca wszystkie elementy związane z konceptem lirycznym, to zajebisty motyw na koszulkę. Jeśli takowe się pojawią to choćby góry miały srać będą ją miał.


5,5/6

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Chain ReAction - A Game Between Good and Evil (2014)

Tym razem przyszło mi wystukać kilka zdań na temat zespołu dla mnie całkowicie anonimowego. Po zasięgnięciu informacji z przepastnych otchłani internetu dowiedziałem się, że ten niemiecki zespół pogrywa już od 1996 roku z czego do 2005 występował pod nazwą Variety Law. Po zmianie szyldu już jako Chain ReAction nagrali kilka epek po czym w 2014 roku nakładem Pure Legend pojawił się, z pewnością długo wyczekiwany przez samych muzyków album. Czy ktoś jeszcze z niecierpliwością i obgryzając paluchy do krwi czekał na ten krążek? Podejrzewam, że poza najbliższym otoczeniem zespołu nie bardzo. Chain ReAction rzeźbi tradycyjny heavy metal z dużą dawką melodii. Gitarzysta Scott Bolter grał na wczesnych materiałach Stormwarrior w tym na ich debiucie, jednak niestety nie słychać tych wpływów w jego obecnej grupie. „A Game Between Good and Evil” to album, który na pewno nie przyniesie wstydu twórcom, ale też tłumów raczej porywać nie będzie. Ot, poprawny heavy metal i tyle. Słucha się go całkiem przyjemnie i bez uczucia zażenowania. Pojawia się trochę fajnych melodii, a niektóre refreny nawet mogą się wgryźć na trochę dłużej w ucho. Muzycy też umieją grać co przy takim stażu chyba nikogo nie powinno dziwić. Jednak coś mi nie do końca w tym pasuje. Chyba jednak brakuje mi trochę bardziej „metalowego” klimatu, energii i drapieżności. Muzyka jest dla mnie jakaś taka ugrzeczniona i zwyczajnie mnie nie porywa. Wokalistka Conny Bethke ma dobry, mocny głos i umie śpiewać, ale znowu brakuje w tym dynamiki. Do tego jak usłyszałem tekst do „Anthem for Humanity” to aż rozbolały mnie zęby. Grafomania to mało powiedziane. Urósł groźny konkurent dla „Imagine” Lennona, ta sama tematyka. Wracając do muzyki to pomimo sporej liczby zarzutów z mojej strony to jest to jak najbardziej słuchalny i całkiem niezły krążek. Jego pechem jest to, że w dzisiejszych czasach wychodzą ogromne ilości muzyki i żeby się przez to przebić trzeba być więcej niż dobrym. Mimo wszystko części z was Chain ReAction podejdzie z pewnością bardziej, więc jeśli lubicie tradycyjny heavy metal z babeczką za mikrofonem, w którym słychać echa Accept, Saxon czy Scorpions to możecie to spokojnie łyknąć.


3,5/6

środa, 3 grudnia 2014

Maltese Falcon - Głupki z Kerrang...niech się pieprzą!

Na pewno część czytelników HMP kojarzy ten band, a tym, którym ta nazwa nic nie mówi powiem, że był to jeden z głównych reprezentantów duńskiej sceny metalowej pierwszej połowy lat '80. Zespół niestety po wydaniu jednego albumu “Metal Rush” popadł w niebyt. W 2012 roku nakładem greckiej No Remorse ukazały się dwa wydawnictwa Maltese Falcon, które zapewne ucieszyły niezmiernie kolekcjonerów i fanów zespołu. Pierwszym z nich był zbiór wszystkich demówek, ale najciekawszy materiał zawiera drugi krążek, a mianowicie nie wydany wcześniej album. Pierwotnie miał wyjść po “Metal Rush”, a nagrany został w latach 85-86. Zawiera mnóstwo znakomitej muzyki i jest po prostu lepszy od “jedynki”. Mam wrażenie, że gdyby ta płyta ukazała się w tamtych latach nazwa Maltese Falcon mogłaby być znacznie większa niż jest obecnie. O historii zespołu, problemach z Roadrunner i kilku innych rzeczach opwiada mocno rozgoryczony i niezbyt wygadany wokalista Søren Peter "Charlie" Jensen.

HMP: Przed Maltese Falcon były zespoły White Horse i Deadline. Czy to był ten sam styl co Maltese Falcon? Zachowały się jakieś nagrania tych grup?
Søren Peter "Charlie" Jensen: Masz rację. Hall grał na basie w White Horse. Nie wiem czy zachowały się jakiekolwiek nagrania tego zespołu. Martin i ja graliśmy w Deadline. Graliśmy kawałki Judas Priest, AC/DC i Van Halena, może ze dwa, trzy własne. To był raczej zespół z rodzaju tych ”po szkole”. Byliśmy wtedy bardzo młodzi i niedoświadczeni.

Podobno pomysł na nazwę podsunął wam Lars Ullrich, zanim jeszcze wyjechał do USA? Podobno byliście dobrymi znajomymi?
To zabawna historia. Nie jest też tak, że od tej historii wszystko się zaczęło. Z tyłu albumu „Metal Rush” mieliśmy listę podziękowań. Wiele tam zostało napisane, ale „Podziękowania dla Larza za nazwę, Maltese Falcon” odnosi się do Larza, perkusisty Deadline, a nie Larsa Ulricha. Larsa Ulricha i resztę członków Metalliki znaliśmy poprzez wspólnego znajomego Kena Anthony’ego. Ken był w Danii znanym gościem, Metallica przesiadywała wtedy w jego apartamencie kiedy bywali w Skandynawii, koncertując albo nagrywając. Poznaliśmy Larsa i resztę tych kolesi kiedy nagrywali „Ride the Lightning” w kopenhaskim studio Sweet Silence. Ich sprzęt zagubił się gdzieś w Londynie, a wtedy nie mieli kasy, my także nie mieliśmy, więc pożyczyli sprzęt od nas i od Artillery, ponieważ byliśmy wówczas w tym studio i także nagrywaliśmy.

Jakie grupy były wtedy dla Was największą inspiracją?
NWOBHM....

Jak wyglądała w tamtych latach scena duńska? Byli oczywiście Mercyful Fate, ale jak wyglądała reszta?
W Danii było sporo zespołów we wczesnych latach 80-tych. Był Pretty Maids, Artillery, Hero, Wasted, Witch Cross, Alien Force, Disneyland After Dark (obecnie D.A.D.) i wiele innych. Duńska scena wówczas była jak wrzący kocioł. Swoją drogą pierwszy koncert Maltese Falcon zagrała z D.A.D. w jednym z młodzieżowych klubów, obie grupy zagrały tam swój debiutancki występ, a wieczór zakończył się ogromną bójką, jak w starych westernach… to była zabawa!

Zapewne słyszeliście, że wasz debiut został nazwany przez Kerrang jednym z najgorszych metalowych albumów w historii. Jaka była wasza reakcja? Pomijając już moją opinię na temat tej gazety i samą absurdalność tego stwierdzenia uważam, że to świetna reklama (śmiech).
Byłem o tym poinformowany, bo byłem wówczas w Londynie i promowałem wydawnictwo i nie zadbałem oto, żeby przeprowadzić wywiad dla Kerranga. Byłem bliskim kumplem Bernarda Doe, który wówczas publikował dla takich magazynów metalowych jak Hot Rocking. Głupki z Kerrang byli wkurwieni właśnie z tego powodu. Więc, cóż… niech się pieprzą!

Zanim wyszedł debiut nagraliście trzy dema. Jaki był odzew ze strony wydawców? Długo czekaliście na propozycje?
Nie kontaktowaliśmy się z żadną wytwórnią w kwestii naszych pierwszych demówek. Dystrybuowaliśmy je sami pomiędzy fanami i lokalnymi stacjami radiowymi. Mieliśmy wiele pozytywnego odzewu, nawet w Brazylii i Japonii.

Jak doszło do podpisania papierów z Roadrunner? Byliście zadowoleni z tego co dla was robili?
Podpisaliśmy kontrakt na pięć lat i pięć wydawnictw. Nie byliśmy zadowoleni z tego, co zrobili w kwestii promocji, bo nie zrobili nic. Absolutnie nic. Po pierwszym roku chcieliśmy się od nich wynieść, zerwać kontrakt, ale nie mogliśmy. Kontrakt, który podpisaliśmy, nie przewidywał takich sytuacji, więc musieliśmy ogłosić rozwiązanie zespołu, żeby się od nich wynieść. Nie byliśmy ani trochę szczęśliwi z Roadrunnerem.

Jaki był wtedy odzew sceny na „Metal Rush” pomijając oczywiście ten nieszczęsny Kerrang (śmiech)?
Mieliśmy wiele pozytywnego odzewu z całego świata. Na zestawieniach stacji radiowych figurowaliśmy nawet na w pierwszej piątce, ale kiedy poszliśmy rozmawiać z Roadrunnerem o zestawieniach ze sprzedaży album, skłamali, że nie sprzedało się ich za wiele. Nie uwierzyliśmy w żadne słowo, które nam wówczas powiedzieli.

Wasza muzyka była dość ostra i dodatkowo ubrana w surowe brzmienie. Czy uważacie, że to też miało jakiś wpływ na brak sukcesu?
Nagrań dokonano w duńskim studio i żaden z członków zespołu nie był zadowolony z uzyskanego brzmienia i miksu. Nie brzmiało to zupełnie jak to, co sobie wyobraziliśmy, więc owszem, uważam, że miało to znaczący wpływ.

Jak w zespole wyglądał podział obowiązków? Dochodziło między wami do kłótni czy też może wszyscy chcieli iść w tym samym kierunku?
Nie kłóciliśmy się wcale o naszą muzykę, ale mieliśmy trochę problemów ze startem nie mając żadnej kasy od Roadrunnera. Wówczas trochę między nami było nieprzyjemnie.

Jak długo powstawał materiał na „Metal Rush”? Jak dzisiaj oceniacie ten krążek?
Nagrywaliśmy go przez cztery dni, a przez jeden dzień odbywały się miksy. Nie mieliśmy nawet żadnego wpływu na te miksy. Rany, cóż to było za dni...

Mieliście napisanych więcej utworów niż te osiem, które trafiło na krążek. Według jakiego klucza wybieraliście numery na debiut?
O tym jakie utwory znalazły się na albumie decydował Roadrunner i Kess Wessels.

Czemu na płycie nie ma takiego znakomitego numeru jak „Maltese Falcon”? Napisaliście go już po rejestracji „Metal Rush”?
"Maltese Falcon" był pierwszym napisanym przez nas utworem. Patrz odpowiedź wyżej…

Jak wyglądała wasza działalność koncertowa? Graliście jakieś spektakularne koncerty? Z kim dzieliliście scenę?
Byliśmy koncertowym zespołem bardziej niż studyjnym, więc wszystkie nasze koncerty były spektakularne. Graliśmy przed Manowar i Garym Moore’em.

Dlaczego, pomimo posiadanego materiału nie udało wam się nagrać drugiego albumu, a zespół po prostu się rozpadł?
Ponownie jak wyżej, wszystko przez jaja z Roadrunnerem.

Moim zdaniem „dwójka” zawiera dojrzalszy, potężniejszy i po prostu lepszy materiał. Jakie jest wasze zdanie na ten temat?
Masz rację! Nie mogę się nie zgodzić. Myślę, że gdybyśmy zostali ze sobą jako zespół dłużej i dojrzeli bardziej, moglibyśmy być dziś jedną z czołowych kapel. To żałosne, że musieliśmy się rozwiązać.

Słychać, że w tym okresie wpływ na was musiał mieć US power i choćby takie zespoły jak Savatage. Zgadza się czy też wyszło to zupełnie przypadkowo?
W znacznej mierze inspirowaliśmy się Birds, ale naturalnie czerpaliśmy też z wielu innych zespołów.

Co robiliście po rozpadzie zespołu? Większość pewnie wie co się działo z Halem Patino, który jest kojarzony przede wszystkim z gry u Kinga Diamonda, ale co się stało zresztą składu?
Carsten przestał grać na gitarze. Martun grał dalej w cover bandzie. Flemming pracuje jako perkusista techniczny dla Larsa z Metalliki. Kiedy jest w domu gra ze mną. Ja wciąż gram w dwóch zespołach. Jeden z nich to Release, drugi jest cover bandem, gdzie Flemming gra na perkusji. Gramy w nim w większości Deep Purple i Black Sabbath.

Jakie wydarzenia z waszej historii wyryły wam się najbardziej w pamięci?
Nie pamiętam. Dla mnie, na pewno wyryła się gorąca praca dla Manowar. Byliśmy na scenie, w pewnym momencie spojrzałem w bok. Dio stał gdzieś tam i z uśmiechem podnosił kciuki w górę. Wow, to było niesamowite. Był w mieście, bo grał koncert dzień po nas. My byliśmy zaproszeni jako goście specjalni. Nawet z nim pogadaliśmy. Cóż za wspomnienie.

W 2012 roku nakładem No Remorse Records. Ukazały się dwie kompilacje. Pierwsza zawierająca trzy pierwsze dema, a kolejna nigdy nie wydany drugi album. Mieliście wpływ na ostateczny kształt tych wydawnictw?
Tak.

Oba wydawnictwa są limitowane do 500 sztuk i zawierają sporo ciekawostek dla fanów. Możecie opowiedzieć coś więcej na ich temat?
Nie, nie możemy.

W dobie reaktywacji wielu zasłużonych grup z lat 80-tych nie myśleliście by spróbować ponownie pograć razem? Może niekoniecznie nowy album, ale chociaż jakieś okolicznościowe koncerty?
Tak. Hall i ja rozmawialiśmy o tym wielokrotnie.

Które z waszych utworów były najlepiej odbierane przez publikę, a które wy lubicie najbardziej i dlaczego?
Moimi ulubionymi są wszystkie z drugiego albumu. Z ”Metal Rush” byłby to ”I Fancey Heavy And Loud” i tytułowy.

Śledzicie jeszcze scenę metalową? Są może jakieś nowsze grupy, który wywierają na was duże wrażenie?
Nie, niespecjalnie.

Chcielibyście na koniec przekazać coś polskim fanom?
Kochajcie, nie wojujcie i bądźcie dobrzy dla wszystkich ludzi.