W 1986 roku The Rods wydali swój
najlepszy i zarazem ostatni aż do 2011 krążek pod tą nazwą,
czyli „Havier than Thou”. Jednak w tym samym roku ukazał się
jeszcze jeden materiał, stworzony tym razem przez oryginalny skład
plus nowy wokalista. Płyta „Hollywood” została nagrana pod
szyldem Canedy, Feinstein, Bordonaro & Caudle. Tak więc do
żelaznego trio dołączył Rick Caudle, którego niektórzy mogą
kojarzyć z płyty Thrasher, w którą swoją drogą byli zamieszani
między innymi muzycy The Rods. W tym roku nakładem Cult Metal
classics wyszła reedycja tego krążka, ale tym razem już z logiem
The Rods. Muzycznie, pomimo pewnych zmian, jest w dalszym ciągu
znakomicie. Przede wszystkim jest lżej i bardziej przebojowo, a
momentami wręcz radiowo. Takie wałki jak „All American Boys”
czy „Heat of the Night” ocierają się wręcz o stylistykę AOR.
Świetnie skomponowane i bardzo melodyjne numery doskonale sprawdzają
się podczas jazdy samochodem czy nawet na niekoniecznie metalowej
imprezie. Jednak nie ma się co bać, w dalszym ciągu na płycie
dominuje heavy metal. Oczywiście w tej bardziej amerykańskiej i
„komercyjnej” odmianie, ale słucha się tego fantastycznie.
Oprócz wyżej wymienionych znajdzie się tutaj jeszcze więcej hitów
takich jak „Don't Take It So Hard”, „Prisoner of Love” czy
„Tokyo Rose. Do tego obowiązkowo niezła ballada „Love is Pain”
i genialnie wykonany cover Mountain „Mississippi Queen”, który
ma takiego kopa i taki drive, że wyrwał mnie z butów i wytarzał
po podłodze. The Rods tym albumem udowodnili, że oprócz rasowego i
ognistego heavy metalu potrafią też komponować lżejszy i bardziej
przebojowy materiał, który jednocześnie nie będzie wzbudzał
zażenowania. Jest to muzyka wręcz przesiąknięta latami '80, więc
dzisiaj dla niektórych może brzmieć trochę archaicznie, ale
myślę, że większość z was nie będzie miała z tym żadnego
problemu. Nie słucham zbyt często akurat tego typu grania jednak
„Hollywood” zajebiście mi się wkręcił i wiem, że będę
regularnie do niego wracał.
5/6
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz