czwartek, 15 września 2016

Ultra-Violence - Mechaniczna Pomarańcza i Thrash Metal brzmią razem świetnie

Ostatnio zrobiłem się bardzo wymagający jeśli idzie o młode thrashowe zespoły. Co raz trudniej mnie zadowolić w tej kwestii i złapałem się na tym, że często olewam kolejne nowe kapelki i zdecydowanie stawiam na stare i sprawdzone klasyki. Jednak jest jeszcze kilka takich bandów jak bohaterzy tej pogawędki, które potrafią przypierdolić jak mało kto. Włosi z Ultra-Violence na swoim drugim krążku Deflect the Flow” przebili i tak już zajebisty debiut „Privilege to Overcome”. Jeśli ktoś z was jeszcze ich nie zna, a uważa się za prawdziwego thrashera powinien natychmiast nadrobić to niedopatrzenie. Zapraszam do przeczytania rozmowy ze śpiewającym gitarzystą

HMP: Witam. Jak się czujecie po premierze Waszej drugiej płyty? Jesteście zadowoleni z wykonanej pracy?
Loris Castiglia: Jesteśmy bardzo zadowoleni z pracy nad całym albumem, pracowaliśmy nad nim wiele, wiele dni ale było warto!

Deflect the Flow” Jest chyba jeszcze lepszym krążkiem niż też zajebisty debiut. Też uważacie w ten sposób?
Dzięki wielkie! My również uważamy, że jak na razie to nasz najlepszy album. 

A jak byście porównali oba albumy? Jakie są między nimi zasadnicze różnice?
"Deflect The Flow" to więcej riffów, mniej muzyki. To album bardziej techniczny, ale zarazem przyjemniejszy w mojej opinii. Wokale i gitarowe solówki są lepsze, uwielbiamy tę produkcję.

Ile czasu zajęło Wam napisanie tego materiału? Wszystkie kompozycje są nowe czy może odświeżyliście jakieś starsze pomysły?
Zajęło nam to prawie dwa lata, zaczęliśmy wprowadzać pierwsze idee zaraz po nagraniu "Privilege To Overcome". Później mieliśmy kilka tras i koncertów na żywo, ale ostatecznie przerwaliśmy naszą aktywność koncertową na osiem miesięcy przed rozpoczęciem nagrań w studio. Chcieliśmy skupić naszą uwagę tylko na nowym albumie i połączyć wszystkie nasze nowe pomysły w całość. 

W jaki sposób tworzycie swoja muzykę? Jest to proces zespołowy czy może macie głównego kompozytora?
To zdecydowanie robota całego zespołu, tworzymy praktycznie wszystkie riffy czy struktury w sali prób. Potem częściowo powstaje przedprodukcja w moim małym domowym studio, robimy to po to żeby posłuchać kawałków bez grania ich, tylko dokonania małych zmian. Po tym piszemy wokale i gitarowe solówki.

Płyta brzmi fantastycznie. Ostro, potężnie, dynamicznie i selektywnie. Gdzie i ile czasu ją nagrywaliście? Kto odpowiada za produkcję?
Dzięki, jesteśmy zakochani w tej produkcji. W tym miejscu chcielibyśmy ogromnie podziękować Simone Mularoni za nowe brzmienie. Nad nagraniami pracowaliśmy dwa tygodnie w studio “Domination Studio” w San Marino.

Wasza muzyka jest bardzo agresywna. Skąd w Was tyle wkurwienia?
(Śmiech!) Nie mam pojęcia, nie czuję złości, gdy gram... właściwie to relaksuję się i czuję radość.

Kto odpowiada za warstwę liryczną? Jakie treści chcecie przekazać w swoich utworach?
Ja jestem odpowiedzialny za większą cześć tekstów, po prostu dlatego, że jestem wokalistą. Ale ogólnie to wszyscy razem robimy burze mózgów podczas pisania piosenki. Piszemy o wojnie, społeczeństwie, śmierci, Bogu i różnych fantastyczno-naukowych sprawach lub wymyślonych historiach. W kawałku "Why So Serious?" używamy tylko roli Jokera z filmu “Mroczny Rycerz” Christophera Nolana. Uwielbiam tą postać i sposób w jaki  Śp. Heath Ledger ją zinterpretował.

Pomimo niesamowitej intensywności 50 minut z tą płytą mija bardzo szybko i po prostu chce się do niej wracać. Jak Wam się udaje sprawić, żeby Wasze utwory pomimo tego, że trwają dość długo nie nudziły słuchacza?
Dzięki wielkie. Kiedy pisaliśmy piosenki w sali prób nie myśleliśmy o tym, dla nas gra mijała bardzo szybko .  Ale gdy w końcu nagraliśmy przedprodukcje odkryliśmy długość tych piosenek i było coś takiego: “ Jasna cholera, każda z nich zajmuje 5 czy 6 minut!” Ale w sumie byliśmy z nich bardzo zadowoleni i nie zmienialiśmy już ich struktury. Wiele pracowaliśmy nad tym żeby stworzyć coś co nie zanudzi.

Nagraliście cover „Don’t Burn the Witch” Venom i trzeba przyznać, że wyszedł zajebiście. Skąd akurat taki wybór? Zastanawialiście się może nad innymi numerami?
Dzięki! Wybraliśmy ją przy okazji grania kilku koncertów z  M-Pire Of Evil (teraz "Venom Inc." ) którzy powiedzieli nam “ Byłoby świetnie usłyszeć klasyczne piosenki Venom grane przez młodych chłopaków”. Byliśmy zaszczyceni i faktycznie zdecydowaliśmy się dodać cover Venom do naszego nowego albumu. Wybraliśmy "Don't Burn The Witch", bo kochamy wprowadzające riffy i ogólnie całą piosenkę. 

Płytę wydaliście nakładem Candlelight Records. Jak doszło do nawiązania współpracy? Nie byliście zadowoleni z Punishment 18?
Nie, byliśmy bardzo zadowoleni z pracy z  Punishment 18 Records, ale gdy otrzymaliśmy telefon od  Candlelight Records, zdecydowaliśmy się na nich w porozumieniu z gościem z  Punishment 18 Records, który pomógł nam w podjęciu tej decyzji. Candlelight jest większą wytwórnią i dla nas jako zespołu jest to duży krok naprzód.

A jak będzie wyglądała promocja nowego krążka? Może jakiś klip, w końcu do debiutu nagraliście aż trzy?
Wyszedł już nasz video z tekstem do  "Lost In Decay" i oficjalne video do “The Way I'll Stay". Czekajcie na więcej  może nawet i na kilka tutoriali.  

Gdzie i z kim będzie można Was zobaczyć na scenie? Planujecie może jakąś większą trasę?
Obecnie promujemy "Deflect The Flow" grając w okolicy kilka koncertów, ale chcielibyśmy jak najszybciej zrobić trasę po Europie raz jeszcze. Nic nie jest jednak jeszcze  zaplanowane oficjalnie.

Jak wyglądają Wasze gigi? Czy na scenie jesteście tak agresywni jak Wasza muzyka?
Próbujemy przekazać całą energię naszych piosenek mając w tym czasie dużo radości, na scenie zawsze dobrze się bawimy.

Nie da się ukryć, że pomimo młodego wieku bardzo dobrze radzicie sobie z grą na instrumentach. Jak długo już na nich gracie? Co było głównym impulsem, który sprawił, że zajęliście się muzyką?
Dzięki. Zaczęliśmy grać na własnych instrumentach na krótko przed utworzeniem zespołu (2009 r.), więc kiedy zaczynaliśmy grać razem byliśmy na mniej więcej tym samym poziomie. Potem poprawialiśmy naszą technikę miesiąc po miesiącu grając na próbach dwa razy w tygodniu, pisząc przy tym nowy materiał. Teraz chcemy jeszcze większego progresu, żeby następny album był jeszcze lepszy.

Od samego początku gracie w tym samym składzie. Jak udało Wam się tego dokonać? Myślicie, ze uda Wam się utrzymać ten stan długo?
Tak, myślę że to bardzo dobre, ponieważ zostaliśmy przyjaciółmi i kierują nami te same marzenia. Spędzamy mnóstwo czasu razem, w trasie, w studio, na sali prób, a mimo to wspólnie czujemy się bardzo dobrze. Mam nadzieję że pociągniemy z tą samą obsadą tak długo jak to tylko możliwe. 

To już Wasz drugi album na, którym macie okładkę związaną tematycznie z „Mechaniczną Pomarańczą”. Temat ten pasuje do Waszej nazwy. O to właśnie Wam chodziło czy może jest jakiś inny powód?
Powód jest bardzo prosty, wybraliśmy nazwę "Ultra-Violence" bo lubimy "Mechaniczną Pomarańczę", uważamy, że thrash metal i ten film brzmią razem świetnie. Kiedy zaczęliśmy współpracę z Edem Repka nad naszym debiutanckim albumem zdecydowaliśmy się umieścić Droogs'ów (słowo zaczerpnięte z języka rosyjskiego, używane w „mechanicznej pomarańczy” oznaczające przyjaciela – dop. red.) na okładce i jesteśmy zadowoleni z rezultatu. 

Nazwę jak mniemam wzięliście od debiutu Death Angel. Jakie jeszcze inne zespoły miały i mają nadal na Was największy wpływ?
Niezupełnie, wzięliśmy nazwę z "A Clockwork Orange". Oczywiście lubimy również Death Angel, ale nie przyczynili się oni do nazwania naszego zespołu Ultra-Violence. Zespoły, które najbardziej nas inspirują to starodawny thrash metal typu Metallica, Anthrax, Onslaught i Destruction czy nowe zajebiste zespoły jak Angelus Apatrida, Sylosis, Revocation czy Savage Messiah. Podałem pierwsze nazwy, które przyszły mi na myśl, jednak jest dużo więcej innych dobrych zespołów

Scena włoska niezmiennie mnie zadziwia. Skąd u Was tyle zespołów thrashowych i to jeszcze prezentujących tak wysoki poziom? Z którymi zespołami wiążą Was najbardziej przyjacielskie więzi?
Owszem, jest pełno dobrych zespołów! Pomimo tego, że włoska scena nie jest tak dobra, znajdzie się kilku gości którzy grają naprawdę dobrze. Dzieliliśmy scenę z niektórymi z nich, np. Game Over, Blindeath, Injury.

Jakie plany na najbliższą przyszłość? Czym zamierzacie zaskoczyć fanów?
Cały czas będziemy grać wiele koncertów aby wypromować nowy album "Deflect The Flow", więc jeśli chcesz zobaczyć Ultra-Violence na żywo zaproś nas do swojego miasta i przyjedziemy! Spodziewaj się wkrótce również nowych klipów.

To już wszystkie pytania. Dzięki za wywiad i pozdrawiam.
W imieniu całej grupy dziękuje za wywiad. Chcielibyśmy pozdrowić wszystkich czytelników i zachęcić ich do śledzenia nas na portalach społecznościowych, żeby być na bieżąco.
ieżąco.

piątek, 26 sierpnia 2016

Warfect - Scavengers (2016)

Warfect to szwedzkie thrash metalowe trio pochodzące z miasta Uddevalla. Powstali w 2003 roku jeszcze pod nazwą Incoma, by w 2008 zmienić szyld na obecny. Na swoim koncie mają 2 dema nagrane jeszcze pod starym mianem i 3 pełniaki w tym ten najnowszy, tegoroczny „Scavengers”. No i właśnie przechodząc do sedna, czyli ostatniego krążka Warfect, to jest to konkretny thrash metalowy wpierdol. Zespół wzoruje się na klasykach tej brutalniejszej frakcji gatunku, czyli przede wszystkim sceny niemieckiej w postaci Sodom, Kreator, Destruction, Exumer plus do tego oczywiście Slayer. Do tego dodajmy trochę Deathu( zarówno zespołu jaki i gatunku w ogóle) i mamy pełen obraz muzyki jaka atakuje nas z głośników po odpaleniu płyty. Materiał jest bardzo intensywny, nastawiony na nieustanny soniczny atak naszych organów słuchowych. Zresztą nie ma co się dziwić tych bardziej brutalnych wpływów, gdyż muzycy Warfect grali wcześniej, bądź nadal grają w takich kapelach jak Lord Belial czy Bestial Mockery. Wrażenia potęguje też produkcja, która pomimo ewidentnie oldschoolowych wpływów muzycznych jest utrzymana w dzisiejszych standardach, a odpowiada za nią sam zespół. Praktycznie całość utrzymana jest w bardzo szybkich tempach z wyjątkiem dwóch wolniejszych, umieszczonych pod koniec „Evil Inn” oraz „Into the Crypt”. Dzięki temu mamy trochę urozmaicenia, bo nieustanny napierdol przez 54 minuty mógłby w pewnym momencie być trochę męczący, choć tego też tak do końca nie udało im się uniknąć. Jedną z wad jest moim zdaniem zbytnie podobieństwo większości wałków do siebie. Pomimo tego, że zajebiście słucha mi się tego krążka to ciężko jest mi sobie później przypomnieć konkretne numery. Może ewentualnie „Watchtowers” ze względu na pewne skojarzenia z zespołem Schuldinera. Jednak nie zmienia to faktu, że siła rażenia „Scavengers” jest ogromna i mało, która thrashowa załoga potrafiła tak wytarzać mną podłogę ostatnimi czasy. Tak na szybko mogę wymienić w tej chwili tylko Exumer i Protector. I właśnie w tym towarzystwie najbardziej bym widział Warfect. Tak więc Szwedzi nagrali świetny, mocno kopiący jaja thrashowy wyziew i bardzo chętnie dałbym im wyższą notę, jednak pewna delikatna nutka monotonni i bardzo wyraźne inspiracje muszą niestety skutkować małym minusem.

4,8/6 

środa, 3 sierpnia 2016

Matthias Steele - Question of Divinity (2016)

Ten pochodzący z Rhode Island band zawsze tkwił w głębokim podziemiu, pomimo tego że jego dwa pierwsze krążki „Matthias Steele”(czasem traktowany jak demo) z 1987 roku i „Haunting Tales of a Warrior's Past” z 1991 to znakomite materiały będące prawdziwymi perłami amerykańskiego metalu. Natomiast ich najnowsze dziecko „Question of Divinity” to pierwsze co dane mi było od nich usłyszeć od czasu powrotu, o którym nawet nie wiedziałem, że nastąpił. Z tego co wyczytałem nagrali też płytę „Resurrection” w 2007 roku, ale nie miałem do tej pory pojęcia o jej istnieniu, więc nie odniosę się do jej zawartości. A jaka jest „Question of Divinity”? Poprawna i bardzo surowa. Przede wszystkim nie ma tu zbyt wielu fajerwerków, żaden numer nie stanie się hitem, ani też nie będzie się do nich wracało z wypiekami na licu. Muzycznie to klasyczny amerykański power z doomowymi elementami. I chyba właśnie te wolniejsze fragmenty wypadają tu najlepiej. Przede wszystkim najlmocniejszy cios w tym gronie, epicki „The Boatman”, który jednak po wolnym początku później fajnie się rozwija zdecydowanie przyspiesza. Drugim takim wałkiem jest „No Solutions”, w którego początkowej fazie wokale Anthony'ego Lionetti'ego do złudzenia przypominają Marka Sheltona. I właśnie te dwa utwory to jedyne z tego krążka, do czego ewentualnie, choć nie pewno, kiedyś będę miał ochotę wrócić. Z reszty to może jeszcze „Freedom” w miarę wyrył mi się w pamięci”. Pozostałe ani mnie grzeją ani ziębią. Słucha się tego ok, ale nic z tego nie wynika. Poza 8-oma nowymi numerami w programie znajdują się też dwa koncertowe, jednak w dość chujowej jakości i tak naprawdę mogłoby ich nie być. Podejrzewam, że chodziło o przedłużenie czasu trwania krążka. Napisałem wcześniej, że „Question of Divinity” jest surowa. Chodziło przede wszystkim o to, że jej brzmienie jest tak radykalnie oldskulowe, że brzmi ona jak jakiś zaginiony materiał demo z lat '80 znaleziony u kogoś w piwnicy pod warstwą kurzu. Jestem ciekaw czy był to zamierzony efekt czy wpływ na to miał zwyczajnie brak lepszych warunków. Jednak z drugiej strony ich muzyka jest tak mocno zakorzeniona w tamtej dekadzie, że z nowoczesnym brzmieniem mogłaby utracić cały swój urok. Wydaje mi się, że nawet gdyby „Question...” ukazała się te 30 lat temu to nie sądzę by zyskała status kultowej, zdecydowanie odstaje od choćby pierwszych albumów Matthias Steele, nie mówiąc już o całej masie innych wybitnych bandów. Ogólnie rzecz biorąc jest to całkiem sympatyczna rzecz, ale większych emocji u mnie nie wzbudza. Raczej tylko dla maniaków

3,6/6

sobota, 30 lipca 2016

ADX - Non Serviam (2016)

„Non Serviam” to już 10 album paryskiego ADX, a jak dotąd nie udało im się zdobyć należnego rozgłosu poza granicami Francji. Może jest to „zasługa” francuskich tekstów? Możliwe, bo muzyka zawsze była na wysokim poziomie.
Nowy, wydany własnym sumptem krążek po prostu wyrywa z butów i jest w ścisłej tegorocznej czołówce. Muzycznie mamy tu do czynienia z power/speed metalem osadzonym z jednej strony w latach '80, a z drugiej ubranym we współczesne, potężne brzmienie. Jest tu wszystko czego oczekuję po takim graniu. Rozrywające riffy, rytmiczne zwolnienia, przy których nie można przestać machać banią, a do tego jeszcze fantastyczne melodie. Tak, właśnie te melodie są dla mnie najjaśniejszym punktem albumu. Nie ma w nich nawet krztyny cepelii, są w 100% heavy metalowe i sprawiają, że chce się słuchać tej płyty zapętlonej w kółko. Posłuchajcie choćby takich wałków jak „La Mort en Face”, „B-17 Phantom” czy „L'irlandaise”, po prostu coś pięknego. Bardziej thrashową twarz reprezentują „La Complainte du Demeter” i „Les Oublies”, z których i tak ten pierwszy jest cholernie melodyjny. Wokal Phila Grelaud jest mocny i lekko zachrypnięty co sprawia, że język francuski zupełnie nie drażni, a wręcz dodaje charakteru tym dźwiękom.
„Non Serviam słucha się doskonale jako całość, ale każdy numer z osobna także broni się świetnie. Francuzi nie tylko potrafią bardzo dobrze obsługiwać swoje instrumenty, ale są też rewelacyjnymi kompozytorami. Jestem przekonany, że ze wsparciem jakiejś większej wytwórni mogłoby być o tym krążku głośno, a tak niestety pewnie zostanie doceniona jedynie przez wiernych fanów i ludzi siedzących głęboko w podziemiu. Zresztą tak naprawdę w dupie mam to czy ktoś tego będzie słuchał czy nie. Ważne, że mi było dane poznanie tego krążka i tylko to się liczy. Jak dla mnie „Non Serviam” to album niemal doskonały w swojej kategorii, bezbłędny zarówno od strony kompozytorskiej jak i brzmieniowej. Oby ADX jeszcze nie raz w przyszłości uraczyli nas muzyką na tym poziomie.

czwartek, 28 lipca 2016

Marauder - Bullethead (2016)


Jest taka stara świecka tradycja zgodnie z którą greccy heavy metalowcy z Marauder co cztery lata wydają nowy krążek. W przypadku „Bullethead” było tak samo. Zresztą nie jest to zespół, na którego płyty czekam z niecierpliwością. Po prostu jak wypuszczą coś nowego i nadarzy się okazja by tego posłuchać to z niej korzystam. Zawsze uważałem ich za poprawny band, ale nic ponadto. „Bullethead”, szósty już album tej ekipy, również nie zmieni mojej opinii o nich.
Jest to nieskomplikowany tradycyjny heavy metal z jak to na Greków przystało epickimi naleciałościami. Utwory z tej płyty możemy podzielić na dwie kategorie. Pierwszą z nich tworzą rockery w postaci „Spread Your Wings”, „Tooth N Nail” czy „Predators”. Rozpędzone, melodyjne i z chwytliwymi refrenami. Natomiast druga grupa to te bardziej epickie utwory, do której należą choćby najdłuższy, zresztą otwierający album „Son of Thunder”, marszowy, z refrenem kojarzącym się trochę z Sabaton, a trochę z Grave Digger „Dark Legion” oraz chyba mój ulubiony „The Fall”. Jak już pisałem wcześniej muzycy nie tworzą jakichś skomplikowanych struktur, stawiając na bezpośrednie uderzenie co w takiej muzyce sprawdza się bardzo dobrze. „Bullethead” z pewnością nie wyniesie Marauder na szczyty heavy metalu, ale jest po prostu dobrym kawałkiem muzyki, którego słucha się bez bólu. Co prawda oryginalności tu nie uświadczymy, ale chyba nikt kto zna twórczość tej załogi nie oczekiwał jej od nich. Nie jest to zespół, który dokona jakiejś muzycznej rewolucji. Słucha się go bardzo fajnie, ale cały czas ma się wrażenie, że pewnego pułapu nigdy nie uda im się osiągnąć. Podejrzewam zresztą, że muzycy Marauder mają to w dupie i grają po prostu taki heavy metal jaki lubią i nie myślą raczej o podbijaniu scen. Podejrzewam, że za cztery lata, przy okazji ich kolejnego materiału recenzja będzie wyglądała dokładnie tak samo.

4,2/6

wtorek, 26 lipca 2016

Hammercult - Legends Never Die (2016)

Początek tej płyty ubawił mnie setnie. Otóż jako intro do „Fast as a Shark” zamiast niemieckiej przyśpiewki „Haidi Haido...” dostajemy żydowskie „Shalom Aleichem”. Jednak potem aż tak wesoło już było. Izraelski Hammercult gra thrash/death ubrany w nowoczesne brzmienie i najbliżej jest im chyba do tego co prezentuje Legion of the Damned. Po trzech pełnych albumach, tym razem postanowili wydać epkę, na której program składa się 5 coverów i trzy numery własne, po jednym z każdego krążka i do tego nagrane na nowo.
Jak już wspomniałem na początku, całość rozpoczyna się od kawałka Accept, który w wykonaniu Izraelczyków stracił cały swój klimat. Jest szybko, ostro, ale brakuje w tym wszystkim duszy. Do tego wokal Yakira Schochata zupełnie mi nie podchodzi. Jednowymiarowy, monotonny rzyg pozbawiony jakiejkolwiek indywidualnej cechy, przez który zespół sporo traci. Może z innym śpiewakiem (nie rzygaczem) byłoby lepiej, ale na to raczej nie ma szans, gdyż Yakir ostatnio przeprowadził się do Niemiec i jest jedynym obecnie stałym członkiem zespołu. Wracając do zawartości płytki to równie słabo wypadł „Soldiers of Hell” z genialnej jedynki Running Wild. Tutaj już w ogóle nie ma co porównywać obu tych wykonań, bo już samo to byłoby obrazą dla Kasparka. Zero klimatu, rzygany refren, takie wykonanie na odpierdol. Lepiej jest w szybszych i bardziej agresywnych utworach czyli „Ace of Spades” i „Die by the Sword”. Słychać, że jest to stylistyka zdecydowanie bliższa Hammercult i nawet wokale już tak nie kalają narządu słuchu. Z coverów najlepiej wypadł według mnie „No Rules” GG Allina. Ten punkowy wałek został tutaj mocno zmetalizowany dzięki czemu naprawdę kopie mocno po zadzie. Na koniec trzy autorskie numery, które podczas słuchania sprawiają wrażenie konkretnego wpierdolu, by jednak chwilę później nie pozostawił na nas nawet małego zadrapania. Najlepszy z nich jest „Steelcrusher”, a w szczególności klimatyczne intro kojarzące się z deathowym Nile. Słychać, że muzycy potrafią posługiwać się instrumentami, ale brakuje im umiejętności pisania charakterystycznych zapamiętywalnych numerów.
Ogólnie jest raczej przeciętnie. Covery wyszły w sumie pół na pół, ich własne wałki również nie wychylają się ponad średnią, tak więc ocena taka, a nie inna.

3,5/6

poniedziałek, 25 lipca 2016

Assassin's Blade - Agents of Mystification (2016)

Pamiętacie jeszcze Jacques'a Belangera? Tak, to ten gość od zajebistych wokali na takich płytach Exciter jak „The Dark Command” czy „Blood of Tyrants”. Od tamtej pory było o nim cicho, ale na szczęście postanowił wrócić na metalową scenę i wspólnie z dwoma Szwedami, Peterem Svenssonem(Bas) i Davidem Stranderudem(gitara) w 2014 roku powołał do życia Assassin's Blade. Rok później skład uzupełnił bębniarz Marcus Rosenkvist i w takim składzie zespół przystąpił do nagrywania swojego debiutanckiego krążka. „Agents of Mystification” pojawił się na rynku w tym roku nakładem Pure Steel records i spełnił moje oczekiwania i to z nawiązką.
Assassin's Blade gra wypadkową klasycznego heavy i amerykańskiego poweru z domieszką speed metalu, a to wszystko obleczone epicką atmosferą. Jakieś nazwy? Proszę bardzo: Exciter (a jakże), Mercyful Fate, Metal Church, Helstar etc. Utwory oparte są na raczej prostych i surowych, ale jednocześnie potężnych riffach nad którymi unosi się potężny głos Belangera. Momentami mam wrażenie jakby były nagrywane na setkę dzięki czemu brzmią bardzo naturalnie i tworzą gęsty i mroczny klimat. Nie ma tu tej cyfrowej sterylności, która często zabija ducha w heavy metalu. Każdy z kawałków ma swój indywidualny charakter i nie ma mowy o zlewaniu się w jedną papkę. Nie są też zagrane na jedno kopyto, więc nudy tu nie uświadczymy. Z jednej strony mamy speedowe „The Demented Force” i „Transgression”, a z drugiej wolniejsze, nastawione na epicki klimat „League of the Divine Wind”.Są też heavy metalowe, pełne znakomitych melodii „Crucible of War”, „Agents of Mystification” czy rewelacyjny, marszowy „Dreadnought”. Pozostałe nie wymienione, nie są wcale gorsze. Jest moc, atmosfera, melodie, a więc dokładnie to czego chciałem.
Assassin's Blade pojawił się praktycznie bez większego szumu i pozamiatał swoim debiutem. Jeśli na kolejnym krążku uda im się przebić „Agents...” to porozstawiają po kątach większość konkurencji. Na razie jednak polecam zapoznanie się z tym materiałem, gdyż każdy fan klasycznych odmian metalu na pewno znajdzie tutaj coś dla siebie. Kolejny znakomity album wydany w tym roku, więc nie pozostaje nic innego jak tylko słuchać i cieszyć się z tego faktu.

5,5/6